Keanther – Rozdział VIII

Rozdział VIII

w którym debatuje się nad losem gości za ich plecami

Przez większą część dnia kompania wędrowała przez wrzosowiska, kilka kilometrów na zachód od linii brzegu. Po południowym postoju, Khirk zamilkł na dobre i zaczął z uwagą obserwować krajobraz, z czego towarzysze wywnioskowali, że znajdują się już blisko celu. Wiatr wiał od morza, przeganiając po niebie postrzępione chmury. Wieczorem zaczęło się przejaśniać. Khirk pokierował wtedy kompanię z powrotem na wschód, w stronę wybrzeża. Wydawał się już mniej spięty, jakby te delikatne promienie światła zdjęły z jego barków ciężkie brzemię. Nawet przy tak nikłym świetle, łatwiej było mu obserwować okolicę i wypatrywać wejścia do ukrytego twierdzy.

Gdy zapadał już zmrok, krasnolud nagle przystanął i gestem zatrzymał towarzyszy. Pan Anderson rozglądnął się dookoła. Stali pośrodku niczym nie wyróżniającego się pustkowia. Szum morza był tu wyraźniejszy, toteż Odźwierny uznał, że znajdują się już trochę bliżej wybrzeża. Khirk z wyrazem skupienia na twarzy przyglądał się podłożu. Inadan obserwował go z obojętnym wyrazem twarzy. Tylko jego oczy świeciły w zapadającym zmroku.

W końcu krasnolud kiwnął głową z zadowoleniem i przywołał kompanów gestem.

– Odwróćcie się – polecił szorstko, rzucając im wymowne spojrzenie spod krzaczastych brwi. Inadan wzniósł oczu do nieba, ale nie protestował. Pan Anderson tym bardziej nie widział powodu, by oponować. Nie próbował nawet zgadywać, co za ich plecami robił Khirk. Usłyszał szmer, jakby krasnolud odgarniał ziemię, a potem serię mechanicznych klików. Gdy wreszcie wraz z Inadanem dostali pozwolenie na odwrócenie się, obok Khirka , w ziemi ziała ogromna dziura. Odźwierny z zaciekawieniem przyjrzał jej się z bliska. Okazała się kamiennym tunelem, w którym wyciosano kamienne stopnie wiodące wgłąb ziemi. Elf spojrzał z ukosa na Khirka.

– Widzę, że wasze plemię nigdy nie zaniedbuje środków ostrożności – rzucił obojętnym tonem.

– To tylko boczne wejście – wyjaśnił Khirk – Oficjalnych gości przyjmujemy przy głównej bramie z zachowaniem ceremoniału.

– Rozumiem. My jesteśmy, oczywiście, szczególnym przypadkiem – Inadan uśmiechnął się nieznacznie. Khirk wzruszył ramionami.

– Nie miej o sobie zbyt dużego mniemania, elfie. Pomijając wszelkie inne powody, dla których tak cię teraz przyjmujemy, to wiedz, że nie ja decyduję o takich rzeczach. Gdybyście zapowiedzieli swoją wizytę z wyprzedzeniem, zażądali specjalnych ceremonii i oczywiście podali swoją pozycję, ród czy dom, wtedy sprawa wyglądałaby inaczej.

– Na co, niestety, nie mieliśmy czasu – podsumował pan Anderson z westchnieniem. Żałował, że nie dane mu było wkroczyć do krasnoludzkiej twierdzy z honorami i zobaczyć jej pełną chwałę. Inadan z kolei nie wydawał się tym specjalnie zmartwiony.

– Trzeci ród dba o splendor – rzucił zdawkowo.

– Tak samo postępują i wasze domu – odparł Khirk, szykując się na kolejną potyczkę słowną. Jednak elf skinął tylko głową.

– Może już wejdziemy? – zaproponował szybko Odźwierny – Miło będzie opuścić to pustkowie.

Khirk natychmiast wszedł w rolę gospodarza i skłonił się po krasnoludzku.

– Proszę za mną – powiedział i poprowadził towarzyszy w ciemności tunelu. Z kieszeni tuniki wyjął oszlifowaną kulę wielkości kurzego jaja i potrząsnął nią. Kula rozbłysła błękitnym światłem. Rozpoczęli powolną wędrówkę tunelem.

Wkrótce światło wpadające ze świata na zewnątrz nagle zgasło jakby ucięte, a nad głowami podróżników rozległ się szczęk, po czym zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem maszerujących stóp. Pan Anderson podejrzewał, że klapa zamknęła się za nimi za sprawą jakiegoś krasnoludzkiego mechanizmu. Spojrzał w stronę wylotu tunelu, ale zobaczył tylko mroczną pustkę. Rozejrzał się więc ciekawie dookoła. Błękitne światło wydobywało z ciemności coraz wyższy strop i ściany pokryte misternie kutymi runami. Szum morza był tu, o dziwo, wciąż jeszcze wyraźny.

Nie potrafił powiedzieć, jak długo szli tym korytarzem, po jakimś czasie jednak zdał sobie sprawę, że wyszli na otwartą przestrzeń. Przystanął i rozglądnął się.  Światło krasnoludzkiej lampy nie było na tyle silne, by oświetlić całe pomieszczenie. Mimo to, pan Anderson zorientował się, że znajdują się w ogromnej hali. Z przerażeniem zauważył także, że najwyraźniej poruszają się po kamiennym moście zupełnie pozbawionym poręczy, rozwieszonym nad atramentową przepaścią. Dnem wąwozu najprawdopodobniej płynęła podziemna rzeka. Spojrzał w górę, nie spodziewając się zresztą ujrzeć niczego w ciemnościach. Gdy jednak jego wzrok przyzwyczaił się do czerni wypełniającej górne partie hali, zauważył drobne światełka przypominające gwiazdy, które niby oczy otwierały się nad nimi. Pan Anderson przyglądał im się w niemym zachwycie z takim przejęciem, że nie zauważył, jak jego towarzysze również się zatrzymali. Ich sylwetki rzucały rozedrgane cienie na kamienną powierzchnię mostu. Khirk przywołał go gestem.

– Chodź, chłopcze! Jesteśmy już blisko celu.

Niechętnie i z ociąganiem, pan Anderson dołączył do towarzyszy, rzucając ostatnie, tęskne spojrzenie na przepiękne sklepienie. Postanowił przy najbliższej okazji zapytać Khirka o nazwę tego miejsca. Póki jednak dookoła niego ziała pustka, nie miał odwagi, by myśleć o czymkolwiek innym, niż uważne stawianie stóp.

Okazja nadarzyła się dopiero, gdy wkroczyli do kolejnego korytarza, zostawiając za sobą przestronną halę. Tym razem jego ściany były gładkie, przetykane jasnymi żyłkami, a on sam tylko nieznacznie opadał w dół. Krasnolud widocznie podejrzewał, że Anthony będzie zadawał pytania i, nie czekając na nie, udzielił gościom wyjaśnień.

– Sala, przez którą przed chwilą przechodziliśmy, zwana jest gwieździstą, czyli Madharen dhal. Podobnie jak most, który w naszym języku nosi nazwę Madharen zekargh. Myślę, że nietrudno zgadnąć, dlaczego.

Spojrzał znacząco na pana Andersona, który otwierał już usta, by zadać pytanie. Było to, nawiasem mówiąc, dość krzywdzące, gdyż Odźwierny zamierzał odnieść się do innej kwestii.

– Zgadzam się z tobą w zupełności – odparł urażonym tonem – Zastanawia mnie natomiast, jakimi minerałami przesycone są te skały, skoro dają taki efekt świetlny.

– Jeśli o to chodzi – zaczął krasnolud, niespecjalnie zrażony tonem Anthony’ego – Nie jest to nic specjalnego. Odpowiedź w zasadzie zalicza się do tych oczywistych.

– To sól morska – wtrącił Inadan, uśmiechając się przez ramię do Odźwiernego – Czy mam rację, panie krasnoludzie?

– Mniej więcej – burknął Khirk, zły, że mu przerwano – Nawiasem mówiąc, od tego właśnie pochodzi nazwa naszej siedziby – Madaren randh, czyli Gwieździsta skała.

– Miał pan właśnie pierwszą lekcję krasnoludzkiego, panie Anderson – podsumował wesoło Inadan. Anthony skinął głową z namysłem, jednak nic nie powiedział. Uświadomił sobie, że, choć może zabrzmieć to absurdalnie, zachowywał się trochę jak międzywymiarowy turysta. Brakowało mu tylko aparatu. Z drugiej strony, naprawdę żałował, ze nie zdążył przyjrzeć się lepiej Gwieździstej sali. Inadan jakby czytał w jego myślach, gdyż odezwał się krzepiącym tonem:

– Niech pan nie myśli o tym, co już za nami. Gwarantuję panu, że jeszcze wiele pięknych rzeczy ujrzy pan w tej twierdzy. Krasnoludy być może są nieco… szorstkie w obyciu, ale to prawdziwi mistrzowie kamienia.

– A ten pierwszy korytarz, którym przeszliśmy do Gwieździstej sali? Jak się nazywa?  – zapytał pan Anderson, otrząsając się z zawodu – Jeśli dobrze pamiętam, na jego ścianach wyryte były znaki runiczne.

– Toteż tak właśnie się nazywa, chłopcze. Ladhen khrieg – Runiczny korytarz. Ten, którym obecnie idziemy, w zasadzie nie ma specjalnej nazwy. Najczęściej mówimy o nim „Południowy korytarz”. Prowadzi do sali, w której znajduje się brama strzegąca tego wejścia do twierdzy. Złośliwi nazywają ją „Przedsionkiem” – krasnolud potrząsnął mocniej kulą światła, która zgasła – Znajduje się dokładnie przed nami.

Początkowo pan Anderson nie widział nic poza atramentową ciemnością. Przystanął na chwilę, bojąc się, że się potknie. W końcu jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dojrzał nikłe światełko przed nimi. Z każdym ich krokiem rosło i po jakimś czasie Odźwierny stwierdził, że jest to faktycznie wylot tunelu. Gdy byli już na tyle blisko, by pan Anderson mógł dostrzec rzeźbiony łuk, dookoła którego wiły się ryte w kamieniu runy, okalający wykute w skale wejście, Khirk zatrzymał towarzyszy gestem.

– Poczekajcie tu na mnie – polecił – Bramy strzegą strażnicy i lepiej będzie, jeśli sam z nimi porozmawiam.

Ani pan Anderson, ani Inadan przynajmniej doraźnie nie protestowali, jednak, gdy krasnolud oddalił się na rozsądną odległość, jednomyślnie przysunęli się nieco bliżej, by móc śledzić przebieg konwersacji i w razie czego interweniować.

Khirk przystanął tuż przy łuku bramy. Nie przeszedł przez nią, tylko, o ile jego towarzysze mogli zobaczyć, stuknął kilka razy toporkiem w skałę. U wylotu tunelu bezszelestnie pojawiło się dwóch uzbrojonych krasnoludzkich strażników. Widocznie dobrze znali Khirka, gdyż nie wydawali się zaskoczeni czy wzburzeni jego widokiem. Krasnolud nachylił się do współplemieńców i tłumaczył im coś przyciszonym głosem. Strażnicy kilka razy rzucili okiem na Odźwiernego i Inadana, którzy przystanęli akurat na granicy światła wpadającego przez łukowatą bramę. Jeden z nich również szeptem odpowiedział Khirkowi, który z irytacją potrząsnął głową i rzucił coś niezrozumiałego. Pan Anderson i Inadan wymienili rozczarowane spojrzenia. Nie byli w stanie nic usłyszeć. Dyskretnie przysunęli się bliżej. Teraz docierały do nich urywki rozmowy, która była prowadzona w języku krasnoludzkim. Inadan być może znał Thrand na tyle, by coś zrozumieć, lecz z pewnością nie można było powiedzieć tego o panu Andersonie.

Nagle jednak Khirk podniósł głos, ostrym tonem zaprzeczając słowom jednego ze strażników.

– Nie, nie, nie! – zawołał we Wspólnej Mowie, wyraźnie wyprowadzony z równowagi – Mówię wam, że nie mamy na to czasu! Czyżbyście nie znali sytuacji? Kiedy mu prowadzimy tu tę jałową rozmowę, on być może już…

– Rozumiemy twój punkt widzenia – krępy krasnolud, z którym Khirk się sprzeczał, spojrzał pytająco na gości, ale również odezwał się we Wspólnej Mowie – Mimo to nie jesteśmy upoważnieni do podejmowania takich decyzji. Przypominam ci także, że Wejście Południowe i Dhal vo Zairydhe przeznaczone są tylko dla mieszkańców Madharen randh, a ty przyprowadziłeś tu elfa i… człowieka?

– Mówiłem już chyba, że to wyjątkowa sytuacja! – zirytował się Khirk – A ten człowiek to nasz nowy Odźwierny!

– Toteż na niego bylibyśmy gotowi przymknąć oko – spokojnie odparł drugi, dosyć wysoki, strażnik – Jednak jest z tobą także elf, którego nie znamy. Decyzja w waszej sprawie musi zostać podjęta przez głowę rodu. Takie jest nasze prawo i ty dobrze o tym wiesz.

Khirk sapnął z rozdrażnieniem, ale milczał.

– Kiedy więc mogę spodziewać się odpowiedzi? – zapytał po chwili namysłu. Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem.

– W chwili obecnej pan Adhar uczestniczy w zebraniu Kręgu – wyjaśnił krępy strażnik.

– Czyli to kwestia dni, nawet nie godzin – wszedł mu w słowo nachmurzony Khirk – Nie, tak być nie może!

Pomiędzy krasnoludami ponownie wybuchła kłótnia. Pan Anderson patrzył na to z iście fatalistycznym spokojem. „To byłoby na tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie krasnoludzkiej twierdzy” – pomyślał. Z twarzy Inadana nie mógł wyczytać, czy elf czuje to samo. Anthony doszedł do wniosku, że jego towarzysz nie tyle nie zdradza swoich uczuć, co pokazuje je lub ukrywa zależnie od swojego widzimisię. Nagle poczuł się strasznie osamotniony, osadzony w zupełnie obcym świecie, wśród istot, których nie był w stanie pojąć. Przegnał jednak pesymistyczne myśli. W końcu uczestniczył w tym cyrku na własne życzenie.

Konflikt między krasnoludami wydawał się praktycznie nie do rozwiązania. Obie strony po jakimś czasie wyczerpały swoje argumenty i tylko stały naprzeciwko siebie, w milczeniu mierząc się wzrokiem. Strażnicy ściskali rękojeści swoich toporów. Odźwierny uznał, że błędem było zgodzenie się na wystąpienie Khirka w roli parlamentariusza. Był skłonny podejrzewać, że nawet Inadan sprawdziłby się lepiej w tej roli. Niespodziewanie jednak Khirk zmienił taktykę.

– Mówicie, że pan Adhar mnie jest w stanie udzielić mi obecnie odpowiedzi – podsumował, siląc się na spokój – A jak sprawa ma się z panią Myrdh? Czy mogę z nią porozmawiać?

Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem, ale obaj skinęli głowami po krótkim namyśle. Ustalono, że wysoki krasnolud przypilnuje gości w międzyczasie, gdy Khirk uda się na spotkanie ze wspomnianą krasnoludką w asyście drugiego strażnika. Gości postanowiono wcześniej rozbroić. Pan Anderson został zmuszony do oddania swojego scyzoryka (co uznał za kompletnie  sensu) i nożyka, w który zaopatrzył się przezornie przed opuszczeniem domu na klifie. Inadan z kolei musiał oddać swój miecz i sztulet (co, według pana Andersona, było jak najbardziej uzasadnione). O dziwo, elf nie protestował przeciwko takiemu traktowaniu (co również Odźwierny uznał za rozsądne). Wreszcie strażnicy doszli do wniosku, że spełnili swój obowiązek i jeden z nich przeprowadził Khirka przez bramę. Drugi krasnolud stanął w przejściu i bacznie obserwował powierzonych jego pieczy przybyszów. Pan Anderson miał nadzieję przyjrzeć się bliżej rzeźbionemu wejściu i rzucić okiem na salę za nim się znajdującą, na ten widok jednak zrezygnował. Inadan stał oparty o ścianę korytarza i ze złośliwym rozbawieniem wpatrywał się w strażnika, który pod jego spojrzeniem widocznie się denerwował. Anthony uznał, że raczej nie jest w najlepszym nastroju do rozmowy. Ponieważ więc nie co innego mógłby robić, śledził jasne żyłki na kamiennej ścianie, które były widoczne w słabym świetle wpadającym przez rzeźbione wejście do następnej sali.

Nie potrafił powiedzieć, ile czasu minęło do powrotu krępego strażnika. W podziemiach krasnoludzkiej siedziby stracił jakąkolwiek świadomość pory dnia czy godziny. Wiadomość przyniesiona przez krasnoluda okazała się nader pomyślna. Goście mogli przejść przez bramę i udać się na spotkanie z panią Myrdh, kimkolwiek była. Jedyny warunek, jaki im postawiono, to pozostawienie broni przed wejściem do Dhal vo Zairydhe – następnej sali. Ściślej rzecz biorąc, ów nakaz dotyczył jedynie Inadana, gdyż, jak się okazało, pan Anderson dostał pozwolenie na odzyskanie swojego „arsenału”. Zdziwiło go to zaufanie, którym obdarzano Odźwiernych. Podejrzewał, że taki system nie przyjąłby się w jego świecie, tu jednak, jak widać, sprawnie działał. A przecież, ludzie często nawet bez złej woli, popełniali błędy.

Zarządzenie to, jak można było przewidywać, nie przypadło Inadanowi do gustu.

– Jestem gotów ponieść wiele ofiar, by cała ta sprawa została rozwiązana bez niepotrzebnych sporów – powiedział cichym, ale stanowczym tonem – Jednak teraz wymagacie ode mnie, bym powierzył obcym jedyne dziedzictwo rodowe, jakie mi pozostało i w dodatku wszedł do waszej siedziby bezbronny, choć, jak zauważyłem, nie jestem tu darzony ani zaufaniem, ani sympatią.

– Dostaniesz z powrotem swój miecz, elfie, gdy opuścisz naszą twierdzę lub dostaniesz pozwolenie pani Myrdh. I proszę, cię nie obrażaj nas, kwestionując naszą gościnność,. Nikt w tej twierdzy nie podniesie ręki na gościa – oczy wysokiego strażnika zwęziły się. Dyskretnie, acz wymownie położył dłoń na trzonku topora. Pan Anderson westchnął bezgłośnie. Najwidoczniej w tym świecie nie można było znaleźć rozwiązania, które usatysfakcjonowałoby wszystkich.

– W takim razie, może powierzycie ten miecz mi? – zaproponował. Miał nadzieję, że poważanie, jakim cieszyli się Odźwierni wystarczy, by zażegnać rodzący się konflikt. Krasnolud w istocie skinął głową na znak, że się zgadza.

– Jest to dopuszczalne, ale nie wolno ci pod żadnym pozorem przekazać broni elfowi. Odpowiada ci to elfie?

Inadan w ponurym milczeniu skinął głową.

– Moglibyście trochę uprzejmiej traktować swoich gości – mruknął, a pan Anderson w duchu przyznał mu rację. Nie podobało mu się, że mówiono do niego na „ty”.

O dziwo, na tę uwagę strażnicy wybuchnęli śmiechem.

– Nie należy oczekiwać zbyt wiele od prostych żołnierzy – odparł krępy krasnolud. Po czym, wciąż chichocząc, wprowadził gości do Dhal vo Zairydhe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s