Keanther – Rozdział IX

Rozdział IX

w którym Myrdh uchyla rąbka tajemnicy

Pan Anderson mógł więc wreszcie podziwiać ogrom sali zwanej we Wspólnej Mowie, jak wyjaśnił gościom strażnik, który przedstawił się jako Zidhar, Salą Wielu Bram, czyli Dhal vo Zairydhe. W istocie, Odźwierny nie miał prawa się rozczarować. Za łukiem rzeźbionej bramy otwierała się jeszcze większa przestrzeń niż w Madharen Dhal. Przypominała panu Andersonowi wnętrze Koloseum lub po prostu ogromnej wieży wykutej w skale. Podróżnicy wraz z Zidharem stali na wąskiej platformie, która pierscieniem opasywała głęboką przepaść. Był to tylko jeden z wielu poziomów, nie najwyższy, ale też nie najniższy. Na każdym piętrze otwierały się dziesiątki wykutych w skale wejść prowadzących do niezliczonych korytarzy. Salę oświetlały setki lamp podobnych do kuli, którą miał Khirk. Ich blask tańczył w kryształach solnych, których było tu jeszcze więcej niż pan Anderson widział w poprzedniej hali. Ogrom tej przestrzeni i jej surowe piękno sprawiły, że zaniemówił. Przez dłuższą chwilę goście stali u wejścia do Dhal vo Zairydhe, w niemym zachwycie podziwiając ten widok. Inadan odwrócił się się do Odźwiernego, a w jego oczach migotał blask lamp.

– Już rozumiem, dlaczego tak nazwali tę salę – powiedział rozbawionym głosem – Doprawdy krasnoludzkie nazwy są tak dosłowne, a jednak nie można odmówić im pewnego liryzmu.

– To jest po prostu…. niesamowite! – sapnął pan Anderson w odpowiedzi – Brak mi słów, by choć  w najmniejszym stopniu oddać urok tego miejsca.

– Chyba nieczęsto się to panu zdarza – elf wysunął przypuszczenie z lekką drwiną w głosie. Pan Anderson tylko skinął głową. Czuł się autentycznie zachwycony i w tamtej chwili nie myślał o niczym innym.

– Cieszę się, że owoc naszej ciężkiej pracy wywarł na was wrażenie – powiedział w końcu Zidhar, a na jego twarzy malowała się nieskrywana duma – Jednak musimy już iść. Trzymajcie się blisko ściany, krawędzie są zdradliwe.

Ruszyli wąskim pasażem. Strażnik w tym czasie wyjaśniał im powód powstania sali, w której zbiegało się tyle korytarzy.

– Większość z tych tuneli pełni funkcje defensywne. Dhal vo Zairydhe w rzeczywistości stanowi pewien rodzaj labiryntu. Intruz, nieznający jego rozkładu, z łatwością zagubi się w fałszywych korytarzach. Tylko nieliczne prowadzą do mieszkalnej części twierdzy.

– Prawdziwy geniusz inżynieryjny – mruknął pan Anderson, rozpaczliwie pragnąc wygłosić jakąś mądrą uwagę. Elf spojrzał na niego z pobłażliwym rozbawieniem.

Przewodnik poprowadził ich wąskimi schodami na wyższe piętro, a następnie skręcili w jeden z tuneli. Odźwierny rzucił tęskne spojrzenie w stronę zalanej miękkim blaskiem sali, która opuszczali, ale z nową energią ruszył naprzód. Miał nadzieję oglądać jeszcze wiele podobnych cudów w Madharen randh.

Oświetlenie w ciemnym korytarzu zapewniała im kulista lampa strażnika, która najwidoczniej stanowiła element wyposażenia każdego krasnoluda. Tunel robił mniejsze wrażenie niż chociażby Ladhen Khrieg, co jednak nie zdziwiło pana Andersona, świadomego funkcji, jaką miała zapewniać cała siatka korytarzy. Zidhar prowadził ich pewnie przez kolejne rozgałęzienia i skrzyżowania. Odźwierny kompletnie stracił jakąkolwiek orientację w przestrzeni już po kilkunastu minutach. Gdy wreszcie dotarli do drewnianych, rzeźbionych drzwi, przebytą drogę pan Anderson odczuwał przede wszystkim w nogach. Dlatego też, gdy ich oczom ukazała się komnata robiąca nieporównywalnie mniejsze wrażenie niż te, które dotychczas podziwiał, nie poczuł rozczarowania, gdy ujrzał w niej wygodne krzesła.

W pomieszczeniu znajdował się już Khirk, a na rzeźbionym fotelu obok niego siedziała starsza krasnoludka o dumnym wyrazie twarzy. Choć jej postać nie była może tak piękna jak Inadana, pan Anderson odniósł wrażenie, że wygląda równie majestatycznie i onieśmielająco. Dostrzegł jednak również pewna różnicę, mało namacalną, między nią a elfem. Inadan za wszelką cenę ukrywał ogień, jaki wewnątrz niego płonął, a ona wręcz przeciwnie – jeszcze go podsycała.

Speszony lustrującym, władczym wzrokiem krasnoludki, pan Anderson niemal zapomniał o krześle. Widząc jego zmieszanie, Inadan z właściwą sobie swobodą przedstawił ich obu. Staruszka spojrzała z nieskrywaną ciekawością na gości, ale jej wzrok najdłużej zatrzymał się na elfie. Panu Andersonowi wydało się, że dostrzegł w jej oczach coś na kształt krótkiego przebłysku i bynajmniej nie odniósł wrażenia, że był on przyjemny. Tymczasem jednak z wdzięcznością przyjął ofiarowaną mu możliwość krótkiego odpoczynku. Całodzienny marsz, który odbył najpierw pod słotnym niebem, a następnie w ciemnościach krasnoludzkich korytarzy, zdecydowanie dał mu się we znaki. Po raz kolejny Odźwierny zdał sobie sprawę z tego, że choć pięćdziesiąt lat dla hobbita to wiek zaledwie średni, to sześćdziesiąt dla człowieka jest już zdecydowanie starością. Ponieważ zaś nie miał siły walczyć z tymi pesymistycznymi myślami, po prostu opadł z westchnieniem na fotel, który wydawał się wręcz dopasowany do jego sylwetki.

Po  dłuższej chwili milczenia, krasnoludka skończyła oględziny i przywitała gości w uprzejmych słowach.

– Jestem Myrdh, tutejsza naczelna zielarka ciesząca się zdecydowanie zbyt dużym autorytetem jak na jej skromne umiejętności – przedstawiła się, a w jej oczach zabłysły i szybko zbladły iskierki rozbawienia. Khirk rzucił jej szybkie spojrzenie i wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował. Pan Anderson zauważył to, a wiec był pewien, że Inadan także. Bez względu na to, czy pani Myrdh rzeczywiście była zielarką, czy też nie, faktycznie cieszyła się o wiele większym poważaniem i autorytetem, niż to zielarki mają w zwyczaju.

– Pozwolicie panowie, że przejdę od razu do sedna. W innym czasie należałoby zacząć od złożenia wyrazów uszanowania nowemu Odźwiernemu, ale niestety, jak być może Khirk już panom wyjaśnił, jest to sprawa życia i śmierci. Mam nadzieję, że wybaczy mi pan ten nietakt – Myrdh skinęła lekko w stronę pana Andersona w przepraszającym geście. Nieco zmieszany Odźwierny zapewnił ją, że doskonale to rozumie i nie widzi najmniejszego problemu. Mimo to, poczuł lekkie rozczarowanie, gdy zauważył spojrzenie, jakim krasnoludka zaraz potem obrzuciła Inadana. Zdał sobie sprawę z tego, że on sam jako nowicjusz jest mniej znaczącym (a może też i mniej niebezpiecznym) gościem niż elf. „Czekajcie no”  – pomyślał ponuro, zaciskając wargi w zdecydowaną kreskę, „Zobaczymy jeszcze, czy można tak nie liczyć się z Anthony’m Andersonem”. Momentalnie zapomniał o swoim podeszłym wieku i zmieszaniu, jaki powodowała w nim dumna krasnoludka.

W przeciwieństwie do rozgorączkowanego pana Andersona, Inadan wyglądał na całkowicie spokojnego, co Odźwiernemu nasunęło złośliwe skojarzenie ze zmurszałym ostańcem przydrożnym. Zaraz jednak musiał w duch przyznać, że, niestety, jeżeli elf był podobny do jakiegoś kamienia, to tylko szlachetnego. A przynajmniej tylko z zewnątrz, gdyż jego charakter dawał się określić tylko jako  zdecydowanie wypaczony i ani trochę przejrzysty.

Inadan uważnie śledził to, co działo się w komnacie. Odźwierny mógłby nawet przysiąc, że gdy wzrok elfa na chwilę na nim spoczął,  Jednak kiedy Khirk zaczął grzebać w swojej podróżnej sakwie w poszukiwaniu przedmiotu sporu miedzy nim a Inadanem, w postawie tego drugiego pojawiło się ledwie wyczuwalne napięcie. Wreszcie krasnolud wyjął brudne zawiniątko i podał je Myrdh, która popatrzyła na nie z lekkim niesmakiem. Rozwinęła je i z uwagą przypatrzyła się trochę pokruszonym, suszonym, brunatnym listkom.

– Na pierwszy rzut oka wygląda właśnie na to, czego poszukujemy – mruknęła z namysłem. Inadan poruszył się niespokojnie na te słowa.

– Tej różnicy nie dostrzeżesz na pierwszy rzut oka, pani.

W odpowiedzi krasnoludka spojrzała na niego z pobłażaniem.

– Coś podobnego! Pan elf najwidoczniej sądzi, że nie znam się na swoim fachu – uśmiechnęła się szeroko, po czym nagle spochmurniała – Próba ognia, co? Niedobrze, oj, niedobrze. Khirk, proszę cię, zapal mi świecę.

Coś w oczach Khirka wydawało się zaalarmowane tą prośbą, jednak na pytające spojrzenie pana Andersona, krasnolud tylko wzruszył ramionami. Następnie zza pazuchy wyciągnął hubkę i krzesiwo oraz malutki ogarek. Wyprostował knot i z wprawą wykrzesał iskrę. Odźwierny nie mógł nie zastanawiać się przez dłuższą chwilę, jaki jest sens noszenia ze sobą świecy, jeżeli posiada się magiczną krasnoludzką lampę (w dodatku kieszonkową!), ale zaliczył to na karb dziwactw Khirka.

Świeczuszka migotała jasnym płomykiem, gdy krasnolud podał ją Myrdh. Ta położyła ją na stoliku i z zawiniątka przyniesionego przez Khirka wyjęła kilka ciemnych listków. Zbliżyła je do płomienia, a gdy się zajęły, po komnacie rozszedł się słodki, mdły zapach. Pan Anderson poczuł ogarniającą go senność i katem oka zauważył jak pobladły Inadan zasłonił twarz dłonią. „Tak prawdopodobnie wyobrażałbym sobie zapach naprawdę porządnych narkotyków” – pomyślał tępo. Wreszcie Myrdh rzuciła liście na podłogę i przydeptała je stopą.

– Khirk, proszę cię, idź i powiedz, by otworzyli dodatkowe kanały wentylacyjne – rzekła zmęczonym głosem. Jej twarz powlekał cień. Otumaniony krasnolud poczłapał w stronę drzwi i otworzył je. Do pomieszczenia napłynął odżywczy powiew świeżego powietrza. Pan Anderson chciwie wciągnął je w płuca. Inadan zakaszlał. Khirk otrząsnął się żywo, jakby zrzucał z siebie widmo niemiłego wspomnienia, po czym szybko wyszedł z zadymionej komnaty. Tylko krasnoludka wciąż stała w tym samym miejscu, zapatrzona gdzieś ponad głowami gości, a w jej oczach czaiło się coś niepokojącego i nieuchwytnego, niczym długo powstrzymywany strach.

Gdy Khirk wrócił do komnaty Myrdh, wciąż panowała w niej grobowa cisza. Ciężki dym zalegał już tylko w katach, mocno przerzedzony. O wiele cięższe wydawało się milczenie gości i gospodyni, więc Khirk z niepewnym wyrazem twarzy usiadł na brzeżku fotela, jak najdalej od Inadana, na którego od czasu do czasu rzucał niepewne spojrzenia. Jednak elf nie zwracał na niego uwagi, utkwiwszy nieruchomy wzrok w sylwetce krasnoludki. Pan Anderson nie tylko czuł się pominięty i niewiele znaczący, ale także z każdą chwilą coraz gorzej czuł się z powodu napięcia, jakie wytworzyło się w niewielkiej komnacie. W głowie wciąż my lekko pulsowało i jakoś nie mógł pozbyć się mdłego zapachu dymu. Odchrząknął znacząco. Khirk rzucił mu pytające spojrzenie, jednak nikt poza nim nie zwrócił na niego większej uwagi. Odźwierny westchnął i skulił się w fotelu. Pozostało mu tylko czekać, aż możni tego świata zdecydują się wyjaśnić mu to i owo. Zastanawiał się przy tym, czyja właściwie cierpliwość jest wystawiana na próbę.

Zatopiony w ponurych rozmyślaniach, przegapił moment, w którym Myrdh ocknęła się z letargu i utkwiwszy wrogie spojrzenie w Inadanie, rzekła ostrym tonem:

– Nie mam pojęcia, w jaki sposób Smoczy Dzwonek dostał się w ręce Khirka, jednak mogę za niego ręczyć z całą odpowiedzialnością wypływającą z mojej pozycji. Jeżeli jednak jakiekolwiek konsekwencje mają zostać wyciągnięte z tego zdarzenia, możecie być pewni, że w ostatecznym rozrachunku nic się przede mną nie ukryje.

Nazwa „Smoczy Dzwonek” wywołała różne reakcje u zebranych. Pan Anderson z oczywistych względów nie czuł się specjalnie zmartwiony słowami Myrdh, Khirk z kolei wciągnął ze świstem powietrze i wyglądał, jakby chciał rzucić wiązką przekleństw, ale w ostatniej chwili się opanował. Inadan natomiast ledwie dostrzegalnie rozluźnił się, jakby nie słysząc groźby i podejrzliwości pobrzmiewających w głosie krasnoludki.

– Nie jest istotne, w jakich okolicznościach, ani kto nabył Przeklęte Ziele, jeżeli zgodzi się je dobrowolnie oddać.

Myrdh zmrużyła oczy.

– Ach, tak. A więc okoliczności są wam najprawdopodobniej znane.

Nie czekała na potwierdzenie, nie spodziewając się go zresztą. Mówiła zdecydowanie, powoli wymawiając słowa, jednak nie ważąc ich, jakby była pewna każdego z nich.

– Warunkiem jest dobrowolne oddanie ziela, jednak, jak możesz oczekiwać od trzeciego z krasnoludzkich Rodów, że przekaże tak niebezpieczną, a przede wszystkim specyficzną truciznę na podstawie paru wyrwanych z kontekstu obietnic? Zbyt wiele niewiadomych wiąże się z twoja historią i tobą samym, bym poważyła się na taki krok i powierzyła Smoczy Dzwonek właśnie tobie.

– Dobrze są ci znane zarówno mój rodowód, jak i wszelkie szczegóły mojej służby, o pani – odparł sucho elf. Myrdh nie odrywała od niego świdrującego wzroku.

– Nie masz racji Inadanie an’el Andaravilien. Mimo to, wiem więcej, niż przypuszczasz. Nawet Dom Wschodzącego Księżyca nie jest w stanie ustrzec się od plotek. A ja umiem łowić i wyżymać plotki.

Twarz Inadana stężała. Pierwszy raz, odkąd Anthony go spotkał, elf spuścił wzrok pod czyimś spojrzeniem. Na  jego twarzy wykwitł rumieniec gniewu i, czy tylko mu się wydawało, czy też wstydu?

Myrdh spuściła go z uwięzi swych oczu i westchnęła głęboko, jakby nagle przyciśnięta brzemieniem lat.

– Zrozum, że nie kieruje mną bezsensowna złość czy wrogość. Wszyscy jesteśmy już za starzy na taką dziecinadę. Jednak Smoczy Dzwonek to zagrożenie dla całego Keantheru. Czas najwyższy, by elfowie zdali sobie z tego sprawę.

– Ta zaraza dotyka jedynie nas – wyszeptał drżącym głosem Inadan, a jego oczy pociemniały. Był być może bardziej poruszony, niż chciałby to okazać.

– Nie, mój drogi! – zaprzeczyła stanowczo krasnoludka – To, co uderza w was, jest także naszym zmartwieniem. Czyż nie na takiej zasadzie opiera się władza Kręgu?

Inadan nic na to nie odpowiedział i uparcie milczał. Cisza wydłużała się i nie wyglądało na to, by to on miał ją przerwać. Jednak czas nieubłaganie płynął. Gdy Myrdh na chwilę oderwała wzrok od Inadana, w oczach Khirka dostrzegła niepokój, który przypomniał jej o jej własnym.

– Jeden dzień do namysłu – rzekła do elfa – Daję tobie, a także sobie, jeden dzień do namysłu. Nie, proszę wręcz o jeden dzień zwłoki. Ugościmy was przez ten czas. Tak czy siak, nie moglibyśmy puścić cię wcześniej, niż otrzymalibyśmy pozwolenie od głowy Rodu. Tymczasem mnie mogę już poświęcić tej sprawie więcej czasu…

Urwała i przeniosła wzrok na pana Andersona.

– Niech pan nie myśli, że zapomniałam o panu, panie Odźwierny – powiedziała cichym głosem – Wręcz przeciwnie, cieszę się z pańskiej obecności. Gdy wszystko inne zawiedzie, liczę na pańską intuicję.

Anthony poczuł nieprzyjemny dreszcz niepokoju po tych słowach. Skinął lekko głową, nie wiedząc, co innego mógłby zrobić.

Myrdh odwróciła się już ku drzwiom, a Khirk podniósł się z fotela, by do niej dołączyć, gdy dźwięczny głos Inadana zatrzymał ich wpół kroku.

– Smoczy Dzwonek bardzo łatwo pomylić ze Smoczym Zielem. Czyżbyście mieli tu kogoś zarażonego Bielmem?

Krasnoludka wzdrygnęła się, ale odwróciła ku niemu twarz. Byłą wykrzywiona skurczem strachu.

– Bliźniacze Pędy. Nie mam za złe Khirkowi, że nie poznał się na tej mistyfikacji. Jednak teraz nie pozostało nam już wiele nadziei.

Elf powstał, a zdecydowanie zabłysło w jego oczach.

– Nie mogę obiecać, że się na nich nie zawiedziesz, ale oferuję ci moje usługi pani, w zamian za twą gościnę. Niewielu elfów potrafi leczyć Bielmo bez użycia Smoczego Ziela. Być może będę w stanie chociaż spowolnić rozwój choroby… – zawahał się – Oczywiście, o ile zgodzisz się….

Zmęczony uśmiech rozjaśnił pomarszczoną twarz krasnoludki.

– Nie ufam tym, którzy za tobą stoją, gdyż nie mam pojęcia, do czego zdążają. Jednak na tyle dobrze znam twoje serce, by móc zaufać twojej życzliwości.

Inadan nic na to nie odpowiedział, tylko skłonił się głęboko. Myrdh przykazała skonsternowanemu Khirkowi, by pokazał Odźwiernemu pokoje i by sam odpoczął. Na pożegnanie obdarzyła pana Andersona kolejnym uśmiechem.

– Ma pan racje, panie Anderson – powiedziała tak, jakby poza nimi nie było już nikogo w komnacie – Zbyt mało zaufania okazujemy sobie w dzisiejszych czasach. Kiedyś było inaczej. Ufam jednak, że zmiana jest możliwa nawet teraz, przyniesiona przez najbardziej niespodziewane i najmniej się tego spodziewające ręce.

Pan Anderson patrzył za nią z namysłem, gdy wychodziła z Inadanem – drobna sylwetka, krucha przy wysokim elfie . Czuł, że coś nowego ocknęło się w jego sercu, jakby jakaś niewidzialna nić zawiązała się między nim a tym światem.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s