Keanther – Rozdział VII

Rozdział VII

w którym mówi się o historii Keantheru

Dzień był wietrzny, po niebie przetaczały się stalowe chmury. Około południa zaczęło siąpić. Podróżnicy znajdowali się wtedy, według Khirka, już w połowie drogi. Rozmowa urwała się jakiś czas wcześniej. Pan Anderson, zatopiony we własnych myślach, nie starał się jej podtrzymywać, chociaż mógł poprosić towarzyszy o wyjaśnienie mu pewnych kwestii, których nie rozumiał. A było ich wiele.

Przede wszystkim Odźwierny pragnął dowiedzieć się więcej o Keantherze – kraju, po którego terytorium podróżowali. Miał także kilka bardziej szczegółowych pytań dotyczących swojej roli w tym świecie, a także pragnął dowiedzieć się więcej o swoich towarzyszach i o ich pozycji w keatntheryjskiej hierarchii. O niektóre z tych rzeczy nie wypadało jednak pytać, a nie chciał także wyjść na kompletnego ignoranta (choć miał pełne prawo nim być). Przeczuwając jednak, że w przyszłości niekoniecznie może znaleźć się czas na wyjaśnienia, a także ktoś, kto mu ich udzieli, uznał w końcu, że powinien wykorzystać nadarzającą się okazję. Nie miał jednak pojęcia, od czego powinien zacząć. Rzucił okiem na Khirka. Jego wyraz twarzy raczej nie zachęcał do zadawania pytań. Inadan z kolei uśmiechał się swoim nieprzeniknionym uśmiechem i wyglądało na to, że nic go nie obchodzi. Pan Anderson zorientował się, że nie odważy się zadać żadnego pytania.

– Czy chciałby pan może coś powiedzieć? – zapytał znienacka Inadan. Pan Anderson, zdziwiony, drgnął i spojrzał na niego z irytacją. Ten elf wiedział po prostu wszystko (i przy tym sam bezwstydnie łamał porozumienie, które jakiś czas temu zaproponował). Pomijając jednak to wszystko, Odźwierny poczuł się nieco lepiej, słysząc swoje nazwisko wymawiane z szacunkiem.

– W zasadzie tak – odparł pan Anderson, ważąc każde słowo – Nie wiem tylko, jak ubrać to we właściwe słowa…

– Wal prosto z mostu, chłopcze – wtrącił Khirk, łypiąc na niego znacząco – Nie pozwól zelfić się temu paniczykowi.

Inadan spojrzał na krasnoluda z niesmakiem. Pan Anderson natomiast poczuł do niego sporą dozę sympatii. Nie był jednak skłonny tego na razie okazywać.

– Tak po prawdzie, to chciałbym zapytać o wiele rzeczy – przyznał – Ale na obecną chwilę wystarczy mi, jeśli dowiem się czegoś więcej o Keantherze. W końcu, nie wypada mi jako Odźwiernemu popełniać już takich gaf, jak…

Zawiesił głos. Elf skinął głową z aprobatą, a krasnolud wzruszył ramionami. Anthony uznał, że obaj się z nim zgadzają.

– Od czego więc powinniśmy zacząć? – zapytał na poły siebie, na poły towarzyszy Inadan.

– Może od wyjaśnienia, jak mogło dojść do tego, że obaj jesteście obywatelami jednego państwa? – podpowiedział Odźwierny. Towarzysze zwrócili na niego zdziwione spojrzenia.

– Chodzi mi o to, że… – pan Anderson pośpieszył z wyjaśnieniami – Nie ma chyba zbyt wielu elficko-krasnoludzkich królestw?

– O ile mi wiadomo, jest tylko jedno – odparł Inadan.

– Nie nazwałbym też Keantheru królestwem.  Nie mamy króla – dodał Khirk.

– Jeżeli nie królestwem, to czym jest? – wtrącił się Odźwierny. Elf i krasnolud, jak jeden mąż, obaj wzruszyli ramionami. „Nagle zaczęli się całkiem nieźle dogadywać” – zauważył z przekąsem pan Anderson.

– Słuchaj, chłopcze, to wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić – próbował uratować sytuację Khirk.

– Najlepiej będzie, jeśli najpierw opowiemy panu o samym Keantherze – powiedział stanowczo Inadan – Łatwiej jest zrozumieć zasady rządzące naszym społeczeństwem, znając kontekst historyczny.

Khirk pokiwał głową w milczeniu. Najwyraźniej nie zamierzał zabierać już głosu.

– Przede wszystkim, określanie Kenatheru mianem „państwa” jest nie do końca właściwe, a ściślej rzecz ujmując, nie przyjęło się w naszym kraju. My mówimy raczej „Ylle’adh”.

– To znaczy „Władza Kręgu” – wtrącił krasnolud.

– Tak jest. Oznacza to, że w Keantherze władzę sprawuje organ zwany Kręgiem, czyli „Ylle”…

– W takim razie, jest to swego rodzaju Republika – przerwał mu pan Anderson – Ale skoro mówimy już o nazwach, co oznacza „Keanther”?

– Trudno przetłumaczyć to na Wspólną Mowę, czyli język Odźwiernych. Wydaje mi się, że najwłaściwszym słowem jest „Centrum”.

– „Centrum”? Co przez to rozumiecie? – dopytywał się Anthony.

– To tylko umowna nazwa – Inadan machnął ręką – Zrozumie ją pan lepiej, gdy pozna pan historię założenia Keantheru, choćby w ogólnym zarysie.

– Wcześniej powinniśmy chyba wspomnieć także o językach – dodał Khirk – Nasz nowy Odźwierny może dziwić się temu, że w ogóle nas rozumie.

W rzeczywistości, pan Anderson przyjął ten fakt jako oczywisty i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że być może wcale taki nie jest. W tym świecie, przynajmniej teoretycznie, powinny wykształcić się inne języki niż angielski.

– Znów masz rację, panie krasnoludzie! – roześmiał się Inadan – Twoja spostrzegawczość jest dla mnie nieoceniona pomocą.

Z jakiegoś powodu te słowa nie zabrzmiały jako komplement. Ale być może, jak uznał pan Anderson, on i Khirk byli już nieco przewrażliwieni na tym punkcie. Krasnolud ograniczył się do obrzucenia elfa złowrogim spojrzeniem.

– Nawiązując do właśnie poruszonej kwestii… – ciągnął Inadan, nie zwracając większej uwagi na Khirka – Rdzennymi językami w tym świecie są tylko język elfów (Nasalandel) oraz język krasnoludów (Tharzend), których używa się na Kontynencie. Na Keantherze oprócz tego obowiązuje także Keantherian. Natomiast Wspólna Mowa pojawiła się wraz z przybyciem do tego świata Odźwiernych, ponieważ jest to język, którym w waszym świecie posługuje się ogół ludności.

– Można tak powiedzieć – zgodził się pan Anderson, chociaż pomyślał, że jest to mocno naciągane stwierdzenie. Angielski stał się językiem międzynarodowym stosunkowo niedawno. Kiedy w takim razie pojawili się pierwsi Odźwierni? Może wcześniej „Wspólna Mową” była łacina albo francuski?

Nie zastanawiał się jednak już nad tym fenomenem, gdyż Inadan przeszedł wreszcie do meritum.

– Wracając jednak do naszej historii, kolonizacja Kenatheru rozpoczęła się mniej więcej w połowie III Okresu od zasiedlenia Kontynentu. Obecnie mamy Okres V…. Mówiąc Kontynent, mam na myśli…

– Europę, tak? – wszedł mu w słowo pan Anderson. Elf wzruszył ramionami.

– Możliwe. Jeżeli tak brzmi jego nazwa w waszym świecie. Przynajmniej mam nadzieję, że mówimy o tym samym kontynencie.

– Tym najbliższym, na południowy-wschód od wyspy, tak? – dopytywał Anthony.

– Tak, właśnie tym – zgodził się rozbawiony elf – Wróćmy jednak do kolonizacji Keantheru. W Okresie III większa część Kontynentu ogarnięta była wojną. Walki toczyli elfowie z krasnoludami, ale także same rody krasnoludzkie ze sobą wojowały…

– Zapamiętaj sobie chłopcze, że elf nigdy nie zabiłby pobratymca – wtrącił Khirk, rzucając Inadanowi nieprzeniknione spojrzenie – Dziwny to dla nas obuczaj i nie utrzymałby się między przedstawicielami naszej rasy.

Inadan tylko skinął głową na potwierdzenie tej informacji. Wyjątkowo nie odezwał się ani słowem. Patrzył gdzieś ponad głowami towarzyszy, a w jego wzroku pan Anderson przysiągłby, że zobaczył smutek. Zdawało się, że błądzi myślami gdzieś daleko i przez długi czas się już nie odezwał. Opowiadanie kontynuował więc krasnolud.

– W końcu uznano, że już zbyt dużo krwi zostało przelane i pierwsze statki opuściły Kontynent w poszukiwaniu schronienia. Początkowo uciekali tylko elfowie. Nasza rasa ma…hm, wstręt do wody. Potem jednak, gdy sprawa pogorszyła się jeszcze, zamiast poprawić, uciekali nawet krasnoludowie. Mieszkańcy Wschodnich Kresów Kontynentu uciekali na wschód, a ci mieszkający na zachodzie dalej w tymże kierunku. O tych podróżnikach niewiele wiemy. Krążą opowieści, że odkryli nowy ląd, większość jednak zaginęła bez wieści. Żaden posłaniec nie poinformował nas, co się z nimi stało.

– Morze nie toleruje intruzów. Jego gniew jest straszliwy – wyszeptał Inadan. Pan Anderson i Khirk spojrzeli na niego z ciekawością, zdziwieni jego niespodziewanym wtrąceniem się do rozmowy.

– Aha, czyli odzyskałeś już mowę, elfie – burknął krasnolud, siląc się na obojętność – Może w takim razie zakończyłbyś naszą opowieść? Mówiłem już, że nie znoszę gawędziarstwa.

– A mi się wydaje, że całkiem zgrabnie ci to wychodzi – uśmiechnął się Inadan w odpowiedzi. Wyglądało na to, że ocknął się już z zadumy –  Do końca zresztą, jest jeszcze dosyć daleko, panie krasnoludzie.

Khirk mruknął coś niewyraźnego, ale poza tym milczał, wpatrując się wyczekująco w elfa.

– Rozumiem więc, że w obliczu tak wielkiego odpływu uciekinierów z Kontynentu, ktoś w końcu musiał trafić na te wyspy? – naprowadził rozmowę na właściwy tor pan Anderson, zapobiegając kolejnym docinkom ze strony Inadana.

– Znów, chociaż pański tok rozumowania jest logiczny, muszę powiedzieć: nie. Nie do końca – odparł elf z uprzejmym uśmiechem – W tamtym czasie Keanther czy też jak go nazywano Wyspy Przesilenia. zamieszkiwały jedynie pomniejsze magiczne istoty, jak wróżki, chochliki czy trolle… W zasadzie każda z tego typu znanych w waszym świecie baśniowych opowieści ma tu swoje przedstawicielstwo.

– Chwilkę, – przerwał mu Odźwierny, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia – Wszystkie te stworki naprawdę istnieją w waszym świecie? W takim razie, dlaczego ich nie widziałem ani razy odkąd tu jestem?

– Być może wciąż nie jest pan wystarczająco spostrzegawczy – odparł zdawkowo Inadan. Odźwierny spojrzał na niego nieżyczliwym wzrokiem, ale nie drążył już tego tematu.

– Wracając do historii kolonizacji… Położenie Keantheru i otaczających go wysp znane było mieszkańcom Kontynentu już wieki przed początkiem Okresu III, a elficcy żeglarze nieraz zapuszczali się w tamte strony. Jednak uznano, że nie należy niepokoić rdzennych mieszkańców wysp, obawiano się także wybuchu wojen, które objęłyby swoim zasięgiem również Wyspy Przesilenia. Potrzebny był naprawdę silny bodziec, by skłonić mieszkańców Kontynentu do podjęcia takiego ryzyka. Wreszcie kapitan pewnego statku, zwanego „Pieśń Morza”, podjął decyzję i wraz z załogą uchodźców z krajów najbardziej ogarniętych wojną wyruszył na wyspy z desperackim zamiarem próby osiedlenia się na terytorium późniejszego Keantheru i pokojowego współżycia z jego mieszkańcami. Dość dodać, że wbrew wszelkim obawom udało się to. Została utworzona kolonia, która przyjęła jeszcze kilkaset innych uciekinierów. Poza tym jednak, istnienie tej społeczności starano się utrzymać w tajemnicy, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Powoli zresztą wygasały wojny na Kontynencie i coraz więcej efów decydowało się na pozostanie i podjęcie próby odbudowy wyniszczonych miast i królestw. Elfowie koloniści w Keantherze mogli żyć przez jakiś czas w spokoju, organizując swoją społeczność i przystosowując ją do współżycia z innymi stworzeniami. Sytuację na wyspach zmieniło dopiero odkrycie analogicznej kolonii krasnoludzkiej, która znajdowała się na północno-wschodnim brzegu.

W tym momencie Inadan przerwał na chwilę opowiadanie i zapadła znacząca cisza. Pan Anderson rzucił zaciekawione spojrzenie Khirkowi, który z kolei łypnął na niego spod wpółprzymkniętych powiek.

– Jak już mówiłem, nie lubimy wody ani łodzi – mruknął, a w jego oczach pojawił się błysk determinacji – Ale kiedy pojawia się taka potrzeba, potrafimy przezwyciężyć swoją… niechęć.

– Na szczęście, tym razem nasi krasnoludzcy przyjaciele zachowali się nadzwyczaj rozważnie i dosyć ostrożnie obchodzili się z wyspiarzami. W każdej chwili mogło jednak zaiskrzyć, zwłaszcza, gdy okazało się, że obie nasze rasy próbują zbudować nową cywilizację na tym samym obszarze. Jak pan już zapewne zauważył, niełatwo przychodzi nam porozumiewanie się. Nie mieliśmy jednak wyboru. Ani elfowie, ani krasnoludy nie zamierzali odstąpić tego kawałka ziemi, na którym się zadomowili. Utworzenie dwóch odrębnych państw, których sprzeczne interesy mogły kiedyś doprowadzić do konfliktu, było zbyt ryzykowne. Obie strony uciekły na Keanther właśnie przed wojną. Zostaliśmy więc zmuszeni do podjęcia próby stworzenia symbiotycznego organizmu państwowego, w którym elfowie współpracowaliby z krasnoludami, a przy tym zachowana zostałaby harmonia życia rdzennych mieszkańców Keantheru.  Teraz widzi pan, że pomimo tego, jak bardzo niemożliwym wydawało się nam zrealizowanie tamtego pomysłu, Keanther powstał jako odrębne państwo i przetrwał dwa Okresy od swojego założenia. Szczególnych problemów przysporzyła nam organizacja hierarchii władzy, gdyż mieliśmy różne wizje dotyczące ustroju. Przyzna pan, że monarchia w tym przypadku była najgorszym możliwym rozwiązaniem. Powołano więc Krąg – początkowo zwany Ile po elficku lub Yrd po krasnoludzku. W jego skład wchodzą przedstawiciele siedmiu krasnoludzkich rodów i… siedmiu elfickich domów. Terytorium późniejszego Ylle’adhy podzielono dodatkowo na siedem prowincji zwanych marchiami, rządzonych przez Pomniejsze Kręgi, których członków wybierali ich mieszkańcy, a skład zatwierdzał Krąg Główny. Rozwiązanie to okazało się trwałe. Z czasem wykształcił się język Keantheryjski, zwany Keantherian, będący syntezą elfickiego i krasnoludzkiego. Odtąd Krąg zwano „Ylle”, a jego członkółw „Yllian”. Marchia zaś to „Thaial”. Tak powstał „Ylle’adh”.

Oczywiście nie znaczy to, że Keanther nie borykał się z żadnymi poważniejszymi problemami, także wewnętrznymi, myślę jednak, że to specyfika warunków w jakich powstał, a także wspólne interesy jego mieszkańców zapewniły mu przetrwanie.

– Muszę przyznać, że Keanther faktycznie wydaje się być szczególnym przypadkiem – podsumował Odźwierny – Chociaż te wszystkie lata, co także obecnie obserwuję, nie do końca zbliżyły do siebie elfów i krasnoludów.

– Nie oczekuj od nas zbyt wiele, chłopcze. Taka już nasza natura – odparł krasnolud – Od rozwiązywania naszych małych konfliktów są Odźwierni i Krąg.

– Poza tym, zazwyczaj nie wygląda to tak źle – dodał Inadan – Tylko nasz przypadek jest… szczególny.

– Stara znajomość – Khirk rzucił elfowi szybkie spojrzenie. Pan Anderson nie czuł się przekonany, ale i tym razem swój sceptycyzm zachował dla siebie.

– Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego „Centrum” – powiedział w końcu.

– Och, to tylko symbol – Inadan machnął ręką – Chodzi o to, że terytorium Keantheru zamieszkują wspólnie dwie główne rasy tego świata oraz pomniejsze stworzenia magiczne. W pewnym sensie można wiec tu mówić o jakimś „centrum”.

Anthony uznał to za trochę naciągane. Poza tym denerwował go ten podział na „główne” i „pomniejsze” istoty fantastyczne. Wydawał mu się zbyt ludzki. Prawdopodobnie to dlatego, że ten świat jest swoistym realnym obliczem wyobraźni człowieka. Przynajmniej on tak to rozumiał. Poza tym zaś, czuł się raczej zadowolony wyjaśnieniami towarzyszy.

W godzinach popołudniowych kompania zatrzymała się na krótki posiłek. Prowiant przygotowany przez Khirka okazał się zjadliwy, ale przecież pochodził z zapasów pana Andersona. Odźwierny tymczasem porządkował nowo nabyte informacje, ale jedna rzecz nie dawała mu spokoju. W końcu nie wytrzymał.

– Iloma językami mówią mieszkańcy Keantheru? – rzucił z niewinnym wyrazem twarzy, choć widać było, że długo się nad tym zastanawiał. Elf i krasnolud spojrzeli po sobie.

– Przeciętny krasnolud mówi Wspólną Mową, Keantheriane, i Thrandem, rzadziej Nasalendelem – wyjaśnił Inadan – Natomiast elf zazwyczaj włada wszystkimi tymi językami.

Oczy Odźwiernego przybrały kształt i wielkość spodków.]

– Przeciętny…? Pięć języków? – jęknął z niedowierzaniem. Krasnolud wyszczerzył zęby w odpowiedzi.

– Widzisz, chłopcze, mamy o wiele więcej czasu na naukę takich rzeczy niż wy, ludzie.

– Na tyle dużo, by nawet krasnolud zdołał opanować te języki – usłużnie dopowiedział elf. Pomiędzy nim a Khirkiem ponownie nastąpiła wymiana docinków. Pan Anderson, w ciężkim szoku, myślał, że sam zna najwyżej dwa obce języki, których przez całe swoje życie nie dał rady nauczyć się w stopniu go zadowalającym. Pocieszał się tylko ponurą satysfakcją, że Inadan, nie ważne jak bardzo wygadany, z pewnością znał mniej języków niż Tolkien.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s