Keanther – Rozdział XI

Rozdział XI

w którym powracają dawne i wciąż żywe żale

 – Był taki czas, że nie odstępowałem pani Myrdh na krok, a i ona zachowywała się wobec mnie bardziej jak matka niż zwierzchniczka. Miało to miejsce jeszcze przed narodzinami jej syna, gdy sam ledwie wyrosłem z lat dziecięcych. Keanther, który podniósł się już wtedy po klęskach związanych z epidemią bielma i zagadką Smoczego Dzwonka, przeżywał renesans swojej świetności. Już wiele dekad cieszyliśmy się pokojem, gdy doszły do nas niepokojące słuchy z Kontynentu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to, co nie dotyka nas bezpośrednio, nie powinno stanowić dla nas zagrożenia, ale tak już w świecie bywa, że za każdym nieszczęściem podążają kolejne.

Powiedzieliśmy ci z Inadanem, że w Keantherze istnieje siedem Domów elfickich i siedem Rodów krasnoludzkich. Idealna harmonia, można by wręcz rzec, jednak w rzeczywistości jest ona dziełem nieszczęścia i tragedii. Musisz bowiem wiedzieć, że początkowo Domów było osiem. Elfowie należeli do ośmiu Domów.

Ten ostatni Dom wcale nie był najniższy w hierarchii. Wśród elfów, inaczej niż wśród krasnoludów, obejmuje ona tylko pierwsze trzy Domy. Jednak zajmował on terytorium odizolowane od centrum wyspy, na dalekim północno-zachodnim wybrzeżu. Najprawdopodobniej, właśnie to było powodem obrania akurat jego na cel napaści przez hordę orków.

O orkach wiemy niewiele. Pojawiają się raz na jakiś czas, gdy gdzieś wybucha konflikt lub wojna, palą i zabijają, a potem znikają. Ich ojczyzna znajduje się gdzieś na dalekiej, mroźnej północy, prawdopodobnie na wyspie, której jeszcze nie odkryliśmy. Ilu ich jest? Co robią, gdy akurat nie gnębią innych ludów? Skąd przyszli i dokąd zmierzają? Tego nie wiemy. Istnieje teoria, która w raczej poetycki sposób o tym mówi. Według niektórych orkowie rodzą się czy też pojawiają na świecie wtedy, gdy jest on przepełniony bólem, strachem, żalem, rozpaczą, gniewem i nienawiścią. Można powiedzieć, że w pewnym sensie z nich powstają. Ujawniają się wtedy jako nowe, potężniejsze zagrożenie, wobec którego skłóceni wrogowie muszą się zjednoczyć, by przetrwać. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje.

Gdy zaś na świecie trwa pokój, śpią w swojej ojczystej ziemi lub po prostu znikają. Są wiec niczym kataklizm, który sami powodujemy. Z drugiej strony, musisz pamiętać, ze to tylko legenda – ot, zwykła baśń. Trudno powiedzieć coś pewnego na temat orków, przede wszystkim dlatego, ze z tych, którzy mieli okazję ich spotkać, żaden nie zostaje przy życiu.

Keanther przez setki lat szczęśliwie unikał większych napaści orków, nawet podczas wielu tragedii, jakie rozegrały się na wyspach. Dlatego wieści o wyrżnięciu w pień członków Ósmego Domu spadły na nas niczym cios w głowę. Błyskawicznie i niespodziewanie.

 W tym momencie krasnolud przerwał swoją opowieść, by otworzyć na chwilę drzwi i przewietrzyć spiżarnię z fajkowego dymu. Odźwierny siedział jak na szpilkach, czekając na ciąg dalszy. Nieco już się go domyślał.

– W przeciągu jednej nocy cały Dom został zniszczony. Nikt, kto znajdował się wtedy w jego siedzibie, nie przeżył. Był to o tyle druzgocący fakt, że akurat w tamtych dniach Ósmy Dom świętował razem małżeństwo jednej z córek Najstarszego. Wszyscy zostali bezlitośnie zamordowani.

Jak już się pewnie domyślasz, chłopcze, z całego Domu przy życiu ostał się tylko jeden młodzieniec. Student, który z powodu obowiązków na stołecznej uczelni nie mógł uczestniczyć w święcie. Nie mam pojęcia, jaka była jego reakcja na wieści, które dotarły do nas lotem ptaka. Mogę to jednak sobie wyobrazić na podstawie wydarzeń, które później oglądałem na własne oczy.

Gdy Krąg zebrał się, by radzić nad tą sprawą, nasi ptasi zwiadowcy donosili, że orkowie wciąż jeszcze znajdowali się na wybrzeżu Keantheru, jednak już szykowali się do wypłynięcia. Zaczęto debatować nad tym, czy należy wyruszyć w pościg, wysyłając naszą flotę, gdyż nie mogło być już mowy o walce lądowej z powodu dużej odległości, jaka dzieliła siedzibę Ósmego Domu od najbliższego garnizonu naszego wojska. Byłem tam akurat przypadkiem z panią Myrdh, wiec od razu rozwieję wszelkie wątpliwości, chłopcze – tego, co miało miejsce wtedy w Stołecznym Pałacu nie można nazwać debatą. Decyzja została podjęta wręcz jednomyślnie, która to jednomyślność polegała na tym, że wszyscy musieli podporządkować się „zaleceniu” wiodących Najstarszych i Głowy Pierwszego Rodu. Uznano, że w Keantherze nie ma dosyć sił, by ścigać tak dużą grupę, tym bardziej, ze istniało niebezpieczeństwo sprowokowania tym sposobem kolejnych ataków z północy. W tych argumentach bezsprzecznie kryło się sporo racji. Keanther ze względu na swoją specyfikę i położenie nie posiadał znaczących sił zbrojnych. Przespaliśmy czas przeznaczony nas rozbudowę armii, łudząc się, że konflikty zbrojne, tak jak dotąd nas omijały, tak będę nas omijać. Niestety, okazało się, ze coś innego było nam przeznaczone.

Wobec prawdy kryjącej się w słowach najmożniejszych członków Ylle, a przede wszystkim ich autorytetu, nawet ci, którzy w swych sercach żywili szczere współczucie dla napadniętego domu i odczuwali pragnienie zemsty na sprawcach jego nieszczęścia, nie mieli odwagi wystąpić przeciwko podjętej decyzji. Pamiętam, że jedynie pani Myrdh szykowała się do otwartego protestu, chociaż i ona zamierzała to uczynić tylko dla zasady. Nie dano jej jednak czasu, by chociażby zabrać głos, gdy na posiedzenie Kręgu wdarł się ostatni przy życiu syn Ósmego Domu i zrobił taki raban, jakiego ta sala jeszcze nie widziała. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Inadana w akcji.

W tym momencie krasnolud niespodziewanie zachichotał.

– Powiedziałem „wdarł się” i faktycznie tak to wyglądało. W pierwszej chwili pomyślałem, że albo już jest szalony, albo bardzo rychło to nastąpi. Wyprowadzony z równowagi elf jest widokiem, który naprawdę warto zobaczyć, chłopcze. Natomiast stwierdzenie, że Inadan był wtedy ledwie „wytrącony z równowagi” to więcej niż grube niedopowiedzenie. Pomijając nawet łachy, które miał na sobie, a które nie przypominały praktycznie niczego, wyraz jego twarzy był przerażający. Widniał na niej zastygły skurcz ogromnego bólu graniczącego z szaleństwem. Jednak gdy zobaczyłem jego oczy, wiedziałem, że jakimś cudem utrzymał się przy zdrowych zmysłach. Gniew, który w nich płonął, był rozumny i świadomy. Nie mam zbyt wiele doświadczenia w kontaktach z ludźmi, a wtedy nie miałem go praktycznie wcale, jednak gdy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że Inadan podczas tamtego posiedzenia Kręgu zachowywał się bardziej jak człowiek, niż jak elf. Nie tylko wpadł do komnaty jak burza, ale i pominął wszelkie uprzejmości i rytuały, które od zawsze towarzyszyły przedstawianiu swojej sprawy przed Kręgiem. A wierz mi, dla elfów to niemal jak zbrodnia.

Inadan zwyczajnie przeszedł przez całą długość sali ukląkł przed zgromadzeniem i poprosił, by pozwolono mu ścigać orków i wziąć odwet za bestialsko zamordowanych krewnych. Krąg oczywiście odmówił mu, zarówno wsparcia, jak i pozwolenia na sam pościg, podając wcześniejsze argumenty. Inadan słuchał  ich z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a następnie, nic nie mówiąc, przez dłuższy czas patrzył w oczy każdego obecnego na zebraniu. Niewielu wytrzymało jego spojrzenie, a ja nawet nie próbowałem. Myślałem sobie, że takiej awantury prędzej spodziewałbym się ze strony krasnoluda niż elfa. Jednak, wbrew moim obawom, Inadan nie stracił nad sobą panowania, tylko jeszcze raz, dobitnie, powtórzył prośbę. Z tym że nie była to już właściwie „prośba”. Zdradzał go drżący, pełen napięcia głos i niebezpieczne błyski w oczach. Na sali zapadło głębokie milczenie, jakby nikt nie miał odwagi się odezwać. W końcu wstał Najstarszy Pierwszego Domu i powtórzył odmowę.

Wtedy w Inadanie jakby coś pękło. Zerwał się i mocnym głosem wykrzyczał oskarżenie Kręgu o stronniczość i podporządkowanie najmożniejszym, a także tchórzostwo, wiarołomstwo… no i wiele innych, niepochlebnych rzeczy. Jednym słowem, ulżył sobie, jak tylko mógł. Aż ciarki przechodziły, gdy się tego słuchało. Członkowie Kręgu siedzieli jak skamieniali, słuchając tej gniewnej tyrady, z jednej strony oburzeni, z drugiej nie mając pewności, czy nie stoi przed nimi obłąkaniec oszalały z żalu i bólu po stracie całej rodziny.

Pamiętam, że cała ta sytuacja niezmiernie mnie przerażała, ale i fascynowała. Nie ujrzałem jednak na własne oczy finału tej historii, gdyż pani Myrdh uznała, że wystarczająco już naoglądałem się tych drastycznych scen i wyprowadziła mnie w końcu z sal, polecając służącemu, by zabrał mnie do pokojów, które zajmowaliśmy. Potem dowiedziałem się z drugiej ręki, że Inadana chwilę po moim wyjściu wyprowadzono z sali i wzięto pod „specjalną opiekę”. Aż do naszego drugiego spotkania nie miałem o nim żadnych wieści.

Khirk zrobił dramatyczną pauzę, zaznaczając koniec pierwszej części swojej opowieści. Pan Anderson machinalnie sięgnął po jabłko leżące na półce bok. Ze smutkiem pomyślał, że kończył mu się tytoń.

– Aż wstyd przyznać się krasnoludowi do czegoś takiego – podjął Khirk – Ale przez wiele lat pozostawałem pod wrażeniem tego, w jaki sposób Inadan walczył wtedy o swoje. Byłem wtedy młody i to pewnie dlatego tak łatwo przyszło mi wierzyć w te same ideały, które on w końcu porzucił.

Mniej więcej pięćdziesiąt lat temu mój dobry przyjaciel wpadł w poważne kłopoty. Zaczęło się bardzo niewinnie, bo towarzyskim spotkaniem w przyzwoitej karczmie. Pech chciał, że wokół Rodu, do którego należał mój przyjaciel (Czwartego, zwanego „Żelazny Kieł”) krążyły wtedy nieprzyjemne plotki, zupełnie absurdalne, aczkolwiek oparte o wiarygodne podstawy, a nie wszyscy potrafili rozsądnie powściągnąć języki, zwłaszcza po kilku kufelkach. Na nasze nieszczęście, ten, który najgłośniej szczekał, a więc gwoli sprawiedliwości został najskuteczniej uciszony, nie tylko potraktował całe zajście poważniej, niż by należało, ale i okazał się wnukiem Głowy Drugiego Rodu zwanego „Skalistą Pieśnią”. Rozpętała się awantura, sprawa trafiła do sądu. Widziałem całą rozprawę i zeznawałem jako świadek. Wydawało się, że sytuacja przedstawia się raczej klarownie. W końcu mój przyjaciel odpowiedział jedynie na bezczelne i niekulturalne obelgi. Jednak Drugi Ród dzierżył (i wciąż dzierży!) ogromną potęgę, nie wszyscy mieli odwagę mu się przeciwstawić. Głosy sędziów wybranych spośród przedstawicieli siedmiu Domów i siedmiu Rodów podzieliły się niemalże na pół. Wszyscy byli przekonani, że przechyli on szalę na niekorzyść mojego przyjaciela, gdyż Drugiemu Domowi zależało w owym czasie na poparciu triady krasnoludzkiej. Kara czekała bez wątpienia na obu awanturników, jednak nie w jednakowym stopniu. Ktoś musiał być bardziej winny. Zaś równowaga polityczna w Keantherze wymagała, by ten ktoś był postawiony jak najniżej. Ja jednak nabrałem wtedy otuchy w serce, gdyż w przedstawicielu Drugiego Domu rozpoznałem Inadana.

Później dowiedziałem się, że jakiś czas po zagładzie Ósmego Domu, Inadan dostał się na służbę u syna Najstarszego Drugiego Domu i stał się jego zaufanym. Sadziłem, że nie zmieniło się to do dnia dzisiejszego, jednak, jak widać, pani Myrdh ma inne informacje.

W każdym razie, by już nie wydłużać niepotrzebnie tej opowieści, powiem ci, że omyliłem się, chłopcze, jak nigdy w życiu. Moją nadzieję opierałem o wspomnienie z dzieciństwa, które z czasem stało się dla mnie niczym legenda, zaś rzeczywistość ukazała mi zupełnie inny obraz tamtego elfa, którego podziwiałem jako młodzieniec. Gdy wychodziłem z sali rozpraw i przypadkiem znalazłem się obok Inadana, syknąłem tylko ledwie dosłyszalnie: „służalec”. Wydawało mi się, że dostrzegłem w jego oczach błysk, coś na kształt gniewu, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił. To była nasze drugie i aż do niedawna ostatnie spotkanie.

Mojego przyjaciela skazano na pięćdziesięcioletnie wygnanie na Kontynent, podczas gdy prowodyra jedynie na dwadzieścia lat. Równowaga została zachowana. Przez jakiś czas otrzymywałem od przyjaciela listy, z których dowiedziałem się, ze dobrze mu się tam wiedzie i nie zamierz wracać. Zawsze z goryczą pisał o polityce Kręgu i o ustroju Keantheru. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że odnalazł się w tej nieprzyjemnej sytuacji, z drugiej, no cóż… straciłem przyjaciela.

Khirk westchnął i umilkł. Pan Anderson spojrzał na niego uważnie, z lekkim zaciekawieniem.

– Wydaje mi się, że jesteś o wiele lepszym gawędziarzem, niż można było sądzić po twoich wcześniejszych słowach.

– Oczywiście – zachichotał Khirk – My, kransoludy, mamy to we krwi. Ale… nasze opowieści są tylko dla wybranych słuchaczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s