Keanther – Rozdział XII

Rozdział XII

w którym Odźwierny podejmuje decyzję z racji na swoje obowiązki

Drugą noc spędzoną w Keantherze Anthony przespał w solidnym łóżku krasnoludzkiej roboty, które jakimś cudem odpowiadało jego długości (podobno komnata, która mu się dostała, była przystosowana do gości wszelkiego rodzaju, rasy i gatunku). Jednak, mimo troskliwości gospodarzy, zamiast obudzić się świeży i wypoczęty, pan Anderson miał trudności ze wstaniem z łóżka z powodu zakwasów we wszystkich możliwych mięśniach. Miał ochotę kląć, ale nie bardzo wiedział, co dokładnie powinien przeklinać: swój wiek czy zdecydowanie dla niego nieodpowiednią żądzę przygód. Zrezygnowany, dał więc sobie spokój.

Niedługo po tym, jak Odźwiernemu udało się wreszcie zwlec z łóżka, do drzwi zapukał Khirk, by zaprowadzić go do jadalni na śniadanie. Pan Anderson skrzętnie wypytał go o nowiny, okazało się jednak, że Khirk nie miał o niczym pojęcia. Choć całą noc usiłował się przedostać do Myrdh i Inadana, nikt nie był dopuszczany w pobliże komnat krasnoludki. Bez wyjątku. Wyglądało na to, że oboje byli zbyt zajęci ratowaniem chorego krasnoluda, by znaleźć czas na przesłanie jakiejś wiadomości Odźwiernemu i Khirkowi. Pan Anderson nie mógł nie zauważyć, że przy całym swoim niepokoju, krasnolud aż kipi gniewem z tego powodu. Chory musiał być więc dla niego naprawdę ważną osobą – ważniejszą, niż sam krasnolud chciał przyznać. Sam Odźwierny z kolei podchodził do całej sprawy z pełnym wiary spokojem – wydawało mu się niemożliwe, by dla pani Myrdh, w dodatku z pomocą Inadana, istniało coś niemożliwego. Rozsądnie starał się nie pamiętać o tym, że nawet w niej bielmo budziło niepokój.

Po naprędce zjedzonym posiłku, Khirk natychmiast zabrał pana Andersona na zwiady. Jednak żaden z zapytanych przez niego krasnoludów nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania, a ci, którzy byli najbardziej zaaferowani, tylko machali na nich ręką i biegli dalej. Khirk pieklił się, klął po krasnoludzku, ale nie śmiał wysłać kogoś do pani Myrdh ani tym bardziej samemu jej przeszkodzić. W końcu opadł ciężko na podłogę, oklapł i zapadł się w sobie, jakby energia napędzająca go od jakiegoś nagle się skończyła. Odźwierny obserwował go ze współczuciem, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, by go pocieszyć. Tę właśnie chwilę wybrał sobie wyjątkowo niski (nawet jak na krasnoluda), wyjątkowo brodaty i wyjątkowo mrukliwy osobnik, by podejść do nich i zduszonym (zapewne przez monstrualne owłosienie twarzy) głosem oznajmić coś po krasnoludzku. Widocznie była to właśnie ta wiadomość, na którą czekał Khirk, gdyż momentalnie wstąpiło w niego życie i zerwał się na równe nogi.

– Pani Myrdh nas wzywa – oznajmił panu Andersonowi. Odźwierny skinął głową i obaj podążyli za Wyjątkowo Krasnoludzkim Krasnoludem (jak go w myślach nazwał pan Anderson) w kierunku prywatnych komnat.

Myrdh przyjęła ich w niedużym, sześciokątnym pokoju, umeblowanym skromnie, lecz ze smakiem (oczywiście krasnoludzkim). Po dumnej i nieugiętej krasnoludce, którą pan Anderson poznał dzień wcześniej, została tylko owa duma, przebijająca z drobnej postaci pomimo wyraźnego zmęczenia, które osiadło na barkach kobiety usilnie starającej się utrzymać wyprostowaną sylwetkę. Jej twarz, blada, z sińcami pod oczyma, miała nieprzenikniony wyraz. Pan Anderson dyskretnie rozejrzał się po pokoju, ale nigdzie nie zauważył Inadana. Khirk natomiast natychmiast wbił spragniony wieści wzrok w Myrdh, a cała jego sylwetka krzyczała bezgłośnie pytanie: „I co?!”. Krasnoludka odpowiedziała spokojnym spojrzeniem i przez dłuższą chwilę milczała, a następnie wybuchnęła pogodnym śmiechem, który zdawał się przeganiać całe zmęczenie z malutkiej komnaty. Khirk na ten dźwięk zachwiał się i niechybnie osunąłby się na ziemię, gdyby pan Anderson go nie podtrzymał. Na jego twarzy widniała niewyobrażalna ulga.

– Czyli on…? – zapytał słabo krasnolud, szukając potwierdzenia na twarzy Myrdh. Ta skinęła głową i uśmiechnęła się.

– Tak. Zaciągnęliśmy właśnie ogromny dług u waszego przyjaciela elfa. Ocalił życie mojego syna.

– Właśnie, co się stało z Inadanem? – wtrącił Odźwierny, gdy Khirk mógł już ustać na własnych nogach – Nie widzę go tutaj.

– Śpi w pokoju obok – krasnoludka niespodziewanie zachichotała – Zemdlał.

W pokoju zapadła pełna swego rodzaju uznania cisza.

– To tak ciężko jest uleczyć tę… chorobę? – zapytał ostrożnie pan Anderson.

– Nawet pan sobie nie wyobraża, jak ciężko, jeżeli nie posiada się właściwego antidotum – odparła Myrdh – Jednak w tym przypadku, chodziło o coś innego… – zawiesiła głos i skinęła na nich, by usiedli.

– Wiecie, jaka jest podstawowa różnica pomiędzy Smoczym Zielem a Smoczym Dzwonkiem? – zapytała, a otrzymawszy odmowną odpowiedź, kontynuowała – Pod względem biologicznym, jest to praktycznie ta sama roślina. Drobne różnice, jak zapach dymu czy właściwości, lecznicze lub trujące,  wynikają z drobnych zmian w strukturze magicznej. Krótko mówiąc, Smoczy Dzwonek powstał poprzez wplecenie odpowiedniego zaklęcia w strukturę magiczną Smoczego Ziela…

– Czy to było celowe wplecenie? – wyrwało się panu Andersonowi – Bo jeżeli tak, to moglibyśmy przypuszczać, że Smoczy Dzwonek powstał jak broń masowej zagłady przeciwko elfom.

– Zgadza się – przyznała Myrdh – Lecz to dawne dzieje i obecnie nie jesteśmy w stanie potwierdzić lub wykluczyć takiej możliwości. Do czego jednak zmierzam… Chociaż w czasach pierwszej epidemii bielma Smoczy Dzwonek był problemem całego Keantheru, to jednak w szczególności dotykał on elfów. Nic więc dziwnego, że to przede wszystkim oni starali się zlikwidować to zagrożenie i dzięki temu posiadają teraz największą wiedzę na ten temat. Dzisiejszej nocy mogłam obserwować, jak elfowie radzą sobie ze Smoczym Dzwonkiem.

Przerwała na chwilę, by wezwać służącego, którym okazał się Wybitnie Krasnoludzki Krasnolud, i poprosiła go, by przyniósł herbatę.

– Cała sztuka, jak się okazało, polega na wysupłaniu zaklęcia z sieci. Oczywiście, jest ono śmiertelne dla elfów, dlatego należy robić to stopniowo i powoli, w międzyczasie oczyszczając organizm z toksycznej magii. To wczoraj zrobił Inadan. Sama w sobie nie była to wyczerpująca operacja, gdyż miał wsparcie w postaci mnie i moich medykamentów. Jednak na samym końcu pan elf popełnił niewybaczalny błąd.

Pan Anderson i Khirk nieświadomie pochylili się do przodu, by lepiej słyszeć.

– Posłałam go, by zaparzył sobie zioła wzmacniające, podczas gdy ja czuwałam przy synu, a on, wróciwszy tu, padł w progu. Obawiam się, że przez przypadek zażył dosyć mocne środki odurzające. Trzymam je zaraz obok, świetnie sprawdzają się w ponure jesienne wieczory, kiedy brakuje mi rozrywki. Ale w minimalnych ilościach, do herbaty oczywiście. Ach, ile ja bym dała, żeby dowiedzieć się, o czym on sobie teraz śni…

Odźwierny na chwilę zaniemówił, a Khirk wybuchnął gromkim śmiechem.

– Inadan? – upewnił się jeszcze pan Anderson, z niedowierzaniem kręcąc głową. Myrdh z przesadną powagą skinęła głową.

– Bardzo dobrze radzi sobie z elficką magią i doskonale zna się na Smoczym Dzwonku, ale chyba przeceniłam jego wiedzę zielarską. A może… może po prostu chciał sobie zafundować przyjemny odpoczynek.

Pan Anderson dyskretnie spojrzał w stronę bocznych drzwi, zastanawiając się, czy to za nimi leży elf pogrążony w słodkim, narkotycznym śnie. Pomyślał, że to zabawne – że to właśnie ten, kto stara się robić na innych jak największe wrażenie, zawsze pada pierwszy.

Przez chwilę w komnacie panowała pełna ulgi i spokoju cisza, która lekkim puchem otulała całą trójkę. W końcu przerwała ją Myrdh, głosem pełnym namysłu.

– By być z wami szczerą, muszę przyznać, że, pomimo że sama jestem zielarką, dziś dopiero dowiedziałam się, że możliwy jest tak prosty sposób pozbycia się zagrożenia ze strony Smoczego Dzwonka. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, gdyż magia krasnoludów polega na poznawaniu struktur kości ziemi i, w przeciwieństwie do elfów, nie mamy ręki do roślin. Nawet ja, choć posiadam rozległą wiedzę na ich temat, nie potrafię zrozumieć samej istoty tego życia. Z drugiej strony, nie podoba mi się, że elfowie trzymali coś takiego w tajemnicy. Bielmo jest wciąż obecne w świecie i wiedza o tym, że Smoczy Dzwonek może zostać unieszkodliwiony z pewnością podniosłaby na duchu, a może i uratowała życie tych, którzy nie wiedzą, co robić w starciu z chorobą. Ale elfowie byli zawsze aż nazbyt czuli na tym punkcie…

„Nie dało się nie zauważyć” –  pomyślał ponuro pan Anderson, uznawszy, że czas już poruszyć temat, który, choć zepchnięty na drugi plan przez ostatnie wydarzenia, z pewnością nie został zapomniany.

– Co więc zrobimy z tym konkretnym Smoczym Dzwonkiem, pani? – zapytał, wiedząc, że wypowiada pytanie nurtujące również Khirka – Czy nie najprościej byłoby je spalić i tym  samym pozbyć się problemu?

– Gdyby tylko to mogło faktycznie coś rozwiązać – westchnęła ciężko Myrdh – Jednak pozbycie się kilku liści Smoczego Dzwonka nie oznacza pozbycia się problemu. Problemem zaś jest to, że coś się dzieje, a my nie mamy pojęcia, co. I jak już mówiłam panu elfowi, to nie tylko ich sprawa, ale całego Keantheru…

W tym momencie do komnaty wszedł Wybitnie Krasnoludzki Krasnolud z herbatą, a zaraz za nim Inadan, który wyglądał, jakby własnie został złapany na podsłuchiwaniu pod drzwiami i usilnie starał się ów fakt ukryć, ale nie mógł zebrać myśli. Myrdh wcisnęła mu do rąk filiżankę, siłą wręcz posadziła w fotelu i rozpoczęła litanię podziękowań tak długą, że Khirk w końcu zaczął ziewać.

– I co, przyjemnie się spało? – nie wytrzymał w końcu i uśmiechnął się słodko do Inadana. Elf tylko niewyraźnie coś mruknął i machnął na niego ręką. Widać było, że interesowało go tylko to, co pani Myrdh postanowiła w sprawie ziela. Krasnoludka w końcu się nad nim zlitowała.

– O czym to ja miałam… Ach tak, Smoczy Dzwonek – panu Andersonowi wydało się, że mrugnęła do niego porozumiewawczo, ale zaraz spoważniała i zwróciła się do Inadana – Niestety, ale pomimo tego, ze tak wiele ci zawdzięczam, nie mogę tak po prostu oddać ci Smoczego Dzwonka. Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie mam prawa ignorować samowoli elfów w sprawie tego przeklętego ziela. Powinna ona zostać przedstawiona Kręgowi i przez Krąg rozpatrzona.

Twarz Inadana stężała. Wyraźnie miał nadzieję na inną odpowiedź.

– Jednakże – krasnoludka kontynuowała, nie pozwalając mu dojść do słowa – Zdaję sobie również sprawę z tego, że gdybym odmówiła wydania Smoczego Dzwonka w imieniu krasnoludów, mogłoby to zostać opacznie zrozumiane i przynieść więcej szkody niż pożytku. Dlatego postanowiłam poprosić naszego nowego Odźwiernego o przysługę…

Nieoczekiwanie obdarzyła zszokowanego pana Andersona ciepłym uśmiechem.

– Odźwierny reprezentuje interesy nas wszystkich – całego Keantheru. Dlatego chciałabym poprosić go, by przejął ode mnie ziele i udał się z panem Inadanem do stolicy, do jego zwierzchników. Nie czynię go moim emisariuszem, lecz chcę, by myślał za cały Keanther. A przede wszystkim za siebie. To ogromne brzemię, zdaje sobie z tego sprawę, lecz jestem pewna, że mu podoła.

W pierwszej chwili pan Anderson miał ochotę natychmiast przytaknąć tej dumnej i szlachetnej kobiecie.  Potem jednak rozsądek doszedł do głosu i zaczął gderać o wieku, powadze, zobowiązaniach i ograniczonych możliwościach. Dlatego pan Anderson na głos powiedział tylko: „Tak” i natychmiast poczuł ciężar swojej decyzji. Jednak czy mógł powiedzieć coś innego? W końcu przez te wszystkie lata pozostawał tym samym Anthonym Andersonem, który marzył o wielkich przygodach, pochłaniając książkę za książką.

Następnego dnia mieli wyruszyć. Zaraz po przebudzeniu pan Anderson został poproszony do Myrdh na śniadanie. Choć jednak zostało to sformułowane jak zaproszenie, to jednak Odźwierny nie miał złudzeń, że coś takiego jak odmowa nie było możliwe. Mimo wiec swego zakłopotania całą sytuacją, a także budzącego się w nim niepokoju odnośnie następstw podjętej pochopnie decyzji, stawił się w komnatach krasnoludki. Posiłek spożyli w milczeniu. Pan Anderson nie miał zbyt dużego apetytu, który jeszcze malał pod czujnym spojrzeniem gospodyni, ale jakoś dotrwał do kończącej śniadanie trzeciej filiżanki herbaty.

– Widzę, że pomimo wątpliwości, jakie z pewnością dopadły pana w nocy, wciąż trwa pan przy swojej decyzji. To dobrze. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest pan właściwym człowiekiem na właściwej pozycji.

„I to dosłownie” – pomyślał Anthony, nie odzywając się, gdyż nie miał pojęcia, jakiej odpowiedzi oczekiwała krasnoludka. Przez dłuższy czas milczeli i słychać było jedynie brzęk filiżanek o spodki. Myrdh jakby zbierała się w sobie, by wreszcie spuścić głowę z ciężkim westchnieniem i powiedzieć:

– Szczerze pana przepraszam za wplatanie pana w tę sprawę. Należy to, co prawda, do obowiązków Odźwiernego, pan jednak nie dostał czasu na odpowiednie przygotowanie się do ich pełnienia. Jeżeli uważa pan, że nie jest w stanie podołać zadaniu, a zgodził się pan jedynie z powodu nacisku, jaki na panu wywarłam, proszę mi o tym niezwłocznie powiedzieć.

Anthony’ego zdziwiły jej słowa, ale posłusznie zastanowił się nad pobudkami swojej decyzji.

– Nie sadzę, by naciskało na mnie coś poza moją własną żądzą przygód – zaczął ostrożnie – Poza tym, oboje mamy już swoje lata – uparcie nie zwracał uwagi na lekkie niedowierzanie na twarzy krasnoludki – Mamy swoje lata i doskonale wiemy, czym jest obowiązek. Jeżeli więc mogę w jakiś sposób pomóc, to uczynię po temu, co będzie w mojej mocy.

– Rozumiem – uśmiechnęła się z wyraźną ulgą Myrdh – Zasłużył pan sobie ta odpowiedzią na mój szacunek, panie Anderson. W takim razie, bez większych obaw powierzam panu obroną naszych interesów.

Z godnością powstała i lekko skłoniła mu głową. Nieco zakłopotany pan Anderson odpowiedział tym samym. Chciał już wyjść, uważając spotkanie za skończone, gdy Myrdh zatrzymała go na chwilę.

– Tak miedzy nami, ile właściwie ma pan lat? – zapytała z nieskrywaną ciekawością.

– Sześćdziesiąt cztery – odparł z taką godnością, na jaką tylko może zdobyć się człowiek postawiony pod ścianą i, ukłoniwszy się krasnoludce, wyszedł.

Keanther – Rozdział XI

Rozdział XI

w którym powracają dawne i wciąż żywe żale

 – Był taki czas, że nie odstępowałem pani Myrdh na krok, a i ona zachowywała się wobec mnie bardziej jak matka niż zwierzchniczka. Miało to miejsce jeszcze przed narodzinami jej syna, gdy sam ledwie wyrosłem z lat dziecięcych. Keanther, który podniósł się już wtedy po klęskach związanych z epidemią bielma i zagadką Smoczego Dzwonka, przeżywał renesans swojej świetności. Już wiele dekad cieszyliśmy się pokojem, gdy doszły do nas niepokojące słuchy z Kontynentu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to, co nie dotyka nas bezpośrednio, nie powinno stanowić dla nas zagrożenia, ale tak już w świecie bywa, że za każdym nieszczęściem podążają kolejne.

Powiedzieliśmy ci z Inadanem, że w Keantherze istnieje siedem Domów elfickich i siedem Rodów krasnoludzkich. Idealna harmonia, można by wręcz rzec, jednak w rzeczywistości jest ona dziełem nieszczęścia i tragedii. Musisz bowiem wiedzieć, że początkowo Domów było osiem. Elfowie należeli do ośmiu Domów.

Ten ostatni Dom wcale nie był najniższy w hierarchii. Wśród elfów, inaczej niż wśród krasnoludów, obejmuje ona tylko pierwsze trzy Domy. Jednak zajmował on terytorium odizolowane od centrum wyspy, na dalekim północno-zachodnim wybrzeżu. Najprawdopodobniej, właśnie to było powodem obrania akurat jego na cel napaści przez hordę orków.

O orkach wiemy niewiele. Pojawiają się raz na jakiś czas, gdy gdzieś wybucha konflikt lub wojna, palą i zabijają, a potem znikają. Ich ojczyzna znajduje się gdzieś na dalekiej, mroźnej północy, prawdopodobnie na wyspie, której jeszcze nie odkryliśmy. Ilu ich jest? Co robią, gdy akurat nie gnębią innych ludów? Skąd przyszli i dokąd zmierzają? Tego nie wiemy. Istnieje teoria, która w raczej poetycki sposób o tym mówi. Według niektórych orkowie rodzą się czy też pojawiają na świecie wtedy, gdy jest on przepełniony bólem, strachem, żalem, rozpaczą, gniewem i nienawiścią. Można powiedzieć, że w pewnym sensie z nich powstają. Ujawniają się wtedy jako nowe, potężniejsze zagrożenie, wobec którego skłóceni wrogowie muszą się zjednoczyć, by przetrwać. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje.

Gdy zaś na świecie trwa pokój, śpią w swojej ojczystej ziemi lub po prostu znikają. Są wiec niczym kataklizm, który sami powodujemy. Z drugiej strony, musisz pamiętać, ze to tylko legenda – ot, zwykła baśń. Trudno powiedzieć coś pewnego na temat orków, przede wszystkim dlatego, ze z tych, którzy mieli okazję ich spotkać, żaden nie zostaje przy życiu.

Keanther przez setki lat szczęśliwie unikał większych napaści orków, nawet podczas wielu tragedii, jakie rozegrały się na wyspach. Dlatego wieści o wyrżnięciu w pień członków Ósmego Domu spadły na nas niczym cios w głowę. Błyskawicznie i niespodziewanie.

 W tym momencie krasnolud przerwał swoją opowieść, by otworzyć na chwilę drzwi i przewietrzyć spiżarnię z fajkowego dymu. Odźwierny siedział jak na szpilkach, czekając na ciąg dalszy. Nieco już się go domyślał.

– W przeciągu jednej nocy cały Dom został zniszczony. Nikt, kto znajdował się wtedy w jego siedzibie, nie przeżył. Był to o tyle druzgocący fakt, że akurat w tamtych dniach Ósmy Dom świętował razem małżeństwo jednej z córek Najstarszego. Wszyscy zostali bezlitośnie zamordowani.

Jak już się pewnie domyślasz, chłopcze, z całego Domu przy życiu ostał się tylko jeden młodzieniec. Student, który z powodu obowiązków na stołecznej uczelni nie mógł uczestniczyć w święcie. Nie mam pojęcia, jaka była jego reakcja na wieści, które dotarły do nas lotem ptaka. Mogę to jednak sobie wyobrazić na podstawie wydarzeń, które później oglądałem na własne oczy.

Gdy Krąg zebrał się, by radzić nad tą sprawą, nasi ptasi zwiadowcy donosili, że orkowie wciąż jeszcze znajdowali się na wybrzeżu Keantheru, jednak już szykowali się do wypłynięcia. Zaczęto debatować nad tym, czy należy wyruszyć w pościg, wysyłając naszą flotę, gdyż nie mogło być już mowy o walce lądowej z powodu dużej odległości, jaka dzieliła siedzibę Ósmego Domu od najbliższego garnizonu naszego wojska. Byłem tam akurat przypadkiem z panią Myrdh, wiec od razu rozwieję wszelkie wątpliwości, chłopcze – tego, co miało miejsce wtedy w Stołecznym Pałacu nie można nazwać debatą. Decyzja została podjęta wręcz jednomyślnie, która to jednomyślność polegała na tym, że wszyscy musieli podporządkować się „zaleceniu” wiodących Najstarszych i Głowy Pierwszego Rodu. Uznano, że w Keantherze nie ma dosyć sił, by ścigać tak dużą grupę, tym bardziej, ze istniało niebezpieczeństwo sprowokowania tym sposobem kolejnych ataków z północy. W tych argumentach bezsprzecznie kryło się sporo racji. Keanther ze względu na swoją specyfikę i położenie nie posiadał znaczących sił zbrojnych. Przespaliśmy czas przeznaczony nas rozbudowę armii, łudząc się, że konflikty zbrojne, tak jak dotąd nas omijały, tak będę nas omijać. Niestety, okazało się, ze coś innego było nam przeznaczone.

Wobec prawdy kryjącej się w słowach najmożniejszych członków Ylle, a przede wszystkim ich autorytetu, nawet ci, którzy w swych sercach żywili szczere współczucie dla napadniętego domu i odczuwali pragnienie zemsty na sprawcach jego nieszczęścia, nie mieli odwagi wystąpić przeciwko podjętej decyzji. Pamiętam, że jedynie pani Myrdh szykowała się do otwartego protestu, chociaż i ona zamierzała to uczynić tylko dla zasady. Nie dano jej jednak czasu, by chociażby zabrać głos, gdy na posiedzenie Kręgu wdarł się ostatni przy życiu syn Ósmego Domu i zrobił taki raban, jakiego ta sala jeszcze nie widziała. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Inadana w akcji.

W tym momencie krasnolud niespodziewanie zachichotał.

– Powiedziałem „wdarł się” i faktycznie tak to wyglądało. W pierwszej chwili pomyślałem, że albo już jest szalony, albo bardzo rychło to nastąpi. Wyprowadzony z równowagi elf jest widokiem, który naprawdę warto zobaczyć, chłopcze. Natomiast stwierdzenie, że Inadan był wtedy ledwie „wytrącony z równowagi” to więcej niż grube niedopowiedzenie. Pomijając nawet łachy, które miał na sobie, a które nie przypominały praktycznie niczego, wyraz jego twarzy był przerażający. Widniał na niej zastygły skurcz ogromnego bólu graniczącego z szaleństwem. Jednak gdy zobaczyłem jego oczy, wiedziałem, że jakimś cudem utrzymał się przy zdrowych zmysłach. Gniew, który w nich płonął, był rozumny i świadomy. Nie mam zbyt wiele doświadczenia w kontaktach z ludźmi, a wtedy nie miałem go praktycznie wcale, jednak gdy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że Inadan podczas tamtego posiedzenia Kręgu zachowywał się bardziej jak człowiek, niż jak elf. Nie tylko wpadł do komnaty jak burza, ale i pominął wszelkie uprzejmości i rytuały, które od zawsze towarzyszyły przedstawianiu swojej sprawy przed Kręgiem. A wierz mi, dla elfów to niemal jak zbrodnia.

Inadan zwyczajnie przeszedł przez całą długość sali ukląkł przed zgromadzeniem i poprosił, by pozwolono mu ścigać orków i wziąć odwet za bestialsko zamordowanych krewnych. Krąg oczywiście odmówił mu, zarówno wsparcia, jak i pozwolenia na sam pościg, podając wcześniejsze argumenty. Inadan słuchał  ich z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a następnie, nic nie mówiąc, przez dłuższy czas patrzył w oczy każdego obecnego na zebraniu. Niewielu wytrzymało jego spojrzenie, a ja nawet nie próbowałem. Myślałem sobie, że takiej awantury prędzej spodziewałbym się ze strony krasnoluda niż elfa. Jednak, wbrew moim obawom, Inadan nie stracił nad sobą panowania, tylko jeszcze raz, dobitnie, powtórzył prośbę. Z tym że nie była to już właściwie „prośba”. Zdradzał go drżący, pełen napięcia głos i niebezpieczne błyski w oczach. Na sali zapadło głębokie milczenie, jakby nikt nie miał odwagi się odezwać. W końcu wstał Najstarszy Pierwszego Domu i powtórzył odmowę.

Wtedy w Inadanie jakby coś pękło. Zerwał się i mocnym głosem wykrzyczał oskarżenie Kręgu o stronniczość i podporządkowanie najmożniejszym, a także tchórzostwo, wiarołomstwo… no i wiele innych, niepochlebnych rzeczy. Jednym słowem, ulżył sobie, jak tylko mógł. Aż ciarki przechodziły, gdy się tego słuchało. Członkowie Kręgu siedzieli jak skamieniali, słuchając tej gniewnej tyrady, z jednej strony oburzeni, z drugiej nie mając pewności, czy nie stoi przed nimi obłąkaniec oszalały z żalu i bólu po stracie całej rodziny.

Pamiętam, że cała ta sytuacja niezmiernie mnie przerażała, ale i fascynowała. Nie ujrzałem jednak na własne oczy finału tej historii, gdyż pani Myrdh uznała, że wystarczająco już naoglądałem się tych drastycznych scen i wyprowadziła mnie w końcu z sal, polecając służącemu, by zabrał mnie do pokojów, które zajmowaliśmy. Potem dowiedziałem się z drugiej ręki, że Inadana chwilę po moim wyjściu wyprowadzono z sali i wzięto pod „specjalną opiekę”. Aż do naszego drugiego spotkania nie miałem o nim żadnych wieści.

Khirk zrobił dramatyczną pauzę, zaznaczając koniec pierwszej części swojej opowieści. Pan Anderson machinalnie sięgnął po jabłko leżące na półce bok. Ze smutkiem pomyślał, że kończył mu się tytoń.

– Aż wstyd przyznać się krasnoludowi do czegoś takiego – podjął Khirk – Ale przez wiele lat pozostawałem pod wrażeniem tego, w jaki sposób Inadan walczył wtedy o swoje. Byłem wtedy młody i to pewnie dlatego tak łatwo przyszło mi wierzyć w te same ideały, które on w końcu porzucił.

Mniej więcej pięćdziesiąt lat temu mój dobry przyjaciel wpadł w poważne kłopoty. Zaczęło się bardzo niewinnie, bo towarzyskim spotkaniem w przyzwoitej karczmie. Pech chciał, że wokół Rodu, do którego należał mój przyjaciel (Czwartego, zwanego „Żelazny Kieł”) krążyły wtedy nieprzyjemne plotki, zupełnie absurdalne, aczkolwiek oparte o wiarygodne podstawy, a nie wszyscy potrafili rozsądnie powściągnąć języki, zwłaszcza po kilku kufelkach. Na nasze nieszczęście, ten, który najgłośniej szczekał, a więc gwoli sprawiedliwości został najskuteczniej uciszony, nie tylko potraktował całe zajście poważniej, niż by należało, ale i okazał się wnukiem Głowy Drugiego Rodu zwanego „Skalistą Pieśnią”. Rozpętała się awantura, sprawa trafiła do sądu. Widziałem całą rozprawę i zeznawałem jako świadek. Wydawało się, że sytuacja przedstawia się raczej klarownie. W końcu mój przyjaciel odpowiedział jedynie na bezczelne i niekulturalne obelgi. Jednak Drugi Ród dzierżył (i wciąż dzierży!) ogromną potęgę, nie wszyscy mieli odwagę mu się przeciwstawić. Głosy sędziów wybranych spośród przedstawicieli siedmiu Domów i siedmiu Rodów podzieliły się niemalże na pół. Wszyscy byli przekonani, że przechyli on szalę na niekorzyść mojego przyjaciela, gdyż Drugiemu Domowi zależało w owym czasie na poparciu triady krasnoludzkiej. Kara czekała bez wątpienia na obu awanturników, jednak nie w jednakowym stopniu. Ktoś musiał być bardziej winny. Zaś równowaga polityczna w Keantherze wymagała, by ten ktoś był postawiony jak najniżej. Ja jednak nabrałem wtedy otuchy w serce, gdyż w przedstawicielu Drugiego Domu rozpoznałem Inadana.

Później dowiedziałem się, że jakiś czas po zagładzie Ósmego Domu, Inadan dostał się na służbę u syna Najstarszego Drugiego Domu i stał się jego zaufanym. Sadziłem, że nie zmieniło się to do dnia dzisiejszego, jednak, jak widać, pani Myrdh ma inne informacje.

W każdym razie, by już nie wydłużać niepotrzebnie tej opowieści, powiem ci, że omyliłem się, chłopcze, jak nigdy w życiu. Moją nadzieję opierałem o wspomnienie z dzieciństwa, które z czasem stało się dla mnie niczym legenda, zaś rzeczywistość ukazała mi zupełnie inny obraz tamtego elfa, którego podziwiałem jako młodzieniec. Gdy wychodziłem z sali rozpraw i przypadkiem znalazłem się obok Inadana, syknąłem tylko ledwie dosłyszalnie: „służalec”. Wydawało mi się, że dostrzegłem w jego oczach błysk, coś na kształt gniewu, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił. To była nasze drugie i aż do niedawna ostatnie spotkanie.

Mojego przyjaciela skazano na pięćdziesięcioletnie wygnanie na Kontynent, podczas gdy prowodyra jedynie na dwadzieścia lat. Równowaga została zachowana. Przez jakiś czas otrzymywałem od przyjaciela listy, z których dowiedziałem się, ze dobrze mu się tam wiedzie i nie zamierz wracać. Zawsze z goryczą pisał o polityce Kręgu i o ustroju Keantheru. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że odnalazł się w tej nieprzyjemnej sytuacji, z drugiej, no cóż… straciłem przyjaciela.

Khirk westchnął i umilkł. Pan Anderson spojrzał na niego uważnie, z lekkim zaciekawieniem.

– Wydaje mi się, że jesteś o wiele lepszym gawędziarzem, niż można było sądzić po twoich wcześniejszych słowach.

– Oczywiście – zachichotał Khirk – My, kransoludy, mamy to we krwi. Ale… nasze opowieści są tylko dla wybranych słuchaczy.

Keanther – Rozdział X

Rozdział X

w którym krasnolud dużo wie o elfickich sprawach

Khirk prowadził pana Andersona krętymi, wąskimi korytarzami, to znowuż prostymi i szerokimi tunelami, w których panowały, jak się wydawało, wieczne przeciągi. Już po kilku minutach zziębnięty Odźwierny wlókł się bez entuzjazmu za krasnoludem, drżąc i z każdym krokiem czując powracające zmęczenie. Kilkakrotnie próbował zagadnąć krasnoluda, jednak za każdym razem był zbywany nieartykułowanymi mruknięciami. Lekko zgarbione plecy Khirka emanowały wzburzeniem i niepokojem. Początkowo pan Anderson składał to na karb strachu o los krewniaka, który, koniec końców, znalazł się w rękach elfa. Ale potem zaczęły do niego docierać urywki zdań takich, jak: „Wstyd!”, „Nie tylko miał słuszność, ale jeszcze go znieważyłem”, z czego wywnioskował, że w równym stopniu krasnoluda dręczyło poczucie winy za wcześniejszą scysję z Inadanem w domu na klifie. Uznał więc, że jakiekolwiek próby wydobycia z niego odpowiedzi na nasuwające mu się pytania nie mają sensu. Zadowolił się podziwianiem krasnoludzkiej architektury, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mu migotliwe światełko lampy Khirka.

Korytarze, którymi szli były rozmaite – każdy z nich różnił się od reszty pod jakimś względem. Jedne wznosiły się, inne opadały. Niektóre były szerokie i przestronne, to znowuż wąskie i duszne. Ich ściany pokrywały wyryte w skale runy, płaskorzeźby, niekiedy mozaiki, a nawet, błyskające w świetle kransoludzkiej lampy, kamienie szlachetne czy żyłki złota i srebra. Wydawało się, że celowo pozostawiono je, powstrzymując się od wydobycia, by stanowiły naturalną ozdobę tuneli. Ich podłoże było brukowane wygładzonymi, kamiennymi płytami, najczęściej jednak stanowiła je lita skała, wydeptana tysiącami stóp krasnoludów okutych w ciężkie buciory.  Każdy kolejny korytarz kończył się rozwidleniem lub skrzyżowaniem. Niekiedy w bocznych ścianach otwierały się ziejące dziury, z których napływało chłodne powietrze. Po drodze spotykali nielicznych strażników czy zakapturzonych krasnoludów zmierzających w sobie tylko znanym kierunku. Ci wymieniali z Khirkiem mrukliwe powitania i śpieszyli dalej, nie przystając nawet na króciutką pogawędkę. W ich rękach błyszczały kuliste latarnie lub, rzadziej, świece. O dziwo, większość korytarzy nie była oświetlona. Jak pan Anderson później się dowiedział, szli jedynie przez część południowego skrzydła, przeznaczoną głównie do obrony twierdzy w razie zagrożenia (jakie jednak miałoby to być zagrożenie, nie doprecyzowano). Bardziej reprezentacyjne komnaty, część mieszkalna, kuchnie i jadalnie, a także skarbce i zbrojownie znajdowały się bliżej centrum całego kompleksu, na północny zachód. Tam właśnie Khirk prowadził Odźwiernego.

Chwilami pan Anderson zastanawiał się, jak tak potężna podziemna twierdza może istnieć w pobliżu morza, które przecież nieubłaganie podmywało klifowe wybrzeża, wydzierając suchy ląd piędź po piędzi. Podejrzewał, że krasnoludy mają jakieś swoje tajne sposoby na uniknięcie takiego losu. A przynajmniej żywił taką nadzieję.

W rzeczywistości, Madharen Randh nie przylegało do samych klifów, a graniczne tunele wydrążono w pewnej odległości od groźnego żywiołu. Była to wręcz doskonała harmonia, choć osiągnięta nieco sztucznie i przy pomocy czegoś, co niedoświadczony człowiek mógłby nazwać magią. A przynajmniej jej iskierką.

Po pewnym czasie uwagę pana Andersona niespodziewanie przykuło coś innego. Mianowicie zaś, ledwo widoczne w półmroku, owadzie procesje przemierzające ściany korytarzy. Początkowo wydawało mu się, że wzrok płata mu figle, gdyż takich gatunków owadów do tej pory nigdzie nie widział. Były ogromne, wielkości ludzkiej dłoni, opancerzone w lśniące, chitynowe pancerzyki, różnokolorowe i przypominające kamienie szlachetne. Ich odnóża, długie i cienkie, wiły się po ścianach niczym niespokojne cienie. Pan Anderson starał się trzymać jak najdalej od nich, z niepokojem, ale i z fascynacją, przypatrując się ich miarowym ruchom. Chciał zapytać Khirka, co to za gatunek, ale krasnolud wciąż nie wydawał się być w nastroju do rozmowy. Gdy w końcu wkroczyli w bardziej przestronne, jaśniejsze korytarze, po których latały miriady świetlików, procesje te ustały. Wkroczyli do części mieszkalnej twierdzy.

Niestety, pan Anderson nie miał okazji, by dobrze przypatrzyć się cudom bardziej reprezentacyjnych sal Madharen Randh. Już na drugim rozwidleniu skręcili w prawy korytarz, gdzie znajdowały się gościnne komnaty. Khirk zatrzymał się przy przedostatnich drzwiach i wskazał je Odźwiernemu.

– Tu powinno ci odpowiadać, chłopcze. Gdybyś mnie potrzebował… – wyjaśnił panu Andersonowi, jak trafić do komnaty przez niego zajmowanej, jednak Odźwierny nawet nie próbował zapamiętać wszystkich skrzyżowań, zakrętów, znaków szczególnych i trzecich drzwi po prawej. Gdy Khirk w końcu uznał, że Odźwierny wie wszystko, co powinien, pożegnał go, ale zwlekał z odejściem, wahając się. Anthony zauważył to i, kryjąc uśmiech, zaproponował, by krasnolud pokazał mu jeszcze, gdzie znajdują się jadalnie. Podejrzewał, że Khirk nie ma specjalnej ochoty zostawać sam na sam ze swoimi obawami i niepokojami, poza tym zaś miał nadzieję, że przy posiłku uda mu się coś z niego wyciągnąć. Przede wszystkim jednak, we znaki dawał mu się głód, o którym mógł zapomnieć na kilka godzin zwiedzania i omawiania istotnych spraw, ale nie na więcej. Krasnolud zgodził się bez namysłu.

Droga do jadalni była albo nadzwyczaj krótka, albo to nogi pana Andersona przyzwyczaiły się już do długodystansowych marszów. Odźwierny zaraz po wejściu rozejrzał się ciekawie, lustrując wzrokiem siedzących przy stołach krasnoludów, którzy w tak dużej liczbie wciąż byli dla niego nowością. Jednak ku jego rozczarowaniu, Khirk poprowadził go dalej, do malutkiej spiżarki, do której przyniósł dwa drewniane krzesła.

– Tu powinniśmy mieć spokój – mruknął, stawiając swoje krzesełko przy drzwiach. Następnie zajął się posiłkiem, ku rozczarowaniu pana Andersona, nie obejmującym ani jednego ciepłego dania. Odźwierny początkowo sceptycznie patrzył na raczej skromne jedzenie, ale w końcu zadowolił się chlebem grubo posmarowanym masłem, wędzoną rybą i jabłkiem. Odmówił jednak alkoholu, uznając, że na nieznanym terenie woda powinna mu w zupełności wystarczyć.

Bardzo szybko skończył jeść, czując, jak paląca ciekawość narasta w nim z każdą minutą. Jak na złość jednak, Khirk długo i ze skupieniem pałaszował jedną rybę za drugą. Pan Anderson odczuł wreszcie przemożną chęć zapalenia fajeczki, ale wolał nie narażać się kransoludzkiej wentylacji. Ktoś tam wyżej jeszcze gotów był uznać, że pali jakieś podejrzane zioła i cały cyrk z truciznami i narkotykami zacząłby się od nowa. Zadowolił się więc lustrowaniem półki za półką, ale wzrokiem wciąż wracał do towarzysza.

Wreszcie Khirk skończył swoją małą ucztę i, obrzuciwszy Anthony’ego bystrym spojrzeniem, rzekł:

– Musisz mi wybaczyć, chłopcze, to, że tak długo cię ignorowałem. Wiem, że to było nieuprzejme, ale musiałem przemyśleć pewne sprawy.

Pan Anderson machnął tylko ręką. Zastanawiał się, które pytanie powinien zadać jako pierwsze. Intrygowała go przede wszystkim jedna kwestia, co do której miał już swoje podejrzenia i czuł, że się nie myli.

– Pani Myrdh – rzucił jakby od niechcenia – Nie jest wcale żadną zielarką, prawda?

Ku jego zdziwieniu Khirk zachichotał w odpowiedzi na te słowa.

– Pudło, chłopcze, starasz się być zbyt chytry. Oczywiście, że jest zielarką, piekielnie dobrą zielarką – powiedział, gdy już opanował pierwszy wybuch radości – Ale masz trochę racji, podejrzewając, że może być także kimś więcej. Doprawdy, nie mam pojęcia, dlaczego właśnie tak się wam przedstawiła. Byłem pewien, że Inadan od razu ją przejrzy, a może nawet, że znał ją już wcześniej.

Pan Anderson poczuł się niemile dotknięty tym, że krasnolud nie sądził, że i on może domyślić się prawdy, a także ukrytą między wierszami sugestią, że to przedstawienie mogło zostać zaaranżowane ze względu na niego.

– W takim razie, kim jest? – zapytał naburmuszony. Khirk momentalnie spoważniał.

– Małżonką głowy Rodu, chłopcze – odparł ponurym tonem – A także, a może raczej przede wszystkim, matką chorego.

Odźwierny zasępił się. Rozumiał już teraz niepokój Myrdh, którego nie potrafiła ukryć, gdy rozmowa schodziła na ciężko chorego przyjaciela Khirka. A więc był to także jej syn!

– No i przy okazji jest jedną z najlepszych zielarek w Keantherze – dodał krasnolud po namyśle – Jako pierwsza poznała się na chorobie, opisała mi także wygląd i właściwości lekarstwa i powiedziała, u jakich kupców w stolicy go szukać. Jedyne, o czym oboje zapomnieliśmy przez nasz strach i obawy, to niesamowite podobieństwo Smoczego Ziela do Smoczego Dzwonka. Nie przypuszczaliśmy zresztą, że mógłby się on znaleźć u sprawdzonych sprzedawców…

Khirk urwał i westchnął ciężko.

– Gdybym tylko pamiętał o tej próbie! Przecież to takie proste, takie nieskomplikowane!

Znowu umilkł na dłuższą chwilę. Pan Anderson obserwował go spod przymrużonych powiek.

 – Jednak gdybanie nie ma teraz sensu – podjął przerwany wątek – To ja zawiodłem zaufanie, które we mnie pokładała, choć mogła przecież powierzyć to zadanie komuś o wiele bardziej godnemu. Zawiodłem ją, ją i Zerikha.

Spuścił głowę na piersi i pogrążył się w ponurym milczeniu. Tak jak pan Anderson się obawiał, w miarę mówienia krasnolud pogrążał się w coraz większym poczuciu winy i rezygnacji. Zupełnie nieuzasadnionych zresztą, co Odźwierny zaraz mu spróbował udowodnić. Ku jego irytacji, Khirk zbył go tylko niechętnym pomrukiem. Mimo to, pan Anderson nie miał jeszcze ochoty porzucać tego tematu.

– Co właściwie za trucizna, ten Smoczy Dzwonek? Naprawdę jest taka niebezpieczna? – dopytywał się, a widząc, że Khirk go nie słucha, postanowił spróbować trochę inaczej – A Inadan? Co on ma z tym wszystkim wspólnego?

Na dźwięk imienia elfa Khirk drgnął i wreszcie podniósł wzrok na Anthony’ego, który powtórzył pytania. Krasnolud pogładził się po brodzie z namysłem.

– Dla ciebie, chłopcze, czy dla mnie, Smoczy Dzwonek byłby praktycznie nieszkodliwy, poza tym, że przyprawiający o ból głowy. Jednak dla elfa to kwestia sekund.

– Masz na myśli, że to trucizna działająca tylko na elfów? – upewnił się pan Anderson, otwierając szeroko oczy. Krasnolud przytaknął.

– Zabójcza. Nie sposób wyrazić słowami, jak bardzo elfowie się jej boją i zarazem  nienawidzą. Teraz, gdy wiem, że to faktycznie był Smoczy Dzwonek, nie dziwię się zachowaniu Inadana.

Khirk znowu ciężko westchnął, a pan Anderson zdał sobie sprawę, że i tym razem nie najlepiej wybrał temat. Nagle krasnolud uniósł głowę, a jego oczy błysnęły w półmroku.

– Tu, w Keantherze, elfowie mają więcej niż gdziekolwiek indziej powodów, by nienawidzić Smoczego Dzwonka. Kilkaset lat po założeniu Kręgu, gdy nasze miasta kwitły, a konflikty na Kontynencie dogasały, spadł na nas potężny cios. W kraju wybuchła epidemia bielma. Żniwo śmierci było ogromne i nie przebierało między rasami zamieszkującymi Keanther. Możesz sobie wyobrazić, jakim zbawieniem wydało nam się odkrycie leczniczych właściwości Smoczego Ziela. Jednak lekarstwo nie zawsze działało. Czasami wydawało się, że bez wątpienia do kuracji użyto właściwego ziela, a mimo to ofiara umierała. Szczególnie zagadkowe było działanie Smoczego Ziela na elfów, którzy potrafili po krótkiej chwili od zażycia paść bez życia. Innym razem, umierali powoli i w straszliwych męczarniach. Za każdym razem jednak w mało przyjemny dla oczu sposób.

Zapanował wiec chaos jeszcze większy niż przedtem. Z jednej strony, chorzy rozszarpywali się nawzajem, by dostać lek, z drugiej nie mogli mieć pewności, czy nie stanie się on gwoździem do ich trumny. Gdyby nie pewien elficki zielarz, który odkrył mistyfikację i opracował metody rozróżniania Smoczego Ziela od trucizny o bliźniaczym wyglądzie, bardzo możliwe, że Keanther przestałby istnieć. Wciąż jednak wiele rzeczy pozostawało zagadką: przede wszystkim pytano, czy za mistyfikację odpowiadała natura czy też istota myśląca? Do dzisiaj zresztą nie mamy pewności w tej kwestii.

Przerwał na chwilę, by pociągnąć łyk wina z kubka.

– Dzięki temu, że byliśmy już w stanie odróżnić oba ziela, mogliśmy także wyleczyć chorobę – podjął wątek – Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Nie znaczy to jednak, że dzisiaj nie zdarzają się przypadki zachorowania na bielmo. Są one dla nas tym straszniejsze, że wciąż pamiętamy – spojrzał znacząco na pana Andersona, oczami, które tym razem błyszczały od powstrzymywanych łez – Nie muszę ci chyba mówić, że w całym Keantherze wprowadzono zakaz hodowania, zbierania czy sprzedawania Smoczego Dzwonka pod karą śmierci. Szczególnie naciskali na to przerażeni elfowie. Nie tylko zresztą wprowadzono taki zakaz, ale i zaczęto wypleniać to ziele, gdzie tylko się dało. Mimo to, nie zdołaliśmy zapobiec kolejnej tragedii.

Gdy po kilku latach od wygaśnięcia epidemii, elfowie należący do Pierwszego Domu znów zaczęli umierać w podejrzanych okolicznościach, podejrzenie od razu padło na Smoczy Dzwonek. Rozpętała się kolejna burza, jeszcze większa niż poprzednia, gdyż niesiona na jej skrzydłach. Wybuchały konflikty między elfami a krasnoludami, których naturalną koleją rzeczy oskarżano o tę zbrodnię. Nawet w Kręgu atmosfera stała się tak napięta, że któregoś razu pomiędzy tymi szacownymi sztywniakami niemal wybuchła bójka jak w jakiejś przydrożnej karczmie. Nie można było tego dłużej ciągnąć, w końcu wszystko musiało runąć z hukiem… ale nagle cała wrzawa ucichła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Zrobił dramatyczną pauzę.

– Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto stał za tymi morderstwami – podjął Khirk – Po prostu nagle Krąg zwołał nadzwyczajne posiedzenie, wycofano wszelkie podejrzenia, a o samej sprawie zabroniono więcej wspominać. Oczywiście, że podniosły się szumy, ale szybko zostały uciszone. Do dnia dzisiejszego jest to największa tajemnica w dziejach Keantheru. A przecież mamy już nowy Okres. Żaden z członków tamtejszego Kręgu nie chodzi już po tej ziemi, krasnoludy pomarły, a zmęczeni światem elfowie odeszli poza granice znanych ziem.

Po tych słowach zapadła głucha cisza. Obaj towarzysze siedzieli pogrążeni we własnych myślach. Od czasu do czasu Khirk pociągał łyk wina.

– Muszę zapalić! – odezwał się nagle rozdrażnionym głosem pan Anderson i wyjął fajkę z kieszeni. Khirk obserwował go uważnie, ale nic nie powiedział. Dopiero gdy Odźwierny wypuścił pierwsze kółka dymu, rzekł:

– Nie rób tego w obecności żadnego elfa. Nie tolerują palenia.

– Wiem, wiem, to szkodliwy nałóg – rzucił poirytowany Odźwierny – Kiedyś go rzucę.

Khirk tylko uśmiechnął się lekko pod gęstą brodą w odpowiedzi.

– Czyli… – zaczął pan Anderson, pykając swoją fajeczkę z przyjemnością – Smoczy Dzwonek niespodziewanie powrócił.

– Nie chcę wydawać zbyt pochopnie żadnych sądów – odparł Khirk, ważąc każde słowo – Ale na to by wyglądało. Pani Myrdh podeszła bardzo poważnie do sprawy elfa. Coś w tym musi być, ale co – zabij mnie, nie mam pojęcia!

– Tak się zastanawiam….Długo znasz Inadana? – zapytał znienacka pan Anderson, podchwytując wątek „elfa” i wyczerpując na jakiś czas zasób palących pytań. Khirk zastanawiał się przez moment, zanim udzielił odpowiedzi.

– I tak, i nie – odparł w końcu – Poznałem go już dawno temu, jednak zaledwie dwa razy go widziałem w przeciągu tych wszystkich lat. Wymieniliśmy przy tym kilka zdawkowych zdań, nic więcej. Zdziwiłem się, ze w ogóle mnie pamięta.

– A jednak sprawiasz takie wrażenie, jakbyś dosyć dobrze go znał – wtrącił pan Anderson.

– To aż tak widać w moim zachowaniu? – uśmiechnął się kwaśno krasnolud – Jednak to tylko pozory. Teraz mogę powiedzieć, że poznałem tylko fasadę budynku pełnego różnych korytarzy i pomieszczeń. Niektórych bardzo ciemnych, do których wcale nie chciałbym wchodzić. Mimo to, Inadan nie budzi we mnie podziwu czy strachu, a przynajmniej już nie, tylko raczej… rozczarowanie.

Tymi słowami Khirk rozpoczął kolejną opowieść.

 

Keanther – Rozdział IX

Rozdział IX

w którym Myrdh uchyla rąbka tajemnicy

Pan Anderson mógł więc wreszcie podziwiać ogrom sali zwanej we Wspólnej Mowie, jak wyjaśnił gościom strażnik, który przedstawił się jako Zidhar, Salą Wielu Bram, czyli Dhal vo Zairydhe. W istocie, Odźwierny nie miał prawa się rozczarować. Za łukiem rzeźbionej bramy otwierała się jeszcze większa przestrzeń niż w Madharen Dhal. Przypominała panu Andersonowi wnętrze Koloseum lub po prostu ogromnej wieży wykutej w skale. Podróżnicy wraz z Zidharem stali na wąskiej platformie, która pierscieniem opasywała głęboką przepaść. Był to tylko jeden z wielu poziomów, nie najwyższy, ale też nie najniższy. Na każdym piętrze otwierały się dziesiątki wykutych w skale wejść prowadzących do niezliczonych korytarzy. Salę oświetlały setki lamp podobnych do kuli, którą miał Khirk. Ich blask tańczył w kryształach solnych, których było tu jeszcze więcej niż pan Anderson widział w poprzedniej hali. Ogrom tej przestrzeni i jej surowe piękno sprawiły, że zaniemówił. Przez dłuższą chwilę goście stali u wejścia do Dhal vo Zairydhe, w niemym zachwycie podziwiając ten widok. Inadan odwrócił się się do Odźwiernego, a w jego oczach migotał blask lamp.

– Już rozumiem, dlaczego tak nazwali tę salę – powiedział rozbawionym głosem – Doprawdy krasnoludzkie nazwy są tak dosłowne, a jednak nie można odmówić im pewnego liryzmu.

– To jest po prostu…. niesamowite! – sapnął pan Anderson w odpowiedzi – Brak mi słów, by choć  w najmniejszym stopniu oddać urok tego miejsca.

– Chyba nieczęsto się to panu zdarza – elf wysunął przypuszczenie z lekką drwiną w głosie. Pan Anderson tylko skinął głową. Czuł się autentycznie zachwycony i w tamtej chwili nie myślał o niczym innym.

– Cieszę się, że owoc naszej ciężkiej pracy wywarł na was wrażenie – powiedział w końcu Zidhar, a na jego twarzy malowała się nieskrywana duma – Jednak musimy już iść. Trzymajcie się blisko ściany, krawędzie są zdradliwe.

Ruszyli wąskim pasażem. Strażnik w tym czasie wyjaśniał im powód powstania sali, w której zbiegało się tyle korytarzy.

– Większość z tych tuneli pełni funkcje defensywne. Dhal vo Zairydhe w rzeczywistości stanowi pewien rodzaj labiryntu. Intruz, nieznający jego rozkładu, z łatwością zagubi się w fałszywych korytarzach. Tylko nieliczne prowadzą do mieszkalnej części twierdzy.

– Prawdziwy geniusz inżynieryjny – mruknął pan Anderson, rozpaczliwie pragnąc wygłosić jakąś mądrą uwagę. Elf spojrzał na niego z pobłażliwym rozbawieniem.

Przewodnik poprowadził ich wąskimi schodami na wyższe piętro, a następnie skręcili w jeden z tuneli. Odźwierny rzucił tęskne spojrzenie w stronę zalanej miękkim blaskiem sali, która opuszczali, ale z nową energią ruszył naprzód. Miał nadzieję oglądać jeszcze wiele podobnych cudów w Madharen randh.

Oświetlenie w ciemnym korytarzu zapewniała im kulista lampa strażnika, która najwidoczniej stanowiła element wyposażenia każdego krasnoluda. Tunel robił mniejsze wrażenie niż chociażby Ladhen Khrieg, co jednak nie zdziwiło pana Andersona, świadomego funkcji, jaką miała zapewniać cała siatka korytarzy. Zidhar prowadził ich pewnie przez kolejne rozgałęzienia i skrzyżowania. Odźwierny kompletnie stracił jakąkolwiek orientację w przestrzeni już po kilkunastu minutach. Gdy wreszcie dotarli do drewnianych, rzeźbionych drzwi, przebytą drogę pan Anderson odczuwał przede wszystkim w nogach. Dlatego też, gdy ich oczom ukazała się komnata robiąca nieporównywalnie mniejsze wrażenie niż te, które dotychczas podziwiał, nie poczuł rozczarowania, gdy ujrzał w niej wygodne krzesła.

W pomieszczeniu znajdował się już Khirk, a na rzeźbionym fotelu obok niego siedziała starsza krasnoludka o dumnym wyrazie twarzy. Choć jej postać nie była może tak piękna jak Inadana, pan Anderson odniósł wrażenie, że wygląda równie majestatycznie i onieśmielająco. Dostrzegł jednak również pewna różnicę, mało namacalną, między nią a elfem. Inadan za wszelką cenę ukrywał ogień, jaki wewnątrz niego płonął, a ona wręcz przeciwnie – jeszcze go podsycała.

Speszony lustrującym, władczym wzrokiem krasnoludki, pan Anderson niemal zapomniał o krześle. Widząc jego zmieszanie, Inadan z właściwą sobie swobodą przedstawił ich obu. Staruszka spojrzała z nieskrywaną ciekawością na gości, ale jej wzrok najdłużej zatrzymał się na elfie. Panu Andersonowi wydało się, że dostrzegł w jej oczach coś na kształt krótkiego przebłysku i bynajmniej nie odniósł wrażenia, że był on przyjemny. Tymczasem jednak z wdzięcznością przyjął ofiarowaną mu możliwość krótkiego odpoczynku. Całodzienny marsz, który odbył najpierw pod słotnym niebem, a następnie w ciemnościach krasnoludzkich korytarzy, zdecydowanie dał mu się we znaki. Po raz kolejny Odźwierny zdał sobie sprawę z tego, że choć pięćdziesiąt lat dla hobbita to wiek zaledwie średni, to sześćdziesiąt dla człowieka jest już zdecydowanie starością. Ponieważ zaś nie miał siły walczyć z tymi pesymistycznymi myślami, po prostu opadł z westchnieniem na fotel, który wydawał się wręcz dopasowany do jego sylwetki.

Po  dłuższej chwili milczenia, krasnoludka skończyła oględziny i przywitała gości w uprzejmych słowach.

– Jestem Myrdh, tutejsza naczelna zielarka ciesząca się zdecydowanie zbyt dużym autorytetem jak na jej skromne umiejętności – przedstawiła się, a w jej oczach zabłysły i szybko zbladły iskierki rozbawienia. Khirk rzucił jej szybkie spojrzenie i wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował. Pan Anderson zauważył to, a wiec był pewien, że Inadan także. Bez względu na to, czy pani Myrdh rzeczywiście była zielarką, czy też nie, faktycznie cieszyła się o wiele większym poważaniem i autorytetem, niż to zielarki mają w zwyczaju.

– Pozwolicie panowie, że przejdę od razu do sedna. W innym czasie należałoby zacząć od złożenia wyrazów uszanowania nowemu Odźwiernemu, ale niestety, jak być może Khirk już panom wyjaśnił, jest to sprawa życia i śmierci. Mam nadzieję, że wybaczy mi pan ten nietakt – Myrdh skinęła lekko w stronę pana Andersona w przepraszającym geście. Nieco zmieszany Odźwierny zapewnił ją, że doskonale to rozumie i nie widzi najmniejszego problemu. Mimo to, poczuł lekkie rozczarowanie, gdy zauważył spojrzenie, jakim krasnoludka zaraz potem obrzuciła Inadana. Zdał sobie sprawę z tego, że on sam jako nowicjusz jest mniej znaczącym (a może też i mniej niebezpiecznym) gościem niż elf. „Czekajcie no”  – pomyślał ponuro, zaciskając wargi w zdecydowaną kreskę, „Zobaczymy jeszcze, czy można tak nie liczyć się z Anthony’m Andersonem”. Momentalnie zapomniał o swoim podeszłym wieku i zmieszaniu, jaki powodowała w nim dumna krasnoludka.

W przeciwieństwie do rozgorączkowanego pana Andersona, Inadan wyglądał na całkowicie spokojnego, co Odźwiernemu nasunęło złośliwe skojarzenie ze zmurszałym ostańcem przydrożnym. Zaraz jednak musiał w duch przyznać, że, niestety, jeżeli elf był podobny do jakiegoś kamienia, to tylko szlachetnego. A przynajmniej tylko z zewnątrz, gdyż jego charakter dawał się określić tylko jako  zdecydowanie wypaczony i ani trochę przejrzysty.

Inadan uważnie śledził to, co działo się w komnacie. Odźwierny mógłby nawet przysiąc, że gdy wzrok elfa na chwilę na nim spoczął,  Jednak kiedy Khirk zaczął grzebać w swojej podróżnej sakwie w poszukiwaniu przedmiotu sporu miedzy nim a Inadanem, w postawie tego drugiego pojawiło się ledwie wyczuwalne napięcie. Wreszcie krasnolud wyjął brudne zawiniątko i podał je Myrdh, która popatrzyła na nie z lekkim niesmakiem. Rozwinęła je i z uwagą przypatrzyła się trochę pokruszonym, suszonym, brunatnym listkom.

– Na pierwszy rzut oka wygląda właśnie na to, czego poszukujemy – mruknęła z namysłem. Inadan poruszył się niespokojnie na te słowa.

– Tej różnicy nie dostrzeżesz na pierwszy rzut oka, pani.

W odpowiedzi krasnoludka spojrzała na niego z pobłażaniem.

– Coś podobnego! Pan elf najwidoczniej sądzi, że nie znam się na swoim fachu – uśmiechnęła się szeroko, po czym nagle spochmurniała – Próba ognia, co? Niedobrze, oj, niedobrze. Khirk, proszę cię, zapal mi świecę.

Coś w oczach Khirka wydawało się zaalarmowane tą prośbą, jednak na pytające spojrzenie pana Andersona, krasnolud tylko wzruszył ramionami. Następnie zza pazuchy wyciągnął hubkę i krzesiwo oraz malutki ogarek. Wyprostował knot i z wprawą wykrzesał iskrę. Odźwierny nie mógł nie zastanawiać się przez dłuższą chwilę, jaki jest sens noszenia ze sobą świecy, jeżeli posiada się magiczną krasnoludzką lampę (w dodatku kieszonkową!), ale zaliczył to na karb dziwactw Khirka.

Świeczuszka migotała jasnym płomykiem, gdy krasnolud podał ją Myrdh. Ta położyła ją na stoliku i z zawiniątka przyniesionego przez Khirka wyjęła kilka ciemnych listków. Zbliżyła je do płomienia, a gdy się zajęły, po komnacie rozszedł się słodki, mdły zapach. Pan Anderson poczuł ogarniającą go senność i katem oka zauważył jak pobladły Inadan zasłonił twarz dłonią. „Tak prawdopodobnie wyobrażałbym sobie zapach naprawdę porządnych narkotyków” – pomyślał tępo. Wreszcie Myrdh rzuciła liście na podłogę i przydeptała je stopą.

– Khirk, proszę cię, idź i powiedz, by otworzyli dodatkowe kanały wentylacyjne – rzekła zmęczonym głosem. Jej twarz powlekał cień. Otumaniony krasnolud poczłapał w stronę drzwi i otworzył je. Do pomieszczenia napłynął odżywczy powiew świeżego powietrza. Pan Anderson chciwie wciągnął je w płuca. Inadan zakaszlał. Khirk otrząsnął się żywo, jakby zrzucał z siebie widmo niemiłego wspomnienia, po czym szybko wyszedł z zadymionej komnaty. Tylko krasnoludka wciąż stała w tym samym miejscu, zapatrzona gdzieś ponad głowami gości, a w jej oczach czaiło się coś niepokojącego i nieuchwytnego, niczym długo powstrzymywany strach.

Gdy Khirk wrócił do komnaty Myrdh, wciąż panowała w niej grobowa cisza. Ciężki dym zalegał już tylko w katach, mocno przerzedzony. O wiele cięższe wydawało się milczenie gości i gospodyni, więc Khirk z niepewnym wyrazem twarzy usiadł na brzeżku fotela, jak najdalej od Inadana, na którego od czasu do czasu rzucał niepewne spojrzenia. Jednak elf nie zwracał na niego uwagi, utkwiwszy nieruchomy wzrok w sylwetce krasnoludki. Pan Anderson nie tylko czuł się pominięty i niewiele znaczący, ale także z każdą chwilą coraz gorzej czuł się z powodu napięcia, jakie wytworzyło się w niewielkiej komnacie. W głowie wciąż my lekko pulsowało i jakoś nie mógł pozbyć się mdłego zapachu dymu. Odchrząknął znacząco. Khirk rzucił mu pytające spojrzenie, jednak nikt poza nim nie zwrócił na niego większej uwagi. Odźwierny westchnął i skulił się w fotelu. Pozostało mu tylko czekać, aż możni tego świata zdecydują się wyjaśnić mu to i owo. Zastanawiał się przy tym, czyja właściwie cierpliwość jest wystawiana na próbę.

Zatopiony w ponurych rozmyślaniach, przegapił moment, w którym Myrdh ocknęła się z letargu i utkwiwszy wrogie spojrzenie w Inadanie, rzekła ostrym tonem:

– Nie mam pojęcia, w jaki sposób Smoczy Dzwonek dostał się w ręce Khirka, jednak mogę za niego ręczyć z całą odpowiedzialnością wypływającą z mojej pozycji. Jeżeli jednak jakiekolwiek konsekwencje mają zostać wyciągnięte z tego zdarzenia, możecie być pewni, że w ostatecznym rozrachunku nic się przede mną nie ukryje.

Nazwa „Smoczy Dzwonek” wywołała różne reakcje u zebranych. Pan Anderson z oczywistych względów nie czuł się specjalnie zmartwiony słowami Myrdh, Khirk z kolei wciągnął ze świstem powietrze i wyglądał, jakby chciał rzucić wiązką przekleństw, ale w ostatniej chwili się opanował. Inadan natomiast ledwie dostrzegalnie rozluźnił się, jakby nie słysząc groźby i podejrzliwości pobrzmiewających w głosie krasnoludki.

– Nie jest istotne, w jakich okolicznościach, ani kto nabył Przeklęte Ziele, jeżeli zgodzi się je dobrowolnie oddać.

Myrdh zmrużyła oczy.

– Ach, tak. A więc okoliczności są wam najprawdopodobniej znane.

Nie czekała na potwierdzenie, nie spodziewając się go zresztą. Mówiła zdecydowanie, powoli wymawiając słowa, jednak nie ważąc ich, jakby była pewna każdego z nich.

– Warunkiem jest dobrowolne oddanie ziela, jednak, jak możesz oczekiwać od trzeciego z krasnoludzkich Rodów, że przekaże tak niebezpieczną, a przede wszystkim specyficzną truciznę na podstawie paru wyrwanych z kontekstu obietnic? Zbyt wiele niewiadomych wiąże się z twoja historią i tobą samym, bym poważyła się na taki krok i powierzyła Smoczy Dzwonek właśnie tobie.

– Dobrze są ci znane zarówno mój rodowód, jak i wszelkie szczegóły mojej służby, o pani – odparł sucho elf. Myrdh nie odrywała od niego świdrującego wzroku.

– Nie masz racji Inadanie an’el Andaravilien. Mimo to, wiem więcej, niż przypuszczasz. Nawet Dom Wschodzącego Księżyca nie jest w stanie ustrzec się od plotek. A ja umiem łowić i wyżymać plotki.

Twarz Inadana stężała. Pierwszy raz, odkąd Anthony go spotkał, elf spuścił wzrok pod czyimś spojrzeniem. Na  jego twarzy wykwitł rumieniec gniewu i, czy tylko mu się wydawało, czy też wstydu?

Myrdh spuściła go z uwięzi swych oczu i westchnęła głęboko, jakby nagle przyciśnięta brzemieniem lat.

– Zrozum, że nie kieruje mną bezsensowna złość czy wrogość. Wszyscy jesteśmy już za starzy na taką dziecinadę. Jednak Smoczy Dzwonek to zagrożenie dla całego Keantheru. Czas najwyższy, by elfowie zdali sobie z tego sprawę.

– Ta zaraza dotyka jedynie nas – wyszeptał drżącym głosem Inadan, a jego oczy pociemniały. Był być może bardziej poruszony, niż chciałby to okazać.

– Nie, mój drogi! – zaprzeczyła stanowczo krasnoludka – To, co uderza w was, jest także naszym zmartwieniem. Czyż nie na takiej zasadzie opiera się władza Kręgu?

Inadan nic na to nie odpowiedział i uparcie milczał. Cisza wydłużała się i nie wyglądało na to, by to on miał ją przerwać. Jednak czas nieubłaganie płynął. Gdy Myrdh na chwilę oderwała wzrok od Inadana, w oczach Khirka dostrzegła niepokój, który przypomniał jej o jej własnym.

– Jeden dzień do namysłu – rzekła do elfa – Daję tobie, a także sobie, jeden dzień do namysłu. Nie, proszę wręcz o jeden dzień zwłoki. Ugościmy was przez ten czas. Tak czy siak, nie moglibyśmy puścić cię wcześniej, niż otrzymalibyśmy pozwolenie od głowy Rodu. Tymczasem mnie mogę już poświęcić tej sprawie więcej czasu…

Urwała i przeniosła wzrok na pana Andersona.

– Niech pan nie myśli, że zapomniałam o panu, panie Odźwierny – powiedziała cichym głosem – Wręcz przeciwnie, cieszę się z pańskiej obecności. Gdy wszystko inne zawiedzie, liczę na pańską intuicję.

Anthony poczuł nieprzyjemny dreszcz niepokoju po tych słowach. Skinął lekko głową, nie wiedząc, co innego mógłby zrobić.

Myrdh odwróciła się już ku drzwiom, a Khirk podniósł się z fotela, by do niej dołączyć, gdy dźwięczny głos Inadana zatrzymał ich wpół kroku.

– Smoczy Dzwonek bardzo łatwo pomylić ze Smoczym Zielem. Czyżbyście mieli tu kogoś zarażonego Bielmem?

Krasnoludka wzdrygnęła się, ale odwróciła ku niemu twarz. Byłą wykrzywiona skurczem strachu.

– Bliźniacze Pędy. Nie mam za złe Khirkowi, że nie poznał się na tej mistyfikacji. Jednak teraz nie pozostało nam już wiele nadziei.

Elf powstał, a zdecydowanie zabłysło w jego oczach.

– Nie mogę obiecać, że się na nich nie zawiedziesz, ale oferuję ci moje usługi pani, w zamian za twą gościnę. Niewielu elfów potrafi leczyć Bielmo bez użycia Smoczego Ziela. Być może będę w stanie chociaż spowolnić rozwój choroby… – zawahał się – Oczywiście, o ile zgodzisz się….

Zmęczony uśmiech rozjaśnił pomarszczoną twarz krasnoludki.

– Nie ufam tym, którzy za tobą stoją, gdyż nie mam pojęcia, do czego zdążają. Jednak na tyle dobrze znam twoje serce, by móc zaufać twojej życzliwości.

Inadan nic na to nie odpowiedział, tylko skłonił się głęboko. Myrdh przykazała skonsternowanemu Khirkowi, by pokazał Odźwiernemu pokoje i by sam odpoczął. Na pożegnanie obdarzyła pana Andersona kolejnym uśmiechem.

– Ma pan racje, panie Anderson – powiedziała tak, jakby poza nimi nie było już nikogo w komnacie – Zbyt mało zaufania okazujemy sobie w dzisiejszych czasach. Kiedyś było inaczej. Ufam jednak, że zmiana jest możliwa nawet teraz, przyniesiona przez najbardziej niespodziewane i najmniej się tego spodziewające ręce.

Pan Anderson patrzył za nią z namysłem, gdy wychodziła z Inadanem – drobna sylwetka, krucha przy wysokim elfie . Czuł, że coś nowego ocknęło się w jego sercu, jakby jakaś niewidzialna nić zawiązała się między nim a tym światem.

 

Keanther – Rozdział VIII

Rozdział VIII

w którym debatuje się nad losem gości za ich plecami

Przez większą część dnia kompania wędrowała przez wrzosowiska, kilka kilometrów na zachód od linii brzegu. Po południowym postoju, Khirk zamilkł na dobre i zaczął z uwagą obserwować krajobraz, z czego towarzysze wywnioskowali, że znajdują się już blisko celu. Wiatr wiał od morza, przeganiając po niebie postrzępione chmury. Wieczorem zaczęło się przejaśniać. Khirk pokierował wtedy kompanię z powrotem na wschód, w stronę wybrzeża. Wydawał się już mniej spięty, jakby te delikatne promienie światła zdjęły z jego barków ciężkie brzemię. Nawet przy tak nikłym świetle, łatwiej było mu obserwować okolicę i wypatrywać wejścia do ukrytego twierdzy.

Gdy zapadał już zmrok, krasnolud nagle przystanął i gestem zatrzymał towarzyszy. Pan Anderson rozglądnął się dookoła. Stali pośrodku niczym nie wyróżniającego się pustkowia. Szum morza był tu wyraźniejszy, toteż Odźwierny uznał, że znajdują się już trochę bliżej wybrzeża. Khirk z wyrazem skupienia na twarzy przyglądał się podłożu. Inadan obserwował go z obojętnym wyrazem twarzy. Tylko jego oczy świeciły w zapadającym zmroku.

W końcu krasnolud kiwnął głową z zadowoleniem i przywołał kompanów gestem.

– Odwróćcie się – polecił szorstko, rzucając im wymowne spojrzenie spod krzaczastych brwi. Inadan wzniósł oczu do nieba, ale nie protestował. Pan Anderson tym bardziej nie widział powodu, by oponować. Nie próbował nawet zgadywać, co za ich plecami robił Khirk. Usłyszał szmer, jakby krasnolud odgarniał ziemię, a potem serię mechanicznych klików. Gdy wreszcie wraz z Inadanem dostali pozwolenie na odwrócenie się, obok Khirka , w ziemi ziała ogromna dziura. Odźwierny z zaciekawieniem przyjrzał jej się z bliska. Okazała się kamiennym tunelem, w którym wyciosano kamienne stopnie wiodące wgłąb ziemi. Elf spojrzał z ukosa na Khirka.

– Widzę, że wasze plemię nigdy nie zaniedbuje środków ostrożności – rzucił obojętnym tonem.

– To tylko boczne wejście – wyjaśnił Khirk – Oficjalnych gości przyjmujemy przy głównej bramie z zachowaniem ceremoniału.

– Rozumiem. My jesteśmy, oczywiście, szczególnym przypadkiem – Inadan uśmiechnął się nieznacznie. Khirk wzruszył ramionami.

– Nie miej o sobie zbyt dużego mniemania, elfie. Pomijając wszelkie inne powody, dla których tak cię teraz przyjmujemy, to wiedz, że nie ja decyduję o takich rzeczach. Gdybyście zapowiedzieli swoją wizytę z wyprzedzeniem, zażądali specjalnych ceremonii i oczywiście podali swoją pozycję, ród czy dom, wtedy sprawa wyglądałaby inaczej.

– Na co, niestety, nie mieliśmy czasu – podsumował pan Anderson z westchnieniem. Żałował, że nie dane mu było wkroczyć do krasnoludzkiej twierdzy z honorami i zobaczyć jej pełną chwałę. Inadan z kolei nie wydawał się tym specjalnie zmartwiony.

– Trzeci ród dba o splendor – rzucił zdawkowo.

– Tak samo postępują i wasze domu – odparł Khirk, szykując się na kolejną potyczkę słowną. Jednak elf skinął tylko głową.

– Może już wejdziemy? – zaproponował szybko Odźwierny – Miło będzie opuścić to pustkowie.

Khirk natychmiast wszedł w rolę gospodarza i skłonił się po krasnoludzku.

– Proszę za mną – powiedział i poprowadził towarzyszy w ciemności tunelu. Z kieszeni tuniki wyjął oszlifowaną kulę wielkości kurzego jaja i potrząsnął nią. Kula rozbłysła błękitnym światłem. Rozpoczęli powolną wędrówkę tunelem.

Wkrótce światło wpadające ze świata na zewnątrz nagle zgasło jakby ucięte, a nad głowami podróżników rozległ się szczęk, po czym zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem maszerujących stóp. Pan Anderson podejrzewał, że klapa zamknęła się za nimi za sprawą jakiegoś krasnoludzkiego mechanizmu. Spojrzał w stronę wylotu tunelu, ale zobaczył tylko mroczną pustkę. Rozejrzał się więc ciekawie dookoła. Błękitne światło wydobywało z ciemności coraz wyższy strop i ściany pokryte misternie kutymi runami. Szum morza był tu, o dziwo, wciąż jeszcze wyraźny.

Nie potrafił powiedzieć, jak długo szli tym korytarzem, po jakimś czasie jednak zdał sobie sprawę, że wyszli na otwartą przestrzeń. Przystanął i rozglądnął się.  Światło krasnoludzkiej lampy nie było na tyle silne, by oświetlić całe pomieszczenie. Mimo to, pan Anderson zorientował się, że znajdują się w ogromnej hali. Z przerażeniem zauważył także, że najwyraźniej poruszają się po kamiennym moście zupełnie pozbawionym poręczy, rozwieszonym nad atramentową przepaścią. Dnem wąwozu najprawdopodobniej płynęła podziemna rzeka. Spojrzał w górę, nie spodziewając się zresztą ujrzeć niczego w ciemnościach. Gdy jednak jego wzrok przyzwyczaił się do czerni wypełniającej górne partie hali, zauważył drobne światełka przypominające gwiazdy, które niby oczy otwierały się nad nimi. Pan Anderson przyglądał im się w niemym zachwycie z takim przejęciem, że nie zauważył, jak jego towarzysze również się zatrzymali. Ich sylwetki rzucały rozedrgane cienie na kamienną powierzchnię mostu. Khirk przywołał go gestem.

– Chodź, chłopcze! Jesteśmy już blisko celu.

Niechętnie i z ociąganiem, pan Anderson dołączył do towarzyszy, rzucając ostatnie, tęskne spojrzenie na przepiękne sklepienie. Postanowił przy najbliższej okazji zapytać Khirka o nazwę tego miejsca. Póki jednak dookoła niego ziała pustka, nie miał odwagi, by myśleć o czymkolwiek innym, niż uważne stawianie stóp.

Okazja nadarzyła się dopiero, gdy wkroczyli do kolejnego korytarza, zostawiając za sobą przestronną halę. Tym razem jego ściany były gładkie, przetykane jasnymi żyłkami, a on sam tylko nieznacznie opadał w dół. Krasnolud widocznie podejrzewał, że Anthony będzie zadawał pytania i, nie czekając na nie, udzielił gościom wyjaśnień.

– Sala, przez którą przed chwilą przechodziliśmy, zwana jest gwieździstą, czyli Madharen dhal. Podobnie jak most, który w naszym języku nosi nazwę Madharen zekargh. Myślę, że nietrudno zgadnąć, dlaczego.

Spojrzał znacząco na pana Andersona, który otwierał już usta, by zadać pytanie. Było to, nawiasem mówiąc, dość krzywdzące, gdyż Odźwierny zamierzał odnieść się do innej kwestii.

– Zgadzam się z tobą w zupełności – odparł urażonym tonem – Zastanawia mnie natomiast, jakimi minerałami przesycone są te skały, skoro dają taki efekt świetlny.

– Jeśli o to chodzi – zaczął krasnolud, niespecjalnie zrażony tonem Anthony’ego – Nie jest to nic specjalnego. Odpowiedź w zasadzie zalicza się do tych oczywistych.

– To sól morska – wtrącił Inadan, uśmiechając się przez ramię do Odźwiernego – Czy mam rację, panie krasnoludzie?

– Mniej więcej – burknął Khirk, zły, że mu przerwano – Nawiasem mówiąc, od tego właśnie pochodzi nazwa naszej siedziby – Madaren randh, czyli Gwieździsta skała.

– Miał pan właśnie pierwszą lekcję krasnoludzkiego, panie Anderson – podsumował wesoło Inadan. Anthony skinął głową z namysłem, jednak nic nie powiedział. Uświadomił sobie, że, choć może zabrzmieć to absurdalnie, zachowywał się trochę jak międzywymiarowy turysta. Brakowało mu tylko aparatu. Z drugiej strony, naprawdę żałował, ze nie zdążył przyjrzeć się lepiej Gwieździstej sali. Inadan jakby czytał w jego myślach, gdyż odezwał się krzepiącym tonem:

– Niech pan nie myśli o tym, co już za nami. Gwarantuję panu, że jeszcze wiele pięknych rzeczy ujrzy pan w tej twierdzy. Krasnoludy być może są nieco… szorstkie w obyciu, ale to prawdziwi mistrzowie kamienia.

– A ten pierwszy korytarz, którym przeszliśmy do Gwieździstej sali? Jak się nazywa?  – zapytał pan Anderson, otrząsając się z zawodu – Jeśli dobrze pamiętam, na jego ścianach wyryte były znaki runiczne.

– Toteż tak właśnie się nazywa, chłopcze. Ladhen khrieg – Runiczny korytarz. Ten, którym obecnie idziemy, w zasadzie nie ma specjalnej nazwy. Najczęściej mówimy o nim „Południowy korytarz”. Prowadzi do sali, w której znajduje się brama strzegąca tego wejścia do twierdzy. Złośliwi nazywają ją „Przedsionkiem” – krasnolud potrząsnął mocniej kulą światła, która zgasła – Znajduje się dokładnie przed nami.

Początkowo pan Anderson nie widział nic poza atramentową ciemnością. Przystanął na chwilę, bojąc się, że się potknie. W końcu jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dojrzał nikłe światełko przed nimi. Z każdym ich krokiem rosło i po jakimś czasie Odźwierny stwierdził, że jest to faktycznie wylot tunelu. Gdy byli już na tyle blisko, by pan Anderson mógł dostrzec rzeźbiony łuk, dookoła którego wiły się ryte w kamieniu runy, okalający wykute w skale wejście, Khirk zatrzymał towarzyszy gestem.

– Poczekajcie tu na mnie – polecił – Bramy strzegą strażnicy i lepiej będzie, jeśli sam z nimi porozmawiam.

Ani pan Anderson, ani Inadan przynajmniej doraźnie nie protestowali, jednak, gdy krasnolud oddalił się na rozsądną odległość, jednomyślnie przysunęli się nieco bliżej, by móc śledzić przebieg konwersacji i w razie czego interweniować.

Khirk przystanął tuż przy łuku bramy. Nie przeszedł przez nią, tylko, o ile jego towarzysze mogli zobaczyć, stuknął kilka razy toporkiem w skałę. U wylotu tunelu bezszelestnie pojawiło się dwóch uzbrojonych krasnoludzkich strażników. Widocznie dobrze znali Khirka, gdyż nie wydawali się zaskoczeni czy wzburzeni jego widokiem. Krasnolud nachylił się do współplemieńców i tłumaczył im coś przyciszonym głosem. Strażnicy kilka razy rzucili okiem na Odźwiernego i Inadana, którzy przystanęli akurat na granicy światła wpadającego przez łukowatą bramę. Jeden z nich również szeptem odpowiedział Khirkowi, który z irytacją potrząsnął głową i rzucił coś niezrozumiałego. Pan Anderson i Inadan wymienili rozczarowane spojrzenia. Nie byli w stanie nic usłyszeć. Dyskretnie przysunęli się bliżej. Teraz docierały do nich urywki rozmowy, która była prowadzona w języku krasnoludzkim. Inadan być może znał Thrand na tyle, by coś zrozumieć, lecz z pewnością nie można było powiedzieć tego o panu Andersonie.

Nagle jednak Khirk podniósł głos, ostrym tonem zaprzeczając słowom jednego ze strażników.

– Nie, nie, nie! – zawołał we Wspólnej Mowie, wyraźnie wyprowadzony z równowagi – Mówię wam, że nie mamy na to czasu! Czyżbyście nie znali sytuacji? Kiedy mu prowadzimy tu tę jałową rozmowę, on być może już…

– Rozumiemy twój punkt widzenia – krępy krasnolud, z którym Khirk się sprzeczał, spojrzał pytająco na gości, ale również odezwał się we Wspólnej Mowie – Mimo to nie jesteśmy upoważnieni do podejmowania takich decyzji. Przypominam ci także, że Wejście Południowe i Dhal vo Zairydhe przeznaczone są tylko dla mieszkańców Madharen randh, a ty przyprowadziłeś tu elfa i… człowieka?

– Mówiłem już chyba, że to wyjątkowa sytuacja! – zirytował się Khirk – A ten człowiek to nasz nowy Odźwierny!

– Toteż na niego bylibyśmy gotowi przymknąć oko – spokojnie odparł drugi, dosyć wysoki, strażnik – Jednak jest z tobą także elf, którego nie znamy. Decyzja w waszej sprawie musi zostać podjęta przez głowę rodu. Takie jest nasze prawo i ty dobrze o tym wiesz.

Khirk sapnął z rozdrażnieniem, ale milczał.

– Kiedy więc mogę spodziewać się odpowiedzi? – zapytał po chwili namysłu. Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem.

– W chwili obecnej pan Adhar uczestniczy w zebraniu Kręgu – wyjaśnił krępy strażnik.

– Czyli to kwestia dni, nawet nie godzin – wszedł mu w słowo nachmurzony Khirk – Nie, tak być nie może!

Pomiędzy krasnoludami ponownie wybuchła kłótnia. Pan Anderson patrzył na to z iście fatalistycznym spokojem. „To byłoby na tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie krasnoludzkiej twierdzy” – pomyślał. Z twarzy Inadana nie mógł wyczytać, czy elf czuje to samo. Anthony doszedł do wniosku, że jego towarzysz nie tyle nie zdradza swoich uczuć, co pokazuje je lub ukrywa zależnie od swojego widzimisię. Nagle poczuł się strasznie osamotniony, osadzony w zupełnie obcym świecie, wśród istot, których nie był w stanie pojąć. Przegnał jednak pesymistyczne myśli. W końcu uczestniczył w tym cyrku na własne życzenie.

Konflikt między krasnoludami wydawał się praktycznie nie do rozwiązania. Obie strony po jakimś czasie wyczerpały swoje argumenty i tylko stały naprzeciwko siebie, w milczeniu mierząc się wzrokiem. Strażnicy ściskali rękojeści swoich toporów. Odźwierny uznał, że błędem było zgodzenie się na wystąpienie Khirka w roli parlamentariusza. Był skłonny podejrzewać, że nawet Inadan sprawdziłby się lepiej w tej roli. Niespodziewanie jednak Khirk zmienił taktykę.

– Mówicie, że pan Adhar mnie jest w stanie udzielić mi obecnie odpowiedzi – podsumował, siląc się na spokój – A jak sprawa ma się z panią Myrdh? Czy mogę z nią porozmawiać?

Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem, ale obaj skinęli głowami po krótkim namyśle. Ustalono, że wysoki krasnolud przypilnuje gości w międzyczasie, gdy Khirk uda się na spotkanie ze wspomnianą krasnoludką w asyście drugiego strażnika. Gości postanowiono wcześniej rozbroić. Pan Anderson został zmuszony do oddania swojego scyzoryka (co uznał za kompletnie  sensu) i nożyka, w który zaopatrzył się przezornie przed opuszczeniem domu na klifie. Inadan z kolei musiał oddać swój miecz i sztulet (co, według pana Andersona, było jak najbardziej uzasadnione). O dziwo, elf nie protestował przeciwko takiemu traktowaniu (co również Odźwierny uznał za rozsądne). Wreszcie strażnicy doszli do wniosku, że spełnili swój obowiązek i jeden z nich przeprowadził Khirka przez bramę. Drugi krasnolud stanął w przejściu i bacznie obserwował powierzonych jego pieczy przybyszów. Pan Anderson miał nadzieję przyjrzeć się bliżej rzeźbionemu wejściu i rzucić okiem na salę za nim się znajdującą, na ten widok jednak zrezygnował. Inadan stał oparty o ścianę korytarza i ze złośliwym rozbawieniem wpatrywał się w strażnika, który pod jego spojrzeniem widocznie się denerwował. Anthony uznał, że raczej nie jest w najlepszym nastroju do rozmowy. Ponieważ więc nie co innego mógłby robić, śledził jasne żyłki na kamiennej ścianie, które były widoczne w słabym świetle wpadającym przez rzeźbione wejście do następnej sali.

Nie potrafił powiedzieć, ile czasu minęło do powrotu krępego strażnika. W podziemiach krasnoludzkiej siedziby stracił jakąkolwiek świadomość pory dnia czy godziny. Wiadomość przyniesiona przez krasnoluda okazała się nader pomyślna. Goście mogli przejść przez bramę i udać się na spotkanie z panią Myrdh, kimkolwiek była. Jedyny warunek, jaki im postawiono, to pozostawienie broni przed wejściem do Dhal vo Zairydhe – następnej sali. Ściślej rzecz biorąc, ów nakaz dotyczył jedynie Inadana, gdyż, jak się okazało, pan Anderson dostał pozwolenie na odzyskanie swojego „arsenału”. Zdziwiło go to zaufanie, którym obdarzano Odźwiernych. Podejrzewał, że taki system nie przyjąłby się w jego świecie, tu jednak, jak widać, sprawnie działał. A przecież, ludzie często nawet bez złej woli, popełniali błędy.

Zarządzenie to, jak można było przewidywać, nie przypadło Inadanowi do gustu.

– Jestem gotów ponieść wiele ofiar, by cała ta sprawa została rozwiązana bez niepotrzebnych sporów – powiedział cichym, ale stanowczym tonem – Jednak teraz wymagacie ode mnie, bym powierzył obcym jedyne dziedzictwo rodowe, jakie mi pozostało i w dodatku wszedł do waszej siedziby bezbronny, choć, jak zauważyłem, nie jestem tu darzony ani zaufaniem, ani sympatią.

– Dostaniesz z powrotem swój miecz, elfie, gdy opuścisz naszą twierdzę lub dostaniesz pozwolenie pani Myrdh. I proszę, cię nie obrażaj nas, kwestionując naszą gościnność,. Nikt w tej twierdzy nie podniesie ręki na gościa – oczy wysokiego strażnika zwęziły się. Dyskretnie, acz wymownie położył dłoń na trzonku topora. Pan Anderson westchnął bezgłośnie. Najwidoczniej w tym świecie nie można było znaleźć rozwiązania, które usatysfakcjonowałoby wszystkich.

– W takim razie, może powierzycie ten miecz mi? – zaproponował. Miał nadzieję, że poważanie, jakim cieszyli się Odźwierni wystarczy, by zażegnać rodzący się konflikt. Krasnolud w istocie skinął głową na znak, że się zgadza.

– Jest to dopuszczalne, ale nie wolno ci pod żadnym pozorem przekazać broni elfowi. Odpowiada ci to elfie?

Inadan w ponurym milczeniu skinął głową.

– Moglibyście trochę uprzejmiej traktować swoich gości – mruknął, a pan Anderson w duchu przyznał mu rację. Nie podobało mu się, że mówiono do niego na „ty”.

O dziwo, na tę uwagę strażnicy wybuchnęli śmiechem.

– Nie należy oczekiwać zbyt wiele od prostych żołnierzy – odparł krępy krasnolud. Po czym, wciąż chichocząc, wprowadził gości do Dhal vo Zairydhe.

Keanther – Rozdział VII

Rozdział VII

w którym mówi się o historii Keantheru

Dzień był wietrzny, po niebie przetaczały się stalowe chmury. Około południa zaczęło siąpić. Podróżnicy znajdowali się wtedy, według Khirka, już w połowie drogi. Rozmowa urwała się jakiś czas wcześniej. Pan Anderson, zatopiony we własnych myślach, nie starał się jej podtrzymywać, chociaż mógł poprosić towarzyszy o wyjaśnienie mu pewnych kwestii, których nie rozumiał. A było ich wiele.

Przede wszystkim Odźwierny pragnął dowiedzieć się więcej o Keantherze – kraju, po którego terytorium podróżowali. Miał także kilka bardziej szczegółowych pytań dotyczących swojej roli w tym świecie, a także pragnął dowiedzieć się więcej o swoich towarzyszach i o ich pozycji w keatntheryjskiej hierarchii. O niektóre z tych rzeczy nie wypadało jednak pytać, a nie chciał także wyjść na kompletnego ignoranta (choć miał pełne prawo nim być). Przeczuwając jednak, że w przyszłości niekoniecznie może znaleźć się czas na wyjaśnienia, a także ktoś, kto mu ich udzieli, uznał w końcu, że powinien wykorzystać nadarzającą się okazję. Nie miał jednak pojęcia, od czego powinien zacząć. Rzucił okiem na Khirka. Jego wyraz twarzy raczej nie zachęcał do zadawania pytań. Inadan z kolei uśmiechał się swoim nieprzeniknionym uśmiechem i wyglądało na to, że nic go nie obchodzi. Pan Anderson zorientował się, że nie odważy się zadać żadnego pytania.

– Czy chciałby pan może coś powiedzieć? – zapytał znienacka Inadan. Pan Anderson, zdziwiony, drgnął i spojrzał na niego z irytacją. Ten elf wiedział po prostu wszystko (i przy tym sam bezwstydnie łamał porozumienie, które jakiś czas temu zaproponował). Pomijając jednak to wszystko, Odźwierny poczuł się nieco lepiej, słysząc swoje nazwisko wymawiane z szacunkiem.

– W zasadzie tak – odparł pan Anderson, ważąc każde słowo – Nie wiem tylko, jak ubrać to we właściwe słowa…

– Wal prosto z mostu, chłopcze – wtrącił Khirk, łypiąc na niego znacząco – Nie pozwól zelfić się temu paniczykowi.

Inadan spojrzał na krasnoluda z niesmakiem. Pan Anderson natomiast poczuł do niego sporą dozę sympatii. Nie był jednak skłonny tego na razie okazywać.

– Tak po prawdzie, to chciałbym zapytać o wiele rzeczy – przyznał – Ale na obecną chwilę wystarczy mi, jeśli dowiem się czegoś więcej o Keantherze. W końcu, nie wypada mi jako Odźwiernemu popełniać już takich gaf, jak…

Zawiesił głos. Elf skinął głową z aprobatą, a krasnolud wzruszył ramionami. Anthony uznał, że obaj się z nim zgadzają.

– Od czego więc powinniśmy zacząć? – zapytał na poły siebie, na poły towarzyszy Inadan.

– Może od wyjaśnienia, jak mogło dojść do tego, że obaj jesteście obywatelami jednego państwa? – podpowiedział Odźwierny. Towarzysze zwrócili na niego zdziwione spojrzenia.

– Chodzi mi o to, że… – pan Anderson pośpieszył z wyjaśnieniami – Nie ma chyba zbyt wielu elficko-krasnoludzkich królestw?

– O ile mi wiadomo, jest tylko jedno – odparł Inadan.

– Nie nazwałbym też Keantheru królestwem.  Nie mamy króla – dodał Khirk.

– Jeżeli nie królestwem, to czym jest? – wtrącił się Odźwierny. Elf i krasnolud, jak jeden mąż, obaj wzruszyli ramionami. „Nagle zaczęli się całkiem nieźle dogadywać” – zauważył z przekąsem pan Anderson.

– Słuchaj, chłopcze, to wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić – próbował uratować sytuację Khirk.

– Najlepiej będzie, jeśli najpierw opowiemy panu o samym Keantherze – powiedział stanowczo Inadan – Łatwiej jest zrozumieć zasady rządzące naszym społeczeństwem, znając kontekst historyczny.

Khirk pokiwał głową w milczeniu. Najwyraźniej nie zamierzał zabierać już głosu.

– Przede wszystkim, określanie Kenatheru mianem „państwa” jest nie do końca właściwe, a ściślej rzecz ujmując, nie przyjęło się w naszym kraju. My mówimy raczej „Ylle’adh”.

– To znaczy „Władza Kręgu” – wtrącił krasnolud.

– Tak jest. Oznacza to, że w Keantherze władzę sprawuje organ zwany Kręgiem, czyli „Ylle”…

– W takim razie, jest to swego rodzaju Republika – przerwał mu pan Anderson – Ale skoro mówimy już o nazwach, co oznacza „Keanther”?

– Trudno przetłumaczyć to na Wspólną Mowę, czyli język Odźwiernych. Wydaje mi się, że najwłaściwszym słowem jest „Centrum”.

– „Centrum”? Co przez to rozumiecie? – dopytywał się Anthony.

– To tylko umowna nazwa – Inadan machnął ręką – Zrozumie ją pan lepiej, gdy pozna pan historię założenia Keantheru, choćby w ogólnym zarysie.

– Wcześniej powinniśmy chyba wspomnieć także o językach – dodał Khirk – Nasz nowy Odźwierny może dziwić się temu, że w ogóle nas rozumie.

W rzeczywistości, pan Anderson przyjął ten fakt jako oczywisty i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że być może wcale taki nie jest. W tym świecie, przynajmniej teoretycznie, powinny wykształcić się inne języki niż angielski.

– Znów masz rację, panie krasnoludzie! – roześmiał się Inadan – Twoja spostrzegawczość jest dla mnie nieoceniona pomocą.

Z jakiegoś powodu te słowa nie zabrzmiały jako komplement. Ale być może, jak uznał pan Anderson, on i Khirk byli już nieco przewrażliwieni na tym punkcie. Krasnolud ograniczył się do obrzucenia elfa złowrogim spojrzeniem.

– Nawiązując do właśnie poruszonej kwestii… – ciągnął Inadan, nie zwracając większej uwagi na Khirka – Rdzennymi językami w tym świecie są tylko język elfów (Nasalandel) oraz język krasnoludów (Tharzend), których używa się na Kontynencie. Na Keantherze oprócz tego obowiązuje także Keantherian. Natomiast Wspólna Mowa pojawiła się wraz z przybyciem do tego świata Odźwiernych, ponieważ jest to język, którym w waszym świecie posługuje się ogół ludności.

– Można tak powiedzieć – zgodził się pan Anderson, chociaż pomyślał, że jest to mocno naciągane stwierdzenie. Angielski stał się językiem międzynarodowym stosunkowo niedawno. Kiedy w takim razie pojawili się pierwsi Odźwierni? Może wcześniej „Wspólna Mową” była łacina albo francuski?

Nie zastanawiał się jednak już nad tym fenomenem, gdyż Inadan przeszedł wreszcie do meritum.

– Wracając jednak do naszej historii, kolonizacja Kenatheru rozpoczęła się mniej więcej w połowie III Okresu od zasiedlenia Kontynentu. Obecnie mamy Okres V…. Mówiąc Kontynent, mam na myśli…

– Europę, tak? – wszedł mu w słowo pan Anderson. Elf wzruszył ramionami.

– Możliwe. Jeżeli tak brzmi jego nazwa w waszym świecie. Przynajmniej mam nadzieję, że mówimy o tym samym kontynencie.

– Tym najbliższym, na południowy-wschód od wyspy, tak? – dopytywał Anthony.

– Tak, właśnie tym – zgodził się rozbawiony elf – Wróćmy jednak do kolonizacji Keantheru. W Okresie III większa część Kontynentu ogarnięta była wojną. Walki toczyli elfowie z krasnoludami, ale także same rody krasnoludzkie ze sobą wojowały…

– Zapamiętaj sobie chłopcze, że elf nigdy nie zabiłby pobratymca – wtrącił Khirk, rzucając Inadanowi nieprzeniknione spojrzenie – Dziwny to dla nas obuczaj i nie utrzymałby się między przedstawicielami naszej rasy.

Inadan tylko skinął głową na potwierdzenie tej informacji. Wyjątkowo nie odezwał się ani słowem. Patrzył gdzieś ponad głowami towarzyszy, a w jego wzroku pan Anderson przysiągłby, że zobaczył smutek. Zdawało się, że błądzi myślami gdzieś daleko i przez długi czas się już nie odezwał. Opowiadanie kontynuował więc krasnolud.

– W końcu uznano, że już zbyt dużo krwi zostało przelane i pierwsze statki opuściły Kontynent w poszukiwaniu schronienia. Początkowo uciekali tylko elfowie. Nasza rasa ma…hm, wstręt do wody. Potem jednak, gdy sprawa pogorszyła się jeszcze, zamiast poprawić, uciekali nawet krasnoludowie. Mieszkańcy Wschodnich Kresów Kontynentu uciekali na wschód, a ci mieszkający na zachodzie dalej w tymże kierunku. O tych podróżnikach niewiele wiemy. Krążą opowieści, że odkryli nowy ląd, większość jednak zaginęła bez wieści. Żaden posłaniec nie poinformował nas, co się z nimi stało.

– Morze nie toleruje intruzów. Jego gniew jest straszliwy – wyszeptał Inadan. Pan Anderson i Khirk spojrzeli na niego z ciekawością, zdziwieni jego niespodziewanym wtrąceniem się do rozmowy.

– Aha, czyli odzyskałeś już mowę, elfie – burknął krasnolud, siląc się na obojętność – Może w takim razie zakończyłbyś naszą opowieść? Mówiłem już, że nie znoszę gawędziarstwa.

– A mi się wydaje, że całkiem zgrabnie ci to wychodzi – uśmiechnął się Inadan w odpowiedzi. Wyglądało na to, że ocknął się już z zadumy –  Do końca zresztą, jest jeszcze dosyć daleko, panie krasnoludzie.

Khirk mruknął coś niewyraźnego, ale poza tym milczał, wpatrując się wyczekująco w elfa.

– Rozumiem więc, że w obliczu tak wielkiego odpływu uciekinierów z Kontynentu, ktoś w końcu musiał trafić na te wyspy? – naprowadził rozmowę na właściwy tor pan Anderson, zapobiegając kolejnym docinkom ze strony Inadana.

– Znów, chociaż pański tok rozumowania jest logiczny, muszę powiedzieć: nie. Nie do końca – odparł elf z uprzejmym uśmiechem – W tamtym czasie Keanther czy też jak go nazywano Wyspy Przesilenia. zamieszkiwały jedynie pomniejsze magiczne istoty, jak wróżki, chochliki czy trolle… W zasadzie każda z tego typu znanych w waszym świecie baśniowych opowieści ma tu swoje przedstawicielstwo.

– Chwilkę, – przerwał mu Odźwierny, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia – Wszystkie te stworki naprawdę istnieją w waszym świecie? W takim razie, dlaczego ich nie widziałem ani razy odkąd tu jestem?

– Być może wciąż nie jest pan wystarczająco spostrzegawczy – odparł zdawkowo Inadan. Odźwierny spojrzał na niego nieżyczliwym wzrokiem, ale nie drążył już tego tematu.

– Wracając do historii kolonizacji… Położenie Keantheru i otaczających go wysp znane było mieszkańcom Kontynentu już wieki przed początkiem Okresu III, a elficcy żeglarze nieraz zapuszczali się w tamte strony. Jednak uznano, że nie należy niepokoić rdzennych mieszkańców wysp, obawiano się także wybuchu wojen, które objęłyby swoim zasięgiem również Wyspy Przesilenia. Potrzebny był naprawdę silny bodziec, by skłonić mieszkańców Kontynentu do podjęcia takiego ryzyka. Wreszcie kapitan pewnego statku, zwanego „Pieśń Morza”, podjął decyzję i wraz z załogą uchodźców z krajów najbardziej ogarniętych wojną wyruszył na wyspy z desperackim zamiarem próby osiedlenia się na terytorium późniejszego Keantheru i pokojowego współżycia z jego mieszkańcami. Dość dodać, że wbrew wszelkim obawom udało się to. Została utworzona kolonia, która przyjęła jeszcze kilkaset innych uciekinierów. Poza tym jednak, istnienie tej społeczności starano się utrzymać w tajemnicy, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Powoli zresztą wygasały wojny na Kontynencie i coraz więcej efów decydowało się na pozostanie i podjęcie próby odbudowy wyniszczonych miast i królestw. Elfowie koloniści w Keantherze mogli żyć przez jakiś czas w spokoju, organizując swoją społeczność i przystosowując ją do współżycia z innymi stworzeniami. Sytuację na wyspach zmieniło dopiero odkrycie analogicznej kolonii krasnoludzkiej, która znajdowała się na północno-wschodnim brzegu.

W tym momencie Inadan przerwał na chwilę opowiadanie i zapadła znacząca cisza. Pan Anderson rzucił zaciekawione spojrzenie Khirkowi, który z kolei łypnął na niego spod wpółprzymkniętych powiek.

– Jak już mówiłem, nie lubimy wody ani łodzi – mruknął, a w jego oczach pojawił się błysk determinacji – Ale kiedy pojawia się taka potrzeba, potrafimy przezwyciężyć swoją… niechęć.

– Na szczęście, tym razem nasi krasnoludzcy przyjaciele zachowali się nadzwyczaj rozważnie i dosyć ostrożnie obchodzili się z wyspiarzami. W każdej chwili mogło jednak zaiskrzyć, zwłaszcza, gdy okazało się, że obie nasze rasy próbują zbudować nową cywilizację na tym samym obszarze. Jak pan już zapewne zauważył, niełatwo przychodzi nam porozumiewanie się. Nie mieliśmy jednak wyboru. Ani elfowie, ani krasnoludy nie zamierzali odstąpić tego kawałka ziemi, na którym się zadomowili. Utworzenie dwóch odrębnych państw, których sprzeczne interesy mogły kiedyś doprowadzić do konfliktu, było zbyt ryzykowne. Obie strony uciekły na Keanther właśnie przed wojną. Zostaliśmy więc zmuszeni do podjęcia próby stworzenia symbiotycznego organizmu państwowego, w którym elfowie współpracowaliby z krasnoludami, a przy tym zachowana zostałaby harmonia życia rdzennych mieszkańców Keantheru.  Teraz widzi pan, że pomimo tego, jak bardzo niemożliwym wydawało się nam zrealizowanie tamtego pomysłu, Keanther powstał jako odrębne państwo i przetrwał dwa Okresy od swojego założenia. Szczególnych problemów przysporzyła nam organizacja hierarchii władzy, gdyż mieliśmy różne wizje dotyczące ustroju. Przyzna pan, że monarchia w tym przypadku była najgorszym możliwym rozwiązaniem. Powołano więc Krąg – początkowo zwany Ile po elficku lub Yrd po krasnoludzku. W jego skład wchodzą przedstawiciele siedmiu krasnoludzkich rodów i… siedmiu elfickich domów. Terytorium późniejszego Ylle’adhy podzielono dodatkowo na siedem prowincji zwanych marchiami, rządzonych przez Pomniejsze Kręgi, których członków wybierali ich mieszkańcy, a skład zatwierdzał Krąg Główny. Rozwiązanie to okazało się trwałe. Z czasem wykształcił się język Keantheryjski, zwany Keantherian, będący syntezą elfickiego i krasnoludzkiego. Odtąd Krąg zwano „Ylle”, a jego członkółw „Yllian”. Marchia zaś to „Thaial”. Tak powstał „Ylle’adh”.

Oczywiście nie znaczy to, że Keanther nie borykał się z żadnymi poważniejszymi problemami, także wewnętrznymi, myślę jednak, że to specyfika warunków w jakich powstał, a także wspólne interesy jego mieszkańców zapewniły mu przetrwanie.

– Muszę przyznać, że Keanther faktycznie wydaje się być szczególnym przypadkiem – podsumował Odźwierny – Chociaż te wszystkie lata, co także obecnie obserwuję, nie do końca zbliżyły do siebie elfów i krasnoludów.

– Nie oczekuj od nas zbyt wiele, chłopcze. Taka już nasza natura – odparł krasnolud – Od rozwiązywania naszych małych konfliktów są Odźwierni i Krąg.

– Poza tym, zazwyczaj nie wygląda to tak źle – dodał Inadan – Tylko nasz przypadek jest… szczególny.

– Stara znajomość – Khirk rzucił elfowi szybkie spojrzenie. Pan Anderson nie czuł się przekonany, ale i tym razem swój sceptycyzm zachował dla siebie.

– Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego „Centrum” – powiedział w końcu.

– Och, to tylko symbol – Inadan machnął ręką – Chodzi o to, że terytorium Keantheru zamieszkują wspólnie dwie główne rasy tego świata oraz pomniejsze stworzenia magiczne. W pewnym sensie można wiec tu mówić o jakimś „centrum”.

Anthony uznał to za trochę naciągane. Poza tym denerwował go ten podział na „główne” i „pomniejsze” istoty fantastyczne. Wydawał mu się zbyt ludzki. Prawdopodobnie to dlatego, że ten świat jest swoistym realnym obliczem wyobraźni człowieka. Przynajmniej on tak to rozumiał. Poza tym zaś, czuł się raczej zadowolony wyjaśnieniami towarzyszy.

W godzinach popołudniowych kompania zatrzymała się na krótki posiłek. Prowiant przygotowany przez Khirka okazał się zjadliwy, ale przecież pochodził z zapasów pana Andersona. Odźwierny tymczasem porządkował nowo nabyte informacje, ale jedna rzecz nie dawała mu spokoju. W końcu nie wytrzymał.

– Iloma językami mówią mieszkańcy Keantheru? – rzucił z niewinnym wyrazem twarzy, choć widać było, że długo się nad tym zastanawiał. Elf i krasnolud spojrzeli po sobie.

– Przeciętny krasnolud mówi Wspólną Mową, Keantheriane, i Thrandem, rzadziej Nasalendelem – wyjaśnił Inadan – Natomiast elf zazwyczaj włada wszystkimi tymi językami.

Oczy Odźwiernego przybrały kształt i wielkość spodków.]

– Przeciętny…? Pięć języków? – jęknął z niedowierzaniem. Krasnolud wyszczerzył zęby w odpowiedzi.

– Widzisz, chłopcze, mamy o wiele więcej czasu na naukę takich rzeczy niż wy, ludzie.

– Na tyle dużo, by nawet krasnolud zdołał opanować te języki – usłużnie dopowiedział elf. Pomiędzy nim a Khirkiem ponownie nastąpiła wymiana docinków. Pan Anderson, w ciężkim szoku, myślał, że sam zna najwyżej dwa obce języki, których przez całe swoje życie nie dał rady nauczyć się w stopniu go zadowalającym. Pocieszał się tylko ponurą satysfakcją, że Inadan, nie ważne jak bardzo wygadany, z pewnością znał mniej języków niż Tolkien.

 

Keanther – Rozdział VI

Rozdział VI

w którym pewne istotne sprawy zostają wyjaśnione

Niewiele brakowało, a pan Anderson nie zażyłby nawet chwili bezsennego odpoczynku. Głęboko zaniepokojony stanem chorego krewnego krasnolud chciał wyruszyć natychmiast, tak jak stali. Dopiero coraz lepsza perswazja Odźwiernego zdołała przekonać go do odłożenia podróży o kilka godzin. Koronnym argumentem okazał się prowiant, za którego przygotowanie Khirk wziął się natychmiast po dotknięciu tego tematu przez pana Andersona. Za nim do kuchni podążył Inadan, na dyskretną prośbę Odźwiernego, który obawiał się stanu, w jakim mógłby ją znaleźć po urzędowaniu w niej nieokrzesanego krasnoluda. Sam udał się do salonu, uprzedziwszy towarzyszy, że zamierza zażyć nieco odpoczynku. Bez względu na to, jak młody czuł się jeszcze kilkanaście minut temu, odnajdując się w nowej roli Odźwiernego-rozjemcy, jego ciało protestowało już przeciwko nieprzespanej nocy, przypominając mu o jego sędziwym, mimo wszytko, wieku. W końcu pan Anderson zmuszony był poddać się zmęczeniu i ledwie znalazł się w pokoju (niby tym samym, a jednak jakimś innym), padł na sofę, zapadając w kamienny sen.

Gdy go obudzono, szare światło świtu wpadało już przez okna. Nad nim stał Inadan, szeroko uśmiechnięty i świeży, jakby przespał całą noc. Niezmiernie zirytowało to pana Andersona, który znowuż czuł się ekstremalnie niewyspany, przemęczony i przybity. Zdecydowanie wiek dawał mu się we znaki.

– Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli sam pana obudzę, niż gdyby miał tu wpaść ten nieco nazbyt żywotny krasnolud – wyjaśnił elf i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Anthony zignorował zwyczajową ironię i złośliwości względem Khirka, które naturalną koleją rzeczy znalazły się w wypowiedzi Inadana i podziękował mu. Nie miał innego wyboru, jak wyrazić wdzięczność w stosunku do przemyślnego elfa, który ocalił go przed jeszcze większym bólem głowy (a może nawet zawałem serca). Przez to jednak, dziwnym zrządzeniem losu, jego sympatia dla Inadana zmalała do niemal niewyczuwalnego rozmiaru.

Odźwierny nie potrzebował wiele czasu, by przygotować się do drogi. Z niewielkim tobołkiem na ramieniu stanął w korytarzu, gdzie czekali na niego towarzysze. Nie mógł się jednak zdobyć na opuszczenie domu, do którego tak niedawno się wprowadził (nawet jeśli miała być to, przynajmniej w zamierzeniu, krótka podróż, mówiąc po hobbicku, „tak i z powrotem”). W świetle dnia pan Anderson mógł wreszcie z pewnością stwierdzić, że pewne szczegóły umeblowania faktycznie zmieniły się w jego siedzibie. W hallu brakowało kontaktu. Najbardziej zmienił się wystrój kuchni, który obecnie był iście spartański (a wręcz średniowieczny). Bezskutecznie łamiąc sobie głowę nad tą zagadką, Anthony nagle myślami wrócił do sprawy zniknięcia książki, o której zdołał już zapomnieć. A przecież, jak się wydawało, była ona, jeśli nie głównym sprawcą ostatnich tajemniczych wydarzeń, to przynajmniej miała z nimi jakiś związek.

Rozważywszy to wszystko, pan Anderson postanowił jeszcze raz rozejrzeć się po bibliotece, w nadziei, że światło dzienne pozwoli mu jednoznacznie stwierdzić, czy książka faktycznie zniknęła, tak jak inne sprzęty (te najdroższe) w domu na klifie.

Anthony przeprosił na chwilę Khirka i Inadana i udał się na oględziny. Starał się dokonać ich jak najszybciej, widząc zniecierpliwienie towarzyszy, wkrótce jednak stało się dla niego jasne, że nawet staranne przetrząśnięcie pokoju niewiele by dało. Nie znalazł książki w żadnym prawdopodobnym miejscu, nie przypominał sobie też, by odkładał ją na jeden z regałów. Dopuszczał możliwość, że mógł to zrobić jeden z jego gości, zawołał więc elfa i krasnoluda i wypytał ich o to. Żaden z nich jednak nie widział rzeczonej książki na oczy. Wyglądało na to, że Odźwierny będzie zmuszony, przynajmniej doraźnie, pozostawić tę zagadkę bez rozwiązania.

Niespodziewanie nieco światła na tę sprawę rzucił Inadan, ale dopiero, gdy opuścili już dom na klifie. Widząc, jak bardzo ta kwestia zaprzątała Odźwiernego (który bardzo nie lubił, kiedy jego książki znikały) zainteresował się, czy rzeczona książka ma faktycznie tak duże znaczenie dla niego. Po krótkim wahaniu, pan Anderson zdecydował się opowiedzieć towarzyszom całą historię, począwszy od przeprowadzki do Kornwalii. Zarówno elf, jak i krasnolud słuchali z ciekawością, choć widać było, że pewne nazewnictwo jest dla nich niejasne. Gdy pan Anderson skończył swoją opowieść, zapadła cisza. Po chwili namysłu przerwał ją Inadan.

– Wydaje mi się, że mogę znać rozwiązanie przynajmniej kilku z pańskich zagadek – powiedział powoli, a gdy pan Anderson i Khirk zwrócili na niego zaintrygowane spojrzenia, uniósł ręce w obronnym geście i roześmiał się – Możliwe jednak, że się mylę. Niewiele mi wiadomo o sprawach Odźwiernych (mało kto może się zresztą pochwalić taką wiedzą!), ale byłem w dość przyjacielskich stosunkach z kilkoma pańskimi poprzednikami, panie Anderson i….

– Ja też czasami wstępowałem do Starego Johna na pogawędkę – wtrącił się krasnolud – A choćby mnie kto na tortury wziął, nie mam pojęcia, co mogło spowodować zniknięcie jakiegoś czytadła!

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął Inadan, po czym dodał już głośniej – A gdybym powiedział, że to może mieć związek z kluczem…?

– Kluczem? – Khirk zmarszczył brwi w namyśle. W jego oczach nagle pojawił się błysk zrozumienia – Tak…. To faktycznie mogłoby być to.

– Jakim znowu kluczem? – zapytał niespokojnie pan Anderson, który bardzo nie lubił czuć się wykluczonym z rozmowy.

– Myślę, że zanim to wyjaśnimy, powinniśmy pomóc panu choć trochę w zrozumieniu sytuacji, w której się pan znalazł – odparł Inadan – Podejrzewam, że pańska wiedza na temat roli Odźwiernego w tym świecie jest, delikatnie mówiąc, niewielka.

– Można tak powiedzieć – przyznał pan Anderson, po czym nagle zdał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę znaczyły słowa elfa – Świecie? – zapytał nerwowo niemal piskliwym głosem – Co ma pan przez to na myśli?

– Wielkie nieba, chłopcze! – huknął krasnolud – Nie mówi mi, że jeszcze się nie zorientowałeś!

Pan Anderson spojrzał na niego z irytacją. Jakby normalnemu człowiekowi mogło coś takiego przejść przez myśl! Co prawda, Anthony w pewnym momencie podejrzewał, że cała sytuacja może mieć takie wyjaśnienie, ale będąc szczerym, musiał przyznać, że po tych wszystkich książkach, które przeczytał, fakt, że jego myśli biegły takim torem nie musiał nic znaczyć. Jednak, mimo ze już wcześniej rozważał taką możliwość, prawda wywarła na nim większe wrażenie, niż się spodziewał. Najbardziej zmartwił go fakt, że w takim razie nie ma pojęcia, jak mógłby wrócić do swojego świata (tym bardziej, że książka, będąca podobno kluczem zapadła się pod ziemię). Oczywiście, słyszał o koncepcji wieloświata, a nawet czytywał książki, w których odgrywała ona niepoślednią rolę, nie sądził jednak…

Jego towarzysze widocznie zauważyli jego przerażenie, gdyż na ich twarzach widział niepewność.

– Rozumiem więc, że znalazłem się… w innym świecie? – upewnił się w końcu Odźwierny, blady jak ściana – Równoległym świecie, czy jakkolwiek się to nazywa…

– Nie, jest pan w błędzie – odparł stanowczo Inadan ku zdziwieniu Anthony’ego – Nie można nazwać tego równoległym światem.

– Własnie dlatego Odźwierni są wtajemniczani przez swoich poprzedników zanim tu przybędą – wtrącił Khirk – By uniknąć takich nieporozumień!

– Świat, w którym się pan znalazł, panie Anderson, istnieje z powodu ludzi – wyjaśnił elf – Można powiedzieć, że jest swoistą częścią stworzenia świata, jego niezbędną składową.

– Stworzenia świata? – zapytał skołowany pan Anderson – Takiego biblijnego? Co ma pan przez to na myśli?

– Dokładnie to, co powiedziałem – odparł rozbawiony Inadan – Świat, w którym się pan znalazł, to, w dużym uproszczeniu, ludzka wyobraźnia lub też jej fantastyczna część. Ze swojej natury nie jest zamieszkany przez waszą rasę, a przez to wszystko, czemu człowiek dał „życie”, jednak w niepełnym jego wymiarze. Ci z was, którzy tu przybywają to jedynie Odźwierni oraz ludzie przez nich przyprowadzeni. To jest drugie zadanie Odźwiernych – wyjawiacie tajemnicę tego świata tym, którzy, według waszego uznania, tego potrzebują. Niestety, ponad to, niewiele wiem na ten temat. Czy jak dotąd jest to dla pana zrozumiałe?

Anthony powoli skinął głową.

– Niech pan mnie uważnie posłucha – kontynuował elf – Wszystko to, co panu powiedziałem, można wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Ten świat istnieje przez ludzi i dla ludzi. Bez nich znika powód jego istnienia. To trochę tak jak dzieło, które traci twórcę i nie ma już nikogo, kto by go używał. Każdy mieszkaniec tego świata zdaje sobie z tego sprawę, jednak niespecjalnie wpływa to na nasze życie. To trochę tak jak wiedza o tym, że powietrze jest potrzebne do życia. Nie zwraca się na to uwagi, dopóki powietrza nie zabraknie.

– W porządku, myślę, że niewiele mam już pytań w tej kwestii – podsumował, starając się brzmieć pewnie, co nie było łatwe – Fakty są takie – trafiłem do świata, który jest ludzką wyobraźnią (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Dlaczego właśnie ja? Wie chyba tylko sam Bóg. Jednym z moich zadań jest urządzanie ludziom specjalnych fantastycznych terapii…? (Jesteście panowie pewni, że to nie jest sen, a panowie to tylko mary wyśnione przez mój starczy umysł?) Innym, jak już się zdążyłem zorientować, rozstrzyganie konfliktów i spraw mieszkańców waszego świata (co niniejszym czynię). To wszystko?

– W największym skrócie? Tak – roześmiał się elf – Być może brzmi to skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest bardzo proste.

– Trochę tak, jakbym znalazł się w książce? – podsunął pan Anderson.

– To byłby już…bardzo duży skrót. Ale jeśli takie wytłumaczenie sprawia, że czuje pan się lepiej…

– Wracamy więc do punktu wyjścia, a mianowicie zniknięcia mojej książki. Czy mógłby mi pan teraz to wyjaśnić?

Inadan spojrzał znacząco na Khirka, który o odpowiedzi burknął coś i pokręcił stanowczo głową.

– Nie jestem dobry w takim bajdurzeniu – mruknął.

– No nic, w takim razie ja będę bajdurzył. Klucz to coś, co pozwala Odźwiernemu podróżować między naszymi dwoma światami. W każdym z nich Kluczem jest inna rzecz. Istnieje ona tylko w świecie, do którego należy. Innymi słowy, książka wcale nie zniknęła. Tak naprawdę, to pan zniknął.

Odźwierny skinął głową na znak, że zrozumiał. Zrobiło mu się jakoś nieswojo, gdy uświadomił sobie fakt swojego „zniknienia”. Rozmowa urwała się. Podróżowali przez puste wrzosowiska. Pan Anderson starał się przyswoić sobie wszystkie nowe informacje. Słowa elfa wyjaśniały także, dlaczego pewne sprzęty zniknęły z jego domu. Odźwierny po prostu znalazł się w miejscu, w którym rzeczy typu lodówka czy telewizor nie miały racji bytu. W każdym razie, ulżyło mu, że istniało mniej racjonalne wyjaśnienie, niż to, ze ktoś go po prostu okradł.

Choć jednak większość spraw wyklarowała się (w jakimś stopniu), była jeszcze jedna kwestia, która nurtowała Anthony’ego.

– Czym jest Keanther? – zapytał nagle, ściągając na siebie spojrzenia towarzyszy. – Mam na myśli, jest to miejsce, w którym obecnie się znajdujemy, prawda? To nazwa waszego świata czy coś w tym rodzaju?

– Keanther to nazwa wyspy – odezwał się dotąd milczący Khirk.

– A także nazwa kraju – dodał Inadan.

„Wyspy” – zapytał sam siebie pan Anderson. Wielka Brytania, na której terenie do niedawna się znajdował, także była wyspą. Ponownie widząc zdziwienie na twarzy Odźwiernego, elf pośpieszył z wyjaśnieniami.

– Widzi pan, panie Anderson, nasz świat jest w dużej mierze podobny do waszego. Mam na myśli układ kontynentów i strukturę geograficzną w ogólnym zarysie. W miejscy więc, w którym w waszym świecie znajduje się pański kraj, w tym świecie jest to terytorium Keantheru.

– Czyli państwo jesteście… – zaczął pan Anderson, ale krasnolud przerwał mu:

– Na mój topór, przestańże chłopcze posługiwać się tymi głupawymi formułkami! Zaczyna mnie to irytować.

Anthony speszył się. Z wahaniem spojrzał na Inadana. Nie miał nic przeciwko przejściu na „ty” z krasnoludem, zwłaszcza o tak „swobodnych” obyczajach, jednak sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku tego elfa, w którego towarzystwie czuł się i tak nieokrzesanym prostakiem.

Inadan odpowiedział mu nieprzeniknionym spojrzeniem, po czym roześmiał się niespodziewanie.

– Doskonale rozumiem, że dla ciebie, panie krasnoludzie, konwenanse znaczą niewiele, ale wydaje mi się, ze nasz nowy Odźwierny może mieć na ten temat inne zdanie. Jak więc rozwiążemy ten konflikt przekonań?

Powiódł rozbawionym wzrokiem po twarzach towarzyszy.

Pan Anderson skrzywił się nieznacznie. Ten elf po prostu nie mógł darować sobie żadnej okazji do subtelnych drwin, z których każda trafiała prostu w sedno. Mówiąc szczerze, Anthony nie miał najmniejszego pojęcia, jak znaleźć rozwiązanie zaistniałego problemu – takie, które usatysfakcjonowałoby wszystkich (a przede wszystkim jego). Toteż milczał. Naturalną koleją rzeczy, nic nie odpowiedział na to także krasnolud, który, powiedziawszy, co miał do powiedzenia, nie ingerował więcej w rozmowę. Do Inadana w końcu dotarło, że oczekuje się od niego kontynuowania rozpoczętego wątku. Zapatrzył się w niebo ukryte pod stalowoszarymi chmurami i po chwili namysłu powiedział.

– Ponieważ, przez przypadek co prawda, ale staliśmy się towarzyszami, sądzę, że formalne zwracanie się do siebie nie ma większego sensu, skoro już niedługo wszyscy będziemy jednakowo przypominać obdartych wędrowców (jedni w większym, drudzy w mniejszym stopniu). Prosiłbym jednak o wyrozumiałość, gdyż jetem przyzwyczajony do konwenansów i mogę mieć z tym trudności.

Uśmiechnął się przepraszająco. „Zdumiewające!” – pomyślał niemal z nienawiścią pan Anderson. „Jak uprzejmy i jak przebiegły przy tym potrafi być ten elf. Teraz ja muszę się męczyć ze zmianą moich zwyczajów (bo któryś z nas przecież musi!), tracąc przy tym na powadze mojej osoby, a on pozostanie przy swojej majestatycznie-naturalnej godności, tłumacząc się „pomyłkami”.”

Jednak, mimo swojego niezadowolenia, Odźwierny już nie oponował, przede wszystkim dlatego, że nie miał pojęcia, jakie lepsze rozwiązanie przedłożyć. Dlatego wrócił do swojego pytania, starając się sformułować je jak najostrożniej.

– Obaj jesteście więc obywatelami tego… Keantheru?

Oczekiwał gwałtownych protestów i oburzenia, szczególnie ze strony Khirka, na sam pomysł, że krasnolud i elf mieliby być obywatelami tego samego państwa, jednak jego towarzysze tylko potwierdzili, kiwając głowami. Pan Anderson ze zdziwienia niemal złapał się za głowę. „Na wszystkie świętości!” – pomyślał. „Czy może w ogóle istnieć coś takiego jak państwo krasnoludzko-elfickie?”