Keanther – Rozdział X

Rozdział X

w którym krasnolud dużo wie o elfickich sprawach

Khirk prowadził pana Andersona krętymi, wąskimi korytarzami, to znowuż prostymi i szerokimi tunelami, w których panowały, jak się wydawało, wieczne przeciągi. Już po kilku minutach zziębnięty Odźwierny wlókł się bez entuzjazmu za krasnoludem, drżąc i z każdym krokiem czując powracające zmęczenie. Kilkakrotnie próbował zagadnąć krasnoluda, jednak za każdym razem był zbywany nieartykułowanymi mruknięciami. Lekko zgarbione plecy Khirka emanowały wzburzeniem i niepokojem. Początkowo pan Anderson składał to na karb strachu o los krewniaka, który, koniec końców, znalazł się w rękach elfa. Ale potem zaczęły do niego docierać urywki zdań takich, jak: „Wstyd!”, „Nie tylko miał słuszność, ale jeszcze go znieważyłem”, z czego wywnioskował, że w równym stopniu krasnoluda dręczyło poczucie winy za wcześniejszą scysję z Inadanem w domu na klifie. Uznał więc, że jakiekolwiek próby wydobycia z niego odpowiedzi na nasuwające mu się pytania nie mają sensu. Zadowolił się podziwianiem krasnoludzkiej architektury, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mu migotliwe światełko lampy Khirka.

Korytarze, którymi szli były rozmaite – każdy z nich różnił się od reszty pod jakimś względem. Jedne wznosiły się, inne opadały. Niektóre były szerokie i przestronne, to znowuż wąskie i duszne. Ich ściany pokrywały wyryte w skale runy, płaskorzeźby, niekiedy mozaiki, a nawet, błyskające w świetle kransoludzkiej lampy, kamienie szlachetne czy żyłki złota i srebra. Wydawało się, że celowo pozostawiono je, powstrzymując się od wydobycia, by stanowiły naturalną ozdobę tuneli. Ich podłoże było brukowane wygładzonymi, kamiennymi płytami, najczęściej jednak stanowiła je lita skała, wydeptana tysiącami stóp krasnoludów okutych w ciężkie buciory.  Każdy kolejny korytarz kończył się rozwidleniem lub skrzyżowaniem. Niekiedy w bocznych ścianach otwierały się ziejące dziury, z których napływało chłodne powietrze. Po drodze spotykali nielicznych strażników czy zakapturzonych krasnoludów zmierzających w sobie tylko znanym kierunku. Ci wymieniali z Khirkiem mrukliwe powitania i śpieszyli dalej, nie przystając nawet na króciutką pogawędkę. W ich rękach błyszczały kuliste latarnie lub, rzadziej, świece. O dziwo, większość korytarzy nie była oświetlona. Jak pan Anderson później się dowiedział, szli jedynie przez część południowego skrzydła, przeznaczoną głównie do obrony twierdzy w razie zagrożenia (jakie jednak miałoby to być zagrożenie, nie doprecyzowano). Bardziej reprezentacyjne komnaty, część mieszkalna, kuchnie i jadalnie, a także skarbce i zbrojownie znajdowały się bliżej centrum całego kompleksu, na północny zachód. Tam właśnie Khirk prowadził Odźwiernego.

Chwilami pan Anderson zastanawiał się, jak tak potężna podziemna twierdza może istnieć w pobliżu morza, które przecież nieubłaganie podmywało klifowe wybrzeża, wydzierając suchy ląd piędź po piędzi. Podejrzewał, że krasnoludy mają jakieś swoje tajne sposoby na uniknięcie takiego losu. A przynajmniej żywił taką nadzieję.

W rzeczywistości, Madharen Randh nie przylegało do samych klifów, a graniczne tunele wydrążono w pewnej odległości od groźnego żywiołu. Była to wręcz doskonała harmonia, choć osiągnięta nieco sztucznie i przy pomocy czegoś, co niedoświadczony człowiek mógłby nazwać magią. A przynajmniej jej iskierką.

Po pewnym czasie uwagę pana Andersona niespodziewanie przykuło coś innego. Mianowicie zaś, ledwo widoczne w półmroku, owadzie procesje przemierzające ściany korytarzy. Początkowo wydawało mu się, że wzrok płata mu figle, gdyż takich gatunków owadów do tej pory nigdzie nie widział. Były ogromne, wielkości ludzkiej dłoni, opancerzone w lśniące, chitynowe pancerzyki, różnokolorowe i przypominające kamienie szlachetne. Ich odnóża, długie i cienkie, wiły się po ścianach niczym niespokojne cienie. Pan Anderson starał się trzymać jak najdalej od nich, z niepokojem, ale i z fascynacją, przypatrując się ich miarowym ruchom. Chciał zapytać Khirka, co to za gatunek, ale krasnolud wciąż nie wydawał się być w nastroju do rozmowy. Gdy w końcu wkroczyli w bardziej przestronne, jaśniejsze korytarze, po których latały miriady świetlików, procesje te ustały. Wkroczyli do części mieszkalnej twierdzy.

Niestety, pan Anderson nie miał okazji, by dobrze przypatrzyć się cudom bardziej reprezentacyjnych sal Madharen Randh. Już na drugim rozwidleniu skręcili w prawy korytarz, gdzie znajdowały się gościnne komnaty. Khirk zatrzymał się przy przedostatnich drzwiach i wskazał je Odźwiernemu.

– Tu powinno ci odpowiadać, chłopcze. Gdybyś mnie potrzebował… – wyjaśnił panu Andersonowi, jak trafić do komnaty przez niego zajmowanej, jednak Odźwierny nawet nie próbował zapamiętać wszystkich skrzyżowań, zakrętów, znaków szczególnych i trzecich drzwi po prawej. Gdy Khirk w końcu uznał, że Odźwierny wie wszystko, co powinien, pożegnał go, ale zwlekał z odejściem, wahając się. Anthony zauważył to i, kryjąc uśmiech, zaproponował, by krasnolud pokazał mu jeszcze, gdzie znajdują się jadalnie. Podejrzewał, że Khirk nie ma specjalnej ochoty zostawać sam na sam ze swoimi obawami i niepokojami, poza tym zaś miał nadzieję, że przy posiłku uda mu się coś z niego wyciągnąć. Przede wszystkim jednak, we znaki dawał mu się głód, o którym mógł zapomnieć na kilka godzin zwiedzania i omawiania istotnych spraw, ale nie na więcej. Krasnolud zgodził się bez namysłu.

Droga do jadalni była albo nadzwyczaj krótka, albo to nogi pana Andersona przyzwyczaiły się już do długodystansowych marszów. Odźwierny zaraz po wejściu rozejrzał się ciekawie, lustrując wzrokiem siedzących przy stołach krasnoludów, którzy w tak dużej liczbie wciąż byli dla niego nowością. Jednak ku jego rozczarowaniu, Khirk poprowadził go dalej, do malutkiej spiżarki, do której przyniósł dwa drewniane krzesła.

– Tu powinniśmy mieć spokój – mruknął, stawiając swoje krzesełko przy drzwiach. Następnie zajął się posiłkiem, ku rozczarowaniu pana Andersona, nie obejmującym ani jednego ciepłego dania. Odźwierny początkowo sceptycznie patrzył na raczej skromne jedzenie, ale w końcu zadowolił się chlebem grubo posmarowanym masłem, wędzoną rybą i jabłkiem. Odmówił jednak alkoholu, uznając, że na nieznanym terenie woda powinna mu w zupełności wystarczyć.

Bardzo szybko skończył jeść, czując, jak paląca ciekawość narasta w nim z każdą minutą. Jak na złość jednak, Khirk długo i ze skupieniem pałaszował jedną rybę za drugą. Pan Anderson odczuł wreszcie przemożną chęć zapalenia fajeczki, ale wolał nie narażać się kransoludzkiej wentylacji. Ktoś tam wyżej jeszcze gotów był uznać, że pali jakieś podejrzane zioła i cały cyrk z truciznami i narkotykami zacząłby się od nowa. Zadowolił się więc lustrowaniem półki za półką, ale wzrokiem wciąż wracał do towarzysza.

Wreszcie Khirk skończył swoją małą ucztę i, obrzuciwszy Anthony’ego bystrym spojrzeniem, rzekł:

– Musisz mi wybaczyć, chłopcze, to, że tak długo cię ignorowałem. Wiem, że to było nieuprzejme, ale musiałem przemyśleć pewne sprawy.

Pan Anderson machnął tylko ręką. Zastanawiał się, które pytanie powinien zadać jako pierwsze. Intrygowała go przede wszystkim jedna kwestia, co do której miał już swoje podejrzenia i czuł, że się nie myli.

– Pani Myrdh – rzucił jakby od niechcenia – Nie jest wcale żadną zielarką, prawda?

Ku jego zdziwieniu Khirk zachichotał w odpowiedzi na te słowa.

– Pudło, chłopcze, starasz się być zbyt chytry. Oczywiście, że jest zielarką, piekielnie dobrą zielarką – powiedział, gdy już opanował pierwszy wybuch radości – Ale masz trochę racji, podejrzewając, że może być także kimś więcej. Doprawdy, nie mam pojęcia, dlaczego właśnie tak się wam przedstawiła. Byłem pewien, że Inadan od razu ją przejrzy, a może nawet, że znał ją już wcześniej.

Pan Anderson poczuł się niemile dotknięty tym, że krasnolud nie sądził, że i on może domyślić się prawdy, a także ukrytą między wierszami sugestią, że to przedstawienie mogło zostać zaaranżowane ze względu na niego.

– W takim razie, kim jest? – zapytał naburmuszony. Khirk momentalnie spoważniał.

– Małżonką głowy Rodu, chłopcze – odparł ponurym tonem – A także, a może raczej przede wszystkim, matką chorego.

Odźwierny zasępił się. Rozumiał już teraz niepokój Myrdh, którego nie potrafiła ukryć, gdy rozmowa schodziła na ciężko chorego przyjaciela Khirka. A więc był to także jej syn!

– No i przy okazji jest jedną z najlepszych zielarek w Keantherze – dodał krasnolud po namyśle – Jako pierwsza poznała się na chorobie, opisała mi także wygląd i właściwości lekarstwa i powiedziała, u jakich kupców w stolicy go szukać. Jedyne, o czym oboje zapomnieliśmy przez nasz strach i obawy, to niesamowite podobieństwo Smoczego Ziela do Smoczego Dzwonka. Nie przypuszczaliśmy zresztą, że mógłby się on znaleźć u sprawdzonych sprzedawców…

Khirk urwał i westchnął ciężko.

– Gdybym tylko pamiętał o tej próbie! Przecież to takie proste, takie nieskomplikowane!

Znowu umilkł na dłuższą chwilę. Pan Anderson obserwował go spod przymrużonych powiek.

 – Jednak gdybanie nie ma teraz sensu – podjął przerwany wątek – To ja zawiodłem zaufanie, które we mnie pokładała, choć mogła przecież powierzyć to zadanie komuś o wiele bardziej godnemu. Zawiodłem ją, ją i Zerikha.

Spuścił głowę na piersi i pogrążył się w ponurym milczeniu. Tak jak pan Anderson się obawiał, w miarę mówienia krasnolud pogrążał się w coraz większym poczuciu winy i rezygnacji. Zupełnie nieuzasadnionych zresztą, co Odźwierny zaraz mu spróbował udowodnić. Ku jego irytacji, Khirk zbył go tylko niechętnym pomrukiem. Mimo to, pan Anderson nie miał jeszcze ochoty porzucać tego tematu.

– Co właściwie za trucizna, ten Smoczy Dzwonek? Naprawdę jest taka niebezpieczna? – dopytywał się, a widząc, że Khirk go nie słucha, postanowił spróbować trochę inaczej – A Inadan? Co on ma z tym wszystkim wspólnego?

Na dźwięk imienia elfa Khirk drgnął i wreszcie podniósł wzrok na Anthony’ego, który powtórzył pytania. Krasnolud pogładził się po brodzie z namysłem.

– Dla ciebie, chłopcze, czy dla mnie, Smoczy Dzwonek byłby praktycznie nieszkodliwy, poza tym, że przyprawiający o ból głowy. Jednak dla elfa to kwestia sekund.

– Masz na myśli, że to trucizna działająca tylko na elfów? – upewnił się pan Anderson, otwierając szeroko oczy. Krasnolud przytaknął.

– Zabójcza. Nie sposób wyrazić słowami, jak bardzo elfowie się jej boją i zarazem  nienawidzą. Teraz, gdy wiem, że to faktycznie był Smoczy Dzwonek, nie dziwię się zachowaniu Inadana.

Khirk znowu ciężko westchnął, a pan Anderson zdał sobie sprawę, że i tym razem nie najlepiej wybrał temat. Nagle krasnolud uniósł głowę, a jego oczy błysnęły w półmroku.

– Tu, w Keantherze, elfowie mają więcej niż gdziekolwiek indziej powodów, by nienawidzić Smoczego Dzwonka. Kilkaset lat po założeniu Kręgu, gdy nasze miasta kwitły, a konflikty na Kontynencie dogasały, spadł na nas potężny cios. W kraju wybuchła epidemia bielma. Żniwo śmierci było ogromne i nie przebierało między rasami zamieszkującymi Keanther. Możesz sobie wyobrazić, jakim zbawieniem wydało nam się odkrycie leczniczych właściwości Smoczego Ziela. Jednak lekarstwo nie zawsze działało. Czasami wydawało się, że bez wątpienia do kuracji użyto właściwego ziela, a mimo to ofiara umierała. Szczególnie zagadkowe było działanie Smoczego Ziela na elfów, którzy potrafili po krótkiej chwili od zażycia paść bez życia. Innym razem, umierali powoli i w straszliwych męczarniach. Za każdym razem jednak w mało przyjemny dla oczu sposób.

Zapanował wiec chaos jeszcze większy niż przedtem. Z jednej strony, chorzy rozszarpywali się nawzajem, by dostać lek, z drugiej nie mogli mieć pewności, czy nie stanie się on gwoździem do ich trumny. Gdyby nie pewien elficki zielarz, który odkrył mistyfikację i opracował metody rozróżniania Smoczego Ziela od trucizny o bliźniaczym wyglądzie, bardzo możliwe, że Keanther przestałby istnieć. Wciąż jednak wiele rzeczy pozostawało zagadką: przede wszystkim pytano, czy za mistyfikację odpowiadała natura czy też istota myśląca? Do dzisiaj zresztą nie mamy pewności w tej kwestii.

Przerwał na chwilę, by pociągnąć łyk wina z kubka.

– Dzięki temu, że byliśmy już w stanie odróżnić oba ziela, mogliśmy także wyleczyć chorobę – podjął wątek – Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Nie znaczy to jednak, że dzisiaj nie zdarzają się przypadki zachorowania na bielmo. Są one dla nas tym straszniejsze, że wciąż pamiętamy – spojrzał znacząco na pana Andersona, oczami, które tym razem błyszczały od powstrzymywanych łez – Nie muszę ci chyba mówić, że w całym Keantherze wprowadzono zakaz hodowania, zbierania czy sprzedawania Smoczego Dzwonka pod karą śmierci. Szczególnie naciskali na to przerażeni elfowie. Nie tylko zresztą wprowadzono taki zakaz, ale i zaczęto wypleniać to ziele, gdzie tylko się dało. Mimo to, nie zdołaliśmy zapobiec kolejnej tragedii.

Gdy po kilku latach od wygaśnięcia epidemii, elfowie należący do Pierwszego Domu znów zaczęli umierać w podejrzanych okolicznościach, podejrzenie od razu padło na Smoczy Dzwonek. Rozpętała się kolejna burza, jeszcze większa niż poprzednia, gdyż niesiona na jej skrzydłach. Wybuchały konflikty między elfami a krasnoludami, których naturalną koleją rzeczy oskarżano o tę zbrodnię. Nawet w Kręgu atmosfera stała się tak napięta, że któregoś razu pomiędzy tymi szacownymi sztywniakami niemal wybuchła bójka jak w jakiejś przydrożnej karczmie. Nie można było tego dłużej ciągnąć, w końcu wszystko musiało runąć z hukiem… ale nagle cała wrzawa ucichła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Zrobił dramatyczną pauzę.

– Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto stał za tymi morderstwami – podjął Khirk – Po prostu nagle Krąg zwołał nadzwyczajne posiedzenie, wycofano wszelkie podejrzenia, a o samej sprawie zabroniono więcej wspominać. Oczywiście, że podniosły się szumy, ale szybko zostały uciszone. Do dnia dzisiejszego jest to największa tajemnica w dziejach Keantheru. A przecież mamy już nowy Okres. Żaden z członków tamtejszego Kręgu nie chodzi już po tej ziemi, krasnoludy pomarły, a zmęczeni światem elfowie odeszli poza granice znanych ziem.

Po tych słowach zapadła głucha cisza. Obaj towarzysze siedzieli pogrążeni we własnych myślach. Od czasu do czasu Khirk pociągał łyk wina.

– Muszę zapalić! – odezwał się nagle rozdrażnionym głosem pan Anderson i wyjął fajkę z kieszeni. Khirk obserwował go uważnie, ale nic nie powiedział. Dopiero gdy Odźwierny wypuścił pierwsze kółka dymu, rzekł:

– Nie rób tego w obecności żadnego elfa. Nie tolerują palenia.

– Wiem, wiem, to szkodliwy nałóg – rzucił poirytowany Odźwierny – Kiedyś go rzucę.

Khirk tylko uśmiechnął się lekko pod gęstą brodą w odpowiedzi.

– Czyli… – zaczął pan Anderson, pykając swoją fajeczkę z przyjemnością – Smoczy Dzwonek niespodziewanie powrócił.

– Nie chcę wydawać zbyt pochopnie żadnych sądów – odparł Khirk, ważąc każde słowo – Ale na to by wyglądało. Pani Myrdh podeszła bardzo poważnie do sprawy elfa. Coś w tym musi być, ale co – zabij mnie, nie mam pojęcia!

– Tak się zastanawiam….Długo znasz Inadana? – zapytał znienacka pan Anderson, podchwytując wątek „elfa” i wyczerpując na jakiś czas zasób palących pytań. Khirk zastanawiał się przez moment, zanim udzielił odpowiedzi.

– I tak, i nie – odparł w końcu – Poznałem go już dawno temu, jednak zaledwie dwa razy go widziałem w przeciągu tych wszystkich lat. Wymieniliśmy przy tym kilka zdawkowych zdań, nic więcej. Zdziwiłem się, ze w ogóle mnie pamięta.

– A jednak sprawiasz takie wrażenie, jakbyś dosyć dobrze go znał – wtrącił pan Anderson.

– To aż tak widać w moim zachowaniu? – uśmiechnął się kwaśno krasnolud – Jednak to tylko pozory. Teraz mogę powiedzieć, że poznałem tylko fasadę budynku pełnego różnych korytarzy i pomieszczeń. Niektórych bardzo ciemnych, do których wcale nie chciałbym wchodzić. Mimo to, Inadan nie budzi we mnie podziwu czy strachu, a przynajmniej już nie, tylko raczej… rozczarowanie.

Tymi słowami Khirk rozpoczął kolejną opowieść.

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s