Keanther – Rozdział XII

Rozdział XII

w którym Odźwierny podejmuje decyzję z racji na swoje obowiązki

Drugą noc spędzoną w Keantherze Anthony przespał w solidnym łóżku krasnoludzkiej roboty, które jakimś cudem odpowiadało jego długości (podobno komnata, która mu się dostała, była przystosowana do gości wszelkiego rodzaju, rasy i gatunku). Jednak, mimo troskliwości gospodarzy, zamiast obudzić się świeży i wypoczęty, pan Anderson miał trudności ze wstaniem z łóżka z powodu zakwasów we wszystkich możliwych mięśniach. Miał ochotę kląć, ale nie bardzo wiedział, co dokładnie powinien przeklinać: swój wiek czy zdecydowanie dla niego nieodpowiednią żądzę przygód. Zrezygnowany, dał więc sobie spokój.

Niedługo po tym, jak Odźwiernemu udało się wreszcie zwlec z łóżka, do drzwi zapukał Khirk, by zaprowadzić go do jadalni na śniadanie. Pan Anderson skrzętnie wypytał go o nowiny, okazało się jednak, że Khirk nie miał o niczym pojęcia. Choć całą noc usiłował się przedostać do Myrdh i Inadana, nikt nie był dopuszczany w pobliże komnat krasnoludki. Bez wyjątku. Wyglądało na to, że oboje byli zbyt zajęci ratowaniem chorego krasnoluda, by znaleźć czas na przesłanie jakiejś wiadomości Odźwiernemu i Khirkowi. Pan Anderson nie mógł nie zauważyć, że przy całym swoim niepokoju, krasnolud aż kipi gniewem z tego powodu. Chory musiał być więc dla niego naprawdę ważną osobą – ważniejszą, niż sam krasnolud chciał przyznać. Sam Odźwierny z kolei podchodził do całej sprawy z pełnym wiary spokojem – wydawało mu się niemożliwe, by dla pani Myrdh, w dodatku z pomocą Inadana, istniało coś niemożliwego. Rozsądnie starał się nie pamiętać o tym, że nawet w niej bielmo budziło niepokój.

Po naprędce zjedzonym posiłku, Khirk natychmiast zabrał pana Andersona na zwiady. Jednak żaden z zapytanych przez niego krasnoludów nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania, a ci, którzy byli najbardziej zaaferowani, tylko machali na nich ręką i biegli dalej. Khirk pieklił się, klął po krasnoludzku, ale nie śmiał wysłać kogoś do pani Myrdh ani tym bardziej samemu jej przeszkodzić. W końcu opadł ciężko na podłogę, oklapł i zapadł się w sobie, jakby energia napędzająca go od jakiegoś nagle się skończyła. Odźwierny obserwował go ze współczuciem, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, by go pocieszyć. Tę właśnie chwilę wybrał sobie wyjątkowo niski (nawet jak na krasnoluda), wyjątkowo brodaty i wyjątkowo mrukliwy osobnik, by podejść do nich i zduszonym (zapewne przez monstrualne owłosienie twarzy) głosem oznajmić coś po krasnoludzku. Widocznie była to właśnie ta wiadomość, na którą czekał Khirk, gdyż momentalnie wstąpiło w niego życie i zerwał się na równe nogi.

– Pani Myrdh nas wzywa – oznajmił panu Andersonowi. Odźwierny skinął głową i obaj podążyli za Wyjątkowo Krasnoludzkim Krasnoludem (jak go w myślach nazwał pan Anderson) w kierunku prywatnych komnat.

Myrdh przyjęła ich w niedużym, sześciokątnym pokoju, umeblowanym skromnie, lecz ze smakiem (oczywiście krasnoludzkim). Po dumnej i nieugiętej krasnoludce, którą pan Anderson poznał dzień wcześniej, została tylko owa duma, przebijająca z drobnej postaci pomimo wyraźnego zmęczenia, które osiadło na barkach kobiety usilnie starającej się utrzymać wyprostowaną sylwetkę. Jej twarz, blada, z sińcami pod oczyma, miała nieprzenikniony wyraz. Pan Anderson dyskretnie rozejrzał się po pokoju, ale nigdzie nie zauważył Inadana. Khirk natomiast natychmiast wbił spragniony wieści wzrok w Myrdh, a cała jego sylwetka krzyczała bezgłośnie pytanie: „I co?!”. Krasnoludka odpowiedziała spokojnym spojrzeniem i przez dłuższą chwilę milczała, a następnie wybuchnęła pogodnym śmiechem, który zdawał się przeganiać całe zmęczenie z malutkiej komnaty. Khirk na ten dźwięk zachwiał się i niechybnie osunąłby się na ziemię, gdyby pan Anderson go nie podtrzymał. Na jego twarzy widniała niewyobrażalna ulga.

– Czyli on…? – zapytał słabo krasnolud, szukając potwierdzenia na twarzy Myrdh. Ta skinęła głową i uśmiechnęła się.

– Tak. Zaciągnęliśmy właśnie ogromny dług u waszego przyjaciela elfa. Ocalił życie mojego syna.

– Właśnie, co się stało z Inadanem? – wtrącił Odźwierny, gdy Khirk mógł już ustać na własnych nogach – Nie widzę go tutaj.

– Śpi w pokoju obok – krasnoludka niespodziewanie zachichotała – Zemdlał.

W pokoju zapadła pełna swego rodzaju uznania cisza.

– To tak ciężko jest uleczyć tę… chorobę? – zapytał ostrożnie pan Anderson.

– Nawet pan sobie nie wyobraża, jak ciężko, jeżeli nie posiada się właściwego antidotum – odparła Myrdh – Jednak w tym przypadku, chodziło o coś innego… – zawiesiła głos i skinęła na nich, by usiedli.

– Wiecie, jaka jest podstawowa różnica pomiędzy Smoczym Zielem a Smoczym Dzwonkiem? – zapytała, a otrzymawszy odmowną odpowiedź, kontynuowała – Pod względem biologicznym, jest to praktycznie ta sama roślina. Drobne różnice, jak zapach dymu czy właściwości, lecznicze lub trujące,  wynikają z drobnych zmian w strukturze magicznej. Krótko mówiąc, Smoczy Dzwonek powstał poprzez wplecenie odpowiedniego zaklęcia w strukturę magiczną Smoczego Ziela…

– Czy to było celowe wplecenie? – wyrwało się panu Andersonowi – Bo jeżeli tak, to moglibyśmy przypuszczać, że Smoczy Dzwonek powstał jak broń masowej zagłady przeciwko elfom.

– Zgadza się – przyznała Myrdh – Lecz to dawne dzieje i obecnie nie jesteśmy w stanie potwierdzić lub wykluczyć takiej możliwości. Do czego jednak zmierzam… Chociaż w czasach pierwszej epidemii bielma Smoczy Dzwonek był problemem całego Keantheru, to jednak w szczególności dotykał on elfów. Nic więc dziwnego, że to przede wszystkim oni starali się zlikwidować to zagrożenie i dzięki temu posiadają teraz największą wiedzę na ten temat. Dzisiejszej nocy mogłam obserwować, jak elfowie radzą sobie ze Smoczym Dzwonkiem.

Przerwała na chwilę, by wezwać służącego, którym okazał się Wybitnie Krasnoludzki Krasnolud, i poprosiła go, by przyniósł herbatę.

– Cała sztuka, jak się okazało, polega na wysupłaniu zaklęcia z sieci. Oczywiście, jest ono śmiertelne dla elfów, dlatego należy robić to stopniowo i powoli, w międzyczasie oczyszczając organizm z toksycznej magii. To wczoraj zrobił Inadan. Sama w sobie nie była to wyczerpująca operacja, gdyż miał wsparcie w postaci mnie i moich medykamentów. Jednak na samym końcu pan elf popełnił niewybaczalny błąd.

Pan Anderson i Khirk nieświadomie pochylili się do przodu, by lepiej słyszeć.

– Posłałam go, by zaparzył sobie zioła wzmacniające, podczas gdy ja czuwałam przy synu, a on, wróciwszy tu, padł w progu. Obawiam się, że przez przypadek zażył dosyć mocne środki odurzające. Trzymam je zaraz obok, świetnie sprawdzają się w ponure jesienne wieczory, kiedy brakuje mi rozrywki. Ale w minimalnych ilościach, do herbaty oczywiście. Ach, ile ja bym dała, żeby dowiedzieć się, o czym on sobie teraz śni…

Odźwierny na chwilę zaniemówił, a Khirk wybuchnął gromkim śmiechem.

– Inadan? – upewnił się jeszcze pan Anderson, z niedowierzaniem kręcąc głową. Myrdh z przesadną powagą skinęła głową.

– Bardzo dobrze radzi sobie z elficką magią i doskonale zna się na Smoczym Dzwonku, ale chyba przeceniłam jego wiedzę zielarską. A może… może po prostu chciał sobie zafundować przyjemny odpoczynek.

Pan Anderson dyskretnie spojrzał w stronę bocznych drzwi, zastanawiając się, czy to za nimi leży elf pogrążony w słodkim, narkotycznym śnie. Pomyślał, że to zabawne – że to właśnie ten, kto stara się robić na innych jak największe wrażenie, zawsze pada pierwszy.

Przez chwilę w komnacie panowała pełna ulgi i spokoju cisza, która lekkim puchem otulała całą trójkę. W końcu przerwała ją Myrdh, głosem pełnym namysłu.

– By być z wami szczerą, muszę przyznać, że, pomimo że sama jestem zielarką, dziś dopiero dowiedziałam się, że możliwy jest tak prosty sposób pozbycia się zagrożenia ze strony Smoczego Dzwonka. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, gdyż magia krasnoludów polega na poznawaniu struktur kości ziemi i, w przeciwieństwie do elfów, nie mamy ręki do roślin. Nawet ja, choć posiadam rozległą wiedzę na ich temat, nie potrafię zrozumieć samej istoty tego życia. Z drugiej strony, nie podoba mi się, że elfowie trzymali coś takiego w tajemnicy. Bielmo jest wciąż obecne w świecie i wiedza o tym, że Smoczy Dzwonek może zostać unieszkodliwiony z pewnością podniosłaby na duchu, a może i uratowała życie tych, którzy nie wiedzą, co robić w starciu z chorobą. Ale elfowie byli zawsze aż nazbyt czuli na tym punkcie…

„Nie dało się nie zauważyć” –  pomyślał ponuro pan Anderson, uznawszy, że czas już poruszyć temat, który, choć zepchnięty na drugi plan przez ostatnie wydarzenia, z pewnością nie został zapomniany.

– Co więc zrobimy z tym konkretnym Smoczym Dzwonkiem, pani? – zapytał, wiedząc, że wypowiada pytanie nurtujące również Khirka – Czy nie najprościej byłoby je spalić i tym  samym pozbyć się problemu?

– Gdyby tylko to mogło faktycznie coś rozwiązać – westchnęła ciężko Myrdh – Jednak pozbycie się kilku liści Smoczego Dzwonka nie oznacza pozbycia się problemu. Problemem zaś jest to, że coś się dzieje, a my nie mamy pojęcia, co. I jak już mówiłam panu elfowi, to nie tylko ich sprawa, ale całego Keantheru…

W tym momencie do komnaty wszedł Wybitnie Krasnoludzki Krasnolud z herbatą, a zaraz za nim Inadan, który wyglądał, jakby własnie został złapany na podsłuchiwaniu pod drzwiami i usilnie starał się ów fakt ukryć, ale nie mógł zebrać myśli. Myrdh wcisnęła mu do rąk filiżankę, siłą wręcz posadziła w fotelu i rozpoczęła litanię podziękowań tak długą, że Khirk w końcu zaczął ziewać.

– I co, przyjemnie się spało? – nie wytrzymał w końcu i uśmiechnął się słodko do Inadana. Elf tylko niewyraźnie coś mruknął i machnął na niego ręką. Widać było, że interesowało go tylko to, co pani Myrdh postanowiła w sprawie ziela. Krasnoludka w końcu się nad nim zlitowała.

– O czym to ja miałam… Ach tak, Smoczy Dzwonek – panu Andersonowi wydało się, że mrugnęła do niego porozumiewawczo, ale zaraz spoważniała i zwróciła się do Inadana – Niestety, ale pomimo tego, ze tak wiele ci zawdzięczam, nie mogę tak po prostu oddać ci Smoczego Dzwonka. Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie mam prawa ignorować samowoli elfów w sprawie tego przeklętego ziela. Powinna ona zostać przedstawiona Kręgowi i przez Krąg rozpatrzona.

Twarz Inadana stężała. Wyraźnie miał nadzieję na inną odpowiedź.

– Jednakże – krasnoludka kontynuowała, nie pozwalając mu dojść do słowa – Zdaję sobie również sprawę z tego, że gdybym odmówiła wydania Smoczego Dzwonka w imieniu krasnoludów, mogłoby to zostać opacznie zrozumiane i przynieść więcej szkody niż pożytku. Dlatego postanowiłam poprosić naszego nowego Odźwiernego o przysługę…

Nieoczekiwanie obdarzyła zszokowanego pana Andersona ciepłym uśmiechem.

– Odźwierny reprezentuje interesy nas wszystkich – całego Keantheru. Dlatego chciałabym poprosić go, by przejął ode mnie ziele i udał się z panem Inadanem do stolicy, do jego zwierzchników. Nie czynię go moim emisariuszem, lecz chcę, by myślał za cały Keanther. A przede wszystkim za siebie. To ogromne brzemię, zdaje sobie z tego sprawę, lecz jestem pewna, że mu podoła.

W pierwszej chwili pan Anderson miał ochotę natychmiast przytaknąć tej dumnej i szlachetnej kobiecie.  Potem jednak rozsądek doszedł do głosu i zaczął gderać o wieku, powadze, zobowiązaniach i ograniczonych możliwościach. Dlatego pan Anderson na głos powiedział tylko: „Tak” i natychmiast poczuł ciężar swojej decyzji. Jednak czy mógł powiedzieć coś innego? W końcu przez te wszystkie lata pozostawał tym samym Anthonym Andersonem, który marzył o wielkich przygodach, pochłaniając książkę za książką.

Następnego dnia mieli wyruszyć. Zaraz po przebudzeniu pan Anderson został poproszony do Myrdh na śniadanie. Choć jednak zostało to sformułowane jak zaproszenie, to jednak Odźwierny nie miał złudzeń, że coś takiego jak odmowa nie było możliwe. Mimo wiec swego zakłopotania całą sytuacją, a także budzącego się w nim niepokoju odnośnie następstw podjętej pochopnie decyzji, stawił się w komnatach krasnoludki. Posiłek spożyli w milczeniu. Pan Anderson nie miał zbyt dużego apetytu, który jeszcze malał pod czujnym spojrzeniem gospodyni, ale jakoś dotrwał do kończącej śniadanie trzeciej filiżanki herbaty.

– Widzę, że pomimo wątpliwości, jakie z pewnością dopadły pana w nocy, wciąż trwa pan przy swojej decyzji. To dobrze. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że jest pan właściwym człowiekiem na właściwej pozycji.

„I to dosłownie” – pomyślał Anthony, nie odzywając się, gdyż nie miał pojęcia, jakiej odpowiedzi oczekiwała krasnoludka. Przez dłuższy czas milczeli i słychać było jedynie brzęk filiżanek o spodki. Myrdh jakby zbierała się w sobie, by wreszcie spuścić głowę z ciężkim westchnieniem i powiedzieć:

– Szczerze pana przepraszam za wplatanie pana w tę sprawę. Należy to, co prawda, do obowiązków Odźwiernego, pan jednak nie dostał czasu na odpowiednie przygotowanie się do ich pełnienia. Jeżeli uważa pan, że nie jest w stanie podołać zadaniu, a zgodził się pan jedynie z powodu nacisku, jaki na panu wywarłam, proszę mi o tym niezwłocznie powiedzieć.

Anthony’ego zdziwiły jej słowa, ale posłusznie zastanowił się nad pobudkami swojej decyzji.

– Nie sadzę, by naciskało na mnie coś poza moją własną żądzą przygód – zaczął ostrożnie – Poza tym, oboje mamy już swoje lata – uparcie nie zwracał uwagi na lekkie niedowierzanie na twarzy krasnoludki – Mamy swoje lata i doskonale wiemy, czym jest obowiązek. Jeżeli więc mogę w jakiś sposób pomóc, to uczynię po temu, co będzie w mojej mocy.

– Rozumiem – uśmiechnęła się z wyraźną ulgą Myrdh – Zasłużył pan sobie ta odpowiedzią na mój szacunek, panie Anderson. W takim razie, bez większych obaw powierzam panu obroną naszych interesów.

Z godnością powstała i lekko skłoniła mu głową. Nieco zakłopotany pan Anderson odpowiedział tym samym. Chciał już wyjść, uważając spotkanie za skończone, gdy Myrdh zatrzymała go na chwilę.

– Tak miedzy nami, ile właściwie ma pan lat? – zapytała z nieskrywaną ciekawością.

– Sześćdziesiąt cztery – odparł z taką godnością, na jaką tylko może zdobyć się człowiek postawiony pod ścianą i, ukłoniwszy się krasnoludce, wyszedł.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s