Keanther – Rozdział VI

Rozdział VI

w którym pewne istotne sprawy zostają wyjaśnione

Niewiele brakowało, a pan Anderson nie zażyłby nawet chwili bezsennego odpoczynku. Głęboko zaniepokojony stanem chorego krewnego krasnolud chciał wyruszyć natychmiast, tak jak stali. Dopiero coraz lepsza perswazja Odźwiernego zdołała przekonać go do odłożenia podróży o kilka godzin. Koronnym argumentem okazał się prowiant, za którego przygotowanie Khirk wziął się natychmiast po dotknięciu tego tematu przez pana Andersona. Za nim do kuchni podążył Inadan, na dyskretną prośbę Odźwiernego, który obawiał się stanu, w jakim mógłby ją znaleźć po urzędowaniu w niej nieokrzesanego krasnoluda. Sam udał się do salonu, uprzedziwszy towarzyszy, że zamierza zażyć nieco odpoczynku. Bez względu na to, jak młody czuł się jeszcze kilkanaście minut temu, odnajdując się w nowej roli Odźwiernego-rozjemcy, jego ciało protestowało już przeciwko nieprzespanej nocy, przypominając mu o jego sędziwym, mimo wszytko, wieku. W końcu pan Anderson zmuszony był poddać się zmęczeniu i ledwie znalazł się w pokoju (niby tym samym, a jednak jakimś innym), padł na sofę, zapadając w kamienny sen.

Gdy go obudzono, szare światło świtu wpadało już przez okna. Nad nim stał Inadan, szeroko uśmiechnięty i świeży, jakby przespał całą noc. Niezmiernie zirytowało to pana Andersona, który znowuż czuł się ekstremalnie niewyspany, przemęczony i przybity. Zdecydowanie wiek dawał mu się we znaki.

– Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli sam pana obudzę, niż gdyby miał tu wpaść ten nieco nazbyt żywotny krasnolud – wyjaśnił elf i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Anthony zignorował zwyczajową ironię i złośliwości względem Khirka, które naturalną koleją rzeczy znalazły się w wypowiedzi Inadana i podziękował mu. Nie miał innego wyboru, jak wyrazić wdzięczność w stosunku do przemyślnego elfa, który ocalił go przed jeszcze większym bólem głowy (a może nawet zawałem serca). Przez to jednak, dziwnym zrządzeniem losu, jego sympatia dla Inadana zmalała do niemal niewyczuwalnego rozmiaru.

Odźwierny nie potrzebował wiele czasu, by przygotować się do drogi. Z niewielkim tobołkiem na ramieniu stanął w korytarzu, gdzie czekali na niego towarzysze. Nie mógł się jednak zdobyć na opuszczenie domu, do którego tak niedawno się wprowadził (nawet jeśli miała być to, przynajmniej w zamierzeniu, krótka podróż, mówiąc po hobbicku, „tak i z powrotem”). W świetle dnia pan Anderson mógł wreszcie z pewnością stwierdzić, że pewne szczegóły umeblowania faktycznie zmieniły się w jego siedzibie. W hallu brakowało kontaktu. Najbardziej zmienił się wystrój kuchni, który obecnie był iście spartański (a wręcz średniowieczny). Bezskutecznie łamiąc sobie głowę nad tą zagadką, Anthony nagle myślami wrócił do sprawy zniknięcia książki, o której zdołał już zapomnieć. A przecież, jak się wydawało, była ona, jeśli nie głównym sprawcą ostatnich tajemniczych wydarzeń, to przynajmniej miała z nimi jakiś związek.

Rozważywszy to wszystko, pan Anderson postanowił jeszcze raz rozejrzeć się po bibliotece, w nadziei, że światło dzienne pozwoli mu jednoznacznie stwierdzić, czy książka faktycznie zniknęła, tak jak inne sprzęty (te najdroższe) w domu na klifie.

Anthony przeprosił na chwilę Khirka i Inadana i udał się na oględziny. Starał się dokonać ich jak najszybciej, widząc zniecierpliwienie towarzyszy, wkrótce jednak stało się dla niego jasne, że nawet staranne przetrząśnięcie pokoju niewiele by dało. Nie znalazł książki w żadnym prawdopodobnym miejscu, nie przypominał sobie też, by odkładał ją na jeden z regałów. Dopuszczał możliwość, że mógł to zrobić jeden z jego gości, zawołał więc elfa i krasnoluda i wypytał ich o to. Żaden z nich jednak nie widział rzeczonej książki na oczy. Wyglądało na to, że Odźwierny będzie zmuszony, przynajmniej doraźnie, pozostawić tę zagadkę bez rozwiązania.

Niespodziewanie nieco światła na tę sprawę rzucił Inadan, ale dopiero, gdy opuścili już dom na klifie. Widząc, jak bardzo ta kwestia zaprzątała Odźwiernego (który bardzo nie lubił, kiedy jego książki znikały) zainteresował się, czy rzeczona książka ma faktycznie tak duże znaczenie dla niego. Po krótkim wahaniu, pan Anderson zdecydował się opowiedzieć towarzyszom całą historię, począwszy od przeprowadzki do Kornwalii. Zarówno elf, jak i krasnolud słuchali z ciekawością, choć widać było, że pewne nazewnictwo jest dla nich niejasne. Gdy pan Anderson skończył swoją opowieść, zapadła cisza. Po chwili namysłu przerwał ją Inadan.

– Wydaje mi się, że mogę znać rozwiązanie przynajmniej kilku z pańskich zagadek – powiedział powoli, a gdy pan Anderson i Khirk zwrócili na niego zaintrygowane spojrzenia, uniósł ręce w obronnym geście i roześmiał się – Możliwe jednak, że się mylę. Niewiele mi wiadomo o sprawach Odźwiernych (mało kto może się zresztą pochwalić taką wiedzą!), ale byłem w dość przyjacielskich stosunkach z kilkoma pańskimi poprzednikami, panie Anderson i….

– Ja też czasami wstępowałem do Starego Johna na pogawędkę – wtrącił się krasnolud – A choćby mnie kto na tortury wziął, nie mam pojęcia, co mogło spowodować zniknięcie jakiegoś czytadła!

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął Inadan, po czym dodał już głośniej – A gdybym powiedział, że to może mieć związek z kluczem…?

– Kluczem? – Khirk zmarszczył brwi w namyśle. W jego oczach nagle pojawił się błysk zrozumienia – Tak…. To faktycznie mogłoby być to.

– Jakim znowu kluczem? – zapytał niespokojnie pan Anderson, który bardzo nie lubił czuć się wykluczonym z rozmowy.

– Myślę, że zanim to wyjaśnimy, powinniśmy pomóc panu choć trochę w zrozumieniu sytuacji, w której się pan znalazł – odparł Inadan – Podejrzewam, że pańska wiedza na temat roli Odźwiernego w tym świecie jest, delikatnie mówiąc, niewielka.

– Można tak powiedzieć – przyznał pan Anderson, po czym nagle zdał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę znaczyły słowa elfa – Świecie? – zapytał nerwowo niemal piskliwym głosem – Co ma pan przez to na myśli?

– Wielkie nieba, chłopcze! – huknął krasnolud – Nie mówi mi, że jeszcze się nie zorientowałeś!

Pan Anderson spojrzał na niego z irytacją. Jakby normalnemu człowiekowi mogło coś takiego przejść przez myśl! Co prawda, Anthony w pewnym momencie podejrzewał, że cała sytuacja może mieć takie wyjaśnienie, ale będąc szczerym, musiał przyznać, że po tych wszystkich książkach, które przeczytał, fakt, że jego myśli biegły takim torem nie musiał nic znaczyć. Jednak, mimo ze już wcześniej rozważał taką możliwość, prawda wywarła na nim większe wrażenie, niż się spodziewał. Najbardziej zmartwił go fakt, że w takim razie nie ma pojęcia, jak mógłby wrócić do swojego świata (tym bardziej, że książka, będąca podobno kluczem zapadła się pod ziemię). Oczywiście, słyszał o koncepcji wieloświata, a nawet czytywał książki, w których odgrywała ona niepoślednią rolę, nie sądził jednak…

Jego towarzysze widocznie zauważyli jego przerażenie, gdyż na ich twarzach widział niepewność.

– Rozumiem więc, że znalazłem się… w innym świecie? – upewnił się w końcu Odźwierny, blady jak ściana – Równoległym świecie, czy jakkolwiek się to nazywa…

– Nie, jest pan w błędzie – odparł stanowczo Inadan ku zdziwieniu Anthony’ego – Nie można nazwać tego równoległym światem.

– Własnie dlatego Odźwierni są wtajemniczani przez swoich poprzedników zanim tu przybędą – wtrącił Khirk – By uniknąć takich nieporozumień!

– Świat, w którym się pan znalazł, panie Anderson, istnieje z powodu ludzi – wyjaśnił elf – Można powiedzieć, że jest swoistą częścią stworzenia świata, jego niezbędną składową.

– Stworzenia świata? – zapytał skołowany pan Anderson – Takiego biblijnego? Co ma pan przez to na myśli?

– Dokładnie to, co powiedziałem – odparł rozbawiony Inadan – Świat, w którym się pan znalazł, to, w dużym uproszczeniu, ludzka wyobraźnia lub też jej fantastyczna część. Ze swojej natury nie jest zamieszkany przez waszą rasę, a przez to wszystko, czemu człowiek dał „życie”, jednak w niepełnym jego wymiarze. Ci z was, którzy tu przybywają to jedynie Odźwierni oraz ludzie przez nich przyprowadzeni. To jest drugie zadanie Odźwiernych – wyjawiacie tajemnicę tego świata tym, którzy, według waszego uznania, tego potrzebują. Niestety, ponad to, niewiele wiem na ten temat. Czy jak dotąd jest to dla pana zrozumiałe?

Anthony powoli skinął głową.

– Niech pan mnie uważnie posłucha – kontynuował elf – Wszystko to, co panu powiedziałem, można wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Ten świat istnieje przez ludzi i dla ludzi. Bez nich znika powód jego istnienia. To trochę tak jak dzieło, które traci twórcę i nie ma już nikogo, kto by go używał. Każdy mieszkaniec tego świata zdaje sobie z tego sprawę, jednak niespecjalnie wpływa to na nasze życie. To trochę tak jak wiedza o tym, że powietrze jest potrzebne do życia. Nie zwraca się na to uwagi, dopóki powietrza nie zabraknie.

– W porządku, myślę, że niewiele mam już pytań w tej kwestii – podsumował, starając się brzmieć pewnie, co nie było łatwe – Fakty są takie – trafiłem do świata, który jest ludzką wyobraźnią (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Dlaczego właśnie ja? Wie chyba tylko sam Bóg. Jednym z moich zadań jest urządzanie ludziom specjalnych fantastycznych terapii…? (Jesteście panowie pewni, że to nie jest sen, a panowie to tylko mary wyśnione przez mój starczy umysł?) Innym, jak już się zdążyłem zorientować, rozstrzyganie konfliktów i spraw mieszkańców waszego świata (co niniejszym czynię). To wszystko?

– W największym skrócie? Tak – roześmiał się elf – Być może brzmi to skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest bardzo proste.

– Trochę tak, jakbym znalazł się w książce? – podsunął pan Anderson.

– To byłby już…bardzo duży skrót. Ale jeśli takie wytłumaczenie sprawia, że czuje pan się lepiej…

– Wracamy więc do punktu wyjścia, a mianowicie zniknięcia mojej książki. Czy mógłby mi pan teraz to wyjaśnić?

Inadan spojrzał znacząco na Khirka, który o odpowiedzi burknął coś i pokręcił stanowczo głową.

– Nie jestem dobry w takim bajdurzeniu – mruknął.

– No nic, w takim razie ja będę bajdurzył. Klucz to coś, co pozwala Odźwiernemu podróżować między naszymi dwoma światami. W każdym z nich Kluczem jest inna rzecz. Istnieje ona tylko w świecie, do którego należy. Innymi słowy, książka wcale nie zniknęła. Tak naprawdę, to pan zniknął.

Odźwierny skinął głową na znak, że zrozumiał. Zrobiło mu się jakoś nieswojo, gdy uświadomił sobie fakt swojego „zniknienia”. Rozmowa urwała się. Podróżowali przez puste wrzosowiska. Pan Anderson starał się przyswoić sobie wszystkie nowe informacje. Słowa elfa wyjaśniały także, dlaczego pewne sprzęty zniknęły z jego domu. Odźwierny po prostu znalazł się w miejscu, w którym rzeczy typu lodówka czy telewizor nie miały racji bytu. W każdym razie, ulżyło mu, że istniało mniej racjonalne wyjaśnienie, niż to, ze ktoś go po prostu okradł.

Choć jednak większość spraw wyklarowała się (w jakimś stopniu), była jeszcze jedna kwestia, która nurtowała Anthony’ego.

– Czym jest Keanther? – zapytał nagle, ściągając na siebie spojrzenia towarzyszy. – Mam na myśli, jest to miejsce, w którym obecnie się znajdujemy, prawda? To nazwa waszego świata czy coś w tym rodzaju?

– Keanther to nazwa wyspy – odezwał się dotąd milczący Khirk.

– A także nazwa kraju – dodał Inadan.

„Wyspy” – zapytał sam siebie pan Anderson. Wielka Brytania, na której terenie do niedawna się znajdował, także była wyspą. Ponownie widząc zdziwienie na twarzy Odźwiernego, elf pośpieszył z wyjaśnieniami.

– Widzi pan, panie Anderson, nasz świat jest w dużej mierze podobny do waszego. Mam na myśli układ kontynentów i strukturę geograficzną w ogólnym zarysie. W miejscy więc, w którym w waszym świecie znajduje się pański kraj, w tym świecie jest to terytorium Keantheru.

– Czyli państwo jesteście… – zaczął pan Anderson, ale krasnolud przerwał mu:

– Na mój topór, przestańże chłopcze posługiwać się tymi głupawymi formułkami! Zaczyna mnie to irytować.

Anthony speszył się. Z wahaniem spojrzał na Inadana. Nie miał nic przeciwko przejściu na „ty” z krasnoludem, zwłaszcza o tak „swobodnych” obyczajach, jednak sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku tego elfa, w którego towarzystwie czuł się i tak nieokrzesanym prostakiem.

Inadan odpowiedział mu nieprzeniknionym spojrzeniem, po czym roześmiał się niespodziewanie.

– Doskonale rozumiem, że dla ciebie, panie krasnoludzie, konwenanse znaczą niewiele, ale wydaje mi się, ze nasz nowy Odźwierny może mieć na ten temat inne zdanie. Jak więc rozwiążemy ten konflikt przekonań?

Powiódł rozbawionym wzrokiem po twarzach towarzyszy.

Pan Anderson skrzywił się nieznacznie. Ten elf po prostu nie mógł darować sobie żadnej okazji do subtelnych drwin, z których każda trafiała prostu w sedno. Mówiąc szczerze, Anthony nie miał najmniejszego pojęcia, jak znaleźć rozwiązanie zaistniałego problemu – takie, które usatysfakcjonowałoby wszystkich (a przede wszystkim jego). Toteż milczał. Naturalną koleją rzeczy, nic nie odpowiedział na to także krasnolud, który, powiedziawszy, co miał do powiedzenia, nie ingerował więcej w rozmowę. Do Inadana w końcu dotarło, że oczekuje się od niego kontynuowania rozpoczętego wątku. Zapatrzył się w niebo ukryte pod stalowoszarymi chmurami i po chwili namysłu powiedział.

– Ponieważ, przez przypadek co prawda, ale staliśmy się towarzyszami, sądzę, że formalne zwracanie się do siebie nie ma większego sensu, skoro już niedługo wszyscy będziemy jednakowo przypominać obdartych wędrowców (jedni w większym, drudzy w mniejszym stopniu). Prosiłbym jednak o wyrozumiałość, gdyż jetem przyzwyczajony do konwenansów i mogę mieć z tym trudności.

Uśmiechnął się przepraszająco. „Zdumiewające!” – pomyślał niemal z nienawiścią pan Anderson. „Jak uprzejmy i jak przebiegły przy tym potrafi być ten elf. Teraz ja muszę się męczyć ze zmianą moich zwyczajów (bo któryś z nas przecież musi!), tracąc przy tym na powadze mojej osoby, a on pozostanie przy swojej majestatycznie-naturalnej godności, tłumacząc się „pomyłkami”.”

Jednak, mimo swojego niezadowolenia, Odźwierny już nie oponował, przede wszystkim dlatego, że nie miał pojęcia, jakie lepsze rozwiązanie przedłożyć. Dlatego wrócił do swojego pytania, starając się sformułować je jak najostrożniej.

– Obaj jesteście więc obywatelami tego… Keantheru?

Oczekiwał gwałtownych protestów i oburzenia, szczególnie ze strony Khirka, na sam pomysł, że krasnolud i elf mieliby być obywatelami tego samego państwa, jednak jego towarzysze tylko potwierdzili, kiwając głowami. Pan Anderson ze zdziwienia niemal złapał się za głowę. „Na wszystkie świętości!” – pomyślał. „Czy może w ogóle istnieć coś takiego jak państwo krasnoludzko-elfickie?”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s