Keanther – Rozdział V

Rozdział V

w którym nowy Odźwierny jest blisko rozwiązania swojej pierwszej sprawy

Patrząc na to z perspektywy czasu, pan Anderson musiał przyznać sam przed sobą, że rozegrał całą sprawę najlepiej jak mógł. Mimo to, po słowach Inadana rozpętała się taka burza, że nie mógł powstrzymać się przed zadawaniem sobie w kółko pytania: „Co zrobiłem źle?”. Zaczęło się od tego, że Khirk poczerwieniał cały na twarzy i nagle wybuchnął nietłumioną wściekłością:

– Trzymaj swój jadowity język za zębami, elfie! Nie masz żadnego powodu, by mnie oczerniać w ten sposób!

Na to Inadan odparł złowieszczo lodowatym tonem:

– Sugerujesz, że kłamię?

– Sugeruję, że łżesz jak pies!

W jednej chwili maska opanowania opadła z twarzy elfa, którego oczy roziskrzyły się jak dwa ogniki.

– Za kogo ty się masz, krasnoludzie, by posądzać o kłamstwa lepszych od siebie?

– Zobaczymy, czy tak samo będziesz śpiewał, gdy twoja głowa wyląduje na podłodze! – ryknął Khirk, dobywając toporka. Ręka Inadana powędrowała do miecza zawieszonego u pasa. Pan Anderson bezradnie przysłuchiwał się tej ostrej wymianie zdań, przerażony tym, że mogłoby dojść do rękoczynów w jego domu. Krasnolud i elf uważnie obserwowali siebie nawzajem, czekając, który pierwszy wykona jakiś nieostrożny ruch. Anthony czuł się benzadziejnie. Oczywiście, jego poprzednik, Stary John, miałby dość autorytetu, by ich teraz powstrzymać. Jednak on, nowy Odźwierny, był człowiekiem może i cierpliwym, ale, co teraz widział jak na dłoni, słabym i tchórzliwym. Przecież drżał ze strachu nawet pred własną gospodynią, której dawał sobą pomiatać! Gdy to sobie uświadomił, powoli narastająca w nim od jakiegoś czasu frustracja dała o sobie znać. Czyzby już zrobił się z niego zdziadziały starzec? A może faktycznie był tylko nieopierzonym młokosem, za jakiego zdawali się go brać Inadan i Khirk, którzy za nic mając jego obecność ponownie zaczęli obrzucać się inwektywami?

– Cisza!! – huknął w końcu, po tylu dniach wegetowania i tłamszenia w sobie wszelkiej irytacji, tracąc panowanie nad sobą. Może i nie był osławionym Starym Johnem ani nie dorównywał w latach elfom czy krasnoludom, ale tak czy siak musiał bronić autorytetu gatunku ludzkiego, a przy okazji także swojego.

O dziwo, ten wybuch pana Andersona przyniósł oczekiwany rezultat. Zarówno Inadan jak i Khirk stali w niemym zdziwieniu, wpatrując się w Odźwiernego, jakby widzieli go pierwszy raz w życiu. Satysfakcja, którą poczuł na widok ich zszokowanych twarzy, utwierdziła pana Andersona w przekonaniu, że postąpił właściwie. Przez chwilę napawał się poczuciem całkowitej kontroli nad sytuacją.

– Wybaczcie panowie, że podniosłem głos, ale wasze zachowanie zeszło poniżej poziomu lu…, chciałem powiedzieć, osób cywilizowanych, a zapewniano mnie, że takimi panowie jesteście.

Stopniowo Inadan i Khirk uspokoili się. W końcu elf ponownie usiadł w fotelu, a krasnolud zwrócił się do pana Andersona:

– Wybacz, szanowny panie Odźwierny, to uniesienie, jednak nie jestem w stanie znieść takiej zniewagi z czyjejkolwiek strony.

Pan Anderson mruknął coś niezrozumiałego i skinął głową. W rzeczy samej, przeprosiny krasnoluda, a zwłaszcza tytuł „szanowny pan Odźwierny” przypadły mu do gustu. Przyszło mu do głowy, że mógłby się przyzwyczaić do swojej nowej roli.

– Coś pan jednak ma przy sobie, prawda, panie Khirk? Czy mógłby nam pan powiedzieć, co to jest? – zapytał Anthony, patrząc znacząco na krasnoluda. Ten z kolei obdarzył elfa siedzącego w fotelu nieprzyjaznym spojrzeniem i widać było, że się waha. W końcu uznał, że nic się nie stanie, jeśli zdradzi ten akurat szczegół swojego zadania.

– Faktycznie, coś mam. To lekarstwo, które kupiłem na targu w stolicy. Jeden z moich krewnych ciężko zachorował i zostałem wysłany w poszukiwaniu odpowiedniego medykamentu – wyznał w końcu Khirk. Pan Anderson zmarszczył brwi. „Po co tyle ceregieli, by kupić jakieś ziółka?”, pomyślał, poważnie zastanawiając się, czy powinien brać opowieść krasnoluda za dobrą monetę. Khirk dostrzegł wyraz jego twarzy i dodał:

– Choroba, na którą zapadł mój krewny jest dosyć niespotykana. Bardzo trudno znaleźć na nią lek. Dlatego musiałem uciec się do… niekonwencjonalnych metod.

– Czarny rynek – mruknął pod nosem Inadan. Khirk spiorunował go spojrzeniem.

– Jak zwał, tak zwał. Ważny jest fakt, że nie nabyłem żadnej trucizny, tylko lekarstwo. Musisz mieć błędne informacje, elfie.

Inadan milczał. Teraz pan Anderson zwrócił się do niego.

– Dlaczego posądza pan Khirka o kłamstwo?

– Dlaczego miałbym mu ufać, że mówi prawdę? – odpowiedział pytaniem na pytanie Inadan. Oczywiście, było to pytanie retoryczne, ale pan Anderson nie mógł powstrzymać się od cichego komentarza:

– Nawet brak zaufania do kogoś nie upoważnia do zarzucania kłamstwa każdemu jego słowu.

Natomiast głośniej powiedział:

– Według mnie, sprawa wygląda następująco: wątpię, by Khirk kłamał. Jakby to ująć, jest na to… zbyt szczerą osobą (a wręcz prostolinijną). Myślę, że faktycznie wierzy, że to, co nabył, jest lekarstwem. Z drugiej strony, wydaje mi się też mało prawdopodobnym, by pan Inadan się mylił. Nie sądzę tak, podejrzewając pana o powiązania z czarnym rynkiem – pańska postawa temu dobitnie przeczy. Wygląda pan na osobę zbyt ważną na coś takiego…. A jednak nie najważniejszą. Najprawdopodobniej to pański zleceniodawca otrzymał wiadomość o pojawieniu się trucizny (jakim sposobem, w to już nie wnikam) w rękach nieuczciwych handlarzy. Biorąc pod uwagę jego prawdopodobną pozycję, wątpię, by były to informacje nieprawdziwe. Rozpatrując sprawę w tym kontekście, opowieść Khirka i pańskie zarzuty, panie Inadanie, nie wykluczają się nawzajem i wszystko nabiera sensu. Oczywiście, to tylko moje domysłu, a pan oceni, na ile są słuszne….

Pan Anderson zawiesił głos i znacząco powiódł wzrokiem po twarzach gości. Inadan zdążył już ponownie nałożyć swoją kamienną maskę, a Khirk, wciąż wzburzony, patrzył na Odźwiernego, jakby nie był pewny, czy ten nie żartuje.

– Muszę przyznać, że jest pan bystry, panie Anderson. Albo po prostu bardzo oczytany… – uśmiechnął się Inadan, patrząc przenikliwie na Odźwiernego – Z oczywistych powodów, nie powiem panu, które z pańskich przypuszczeń są prawdziwe, utrafił pan jednak niemalże w samo sedno. Jestem skłonny przyjąć na razie pańską opowieść za najbardziej wiarygodne wyjaśnienie ostatnich wypadków. Jeśli zaś historia krasnoluda okaże się prawdziwa po weryfikacji, mój, hm… zleceniodawca nie wyłoży przeciwko niemu żadnych zarzutów. Proszę tylko o przekazanie mi wiadomej rzeczy i zakończmy wreszcie tę sprawę.

W skrytości ducha Odźwierny odetchnął z ulgą raz i drugi. Nie tylko najwyraźniej udało mu się znaleźć wyjście z kłopotliwej sytuacji, ale i ocalił swój autorytet. Przy tym, był już całkiem dumny ze sposobu, w jaki doprowadził (jak mniemał) do zgody i jakiś cichy głos szeptał mu, że skoro raz już sobie poradził, to może…

Wyglądało na to, ze Khirk przez chwilę rozważał ewentualność przystania na propozycję Inadana, jednak niewiele dało się wyczytać z jego skrytej w cieniu twarzy. Gdy w końcu się odezwał, mówił nadzwyczaj spokojnie, tym większe wrażenie robiły wiec jego słowa.

– Mam więc z powodu domysłów jakiegoś elfickiego możnisia oddać jedyny ratunek, jaki został mojemu krewnemu i przyjacielowi?

– Jak już mówiłem… – zaczął pan Anderson, chcąc zaoponować, ale Khirk przerwał mu.

– Tak, tak, wiem nawet więcej na temat jego „zleceniodawcy” i jego informacji, niż ty, chłopcze. Nawet on jednak mógł się pomylić! Niekoniecznie zresztą powiedział Inadanowi prawdę!

Atmosfera w pomieszczeniu znowu zrobiła się napięta.

– Nic nie wiesz, krasoludzie! – syknął Inadan, wpatrując się w Khirka gniewnymi oczami.

Anthony ponownie poczuł, jak niepewność i strach zaciskają swoje kleszcze na jego sercu. Rozumiał, że Khirkowi trudno było porzucić ostatni promyk nadziei, jednak jego podejrzliwość mogła okazać się brzemienna w skutkach; Odźwierny musiał coś zrobić, by uratować sytuację i to natychmiast.

– W takim razie… – odezwał się ochrypłym głosem – W takim razie, powinniśmy sprawdzić działanie tego specyfiku. Na jakimś zwierzęciu czy…

Anthony nie musiał kończyć, by zdać sobie sprawę, że palnął jakieś głupstwo. Nie wiedział tylko jakie. Zarówno na twarzy Inadana, jak i Khirka, malowały się szok i wzburzenie.

– Na niebiosa, chłopcze – jęknął krasnolud – Może i faktycznie nie z własnej winy nie masz pojęcia o prawach rządzących w Keantherze, ale twoja ignorancja robi się niebezpieczna!

– Posłuchaj, panie Odźwierny – dodał Inadan, spokojniejszym tonem, w którym jednak wyczuwało się napięcie – Zapamiętaj, że nie wolno ci skrzywdzić żadnego zwierzęcia czy jakiejkolwiek istoty żywej w Keantherze. Nie mówię o elfach czy krasnoludach – jest to inna kwestia (co nie znaczy, że oni nie są chronieni prawem), ale o rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Wywołałbyś katastrofę, której rozmiarów nie jesteś w stanie sobie wyobrazić. Rozumiesz?

Pan Anderson przytaknął, chociaż w rzeczywistości nie do końca rozumiał, dlaczego tak ma być. Czuł się trochę jak skarcony uczeń. Bardziej niż to zajmowała go jednak kwestia nazwy obco dla niego brzmiącej, a zaakcentowanej przez obu jego gości. Czyżby tak nazywało się miejsce, w którym się znalazł? Keanther? Z drugiej strony, przecież wciąż znajdował się swoim domu (chociaż nagle pozbawionym niektórych sprzętów). Może było to jakieś elfickie określenie na Kornwalię?

Napięcie w pokoju powoli opadało, wciąż jednak było wyczuwalne. ‚Nietakt” pana Andersona na pewien czas odwrócił uwagę Inadana i Khirka od ich własnego sporu. Tę chwilę Odźwierny musiał jak najlepiej wykorzystać.

– Nie ufasz więc słowu pana Inadana, Khirk? – zwrócił się do krasnoluda Anthony. Ten drgnął jak oparzony na sam dźwięk słowa „zaufanie”.

– Oczywiście, że nie! On mojemu też nie ufał.

„Cóż za idiotyczny, a mimo to logiczny powód!” żachnął się pan Anderson w myślach. Na głos zaś powiedział:

– W takim razie, czy znasz kogoś, kto byłby w stanie poznać się na truciźnie, a komu ufasz?

Krasnolud zamyślił się. W końcu kiwnął głową.

– Tak, tak sądzę. W moim rodzie jest jedna taka osoba.

Inadan uśmiechnął się ze zrozumieniem, odgadując, do czego zmierza pan Anderson. Anthony poczuł nagłą irytację, przechwytując jego wszystkowiedzące spojrzenie. Ci elfowie zdecydowanie zbyt szybko kojarzyli fakty! Z drugiej strony, w tym przypadku nie było to takie trudne.

– Proponuję więc, byśmy udali się tam, gdzie ta osoba przebywa (oczywiście, jeżeli jest to wykonalne) i zasięgnęli jej rady. Gdy już uznasz się za przekonanego, panie krasnoludzie, myślę, że jakoś dojdziecie do porozumienia.

– Ależ to niedorzeczne! – wykrzyknął oburzony Khirk – Mam wprowadzać elfa ni stąd ni zowąd do mojej rodowej siedziby? Niedoczekanie, panie szpiczastouchy królewiczu!

– Musisz wiedzieć, panie Anderson, że choć w Keantherze krasnoludy i elfowie żyją obok siebie, to jednak każde z nas ma swoje sekrety i to drugie szanuje ten fakt – dodał elf, zerkając z ukosa na Khirka – Dzięki temu, a także dzięki innym czynnikom, uniknęliśmy jak dotąd wojny domowej.

„Coż to jest ten Keanther?!”, ponownie zapytał się w myślach pan Anderson, uznał jednak, że obecnie nie ma czasu na proszenie o wyjaśnienie takich rzeczy. Musiał kuć żelazo, póki gorące.

– Uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie – powiedział z naciskiem – Nie widzę innego.

– Dla mnie jest oczywiste, co powinniśmy zrobić, panie Odźwierny – odparł z paskudnym uśmiechem Inadan – Pan krasnolud po prostu wręczy mi tę truciznę albo sam mu ją zabiorę.

– Przestań nazywać to trucizną, pięknisiu! – zaperzył się Khirk.

– Nazywam tylko rzeczy po imieniu – zripostował Inadan.

– Wciąż uważam, że powinniśmy postąpić tak, jak powiedziałem – wtrącił zdecydowanie Odźwierny – Nie wiedzę, by panowie mieli jakiś lepszy pomysł. Z pewnością jesteś w stanie to tak rozegrać, Khirk, by nie zdradzić zbyt wiele z waszych cennych tajemnic. Nie wierzą zresztą, by w twojej siedzibie rodowej nigdy nie bywał żaden elf. Skoro, jak powiedzieliście, obie rasy żyją obok siebie na tym samym terytorium, to niemożliwym jest, byście nie wchodzili ze sobą w żadne interakcje. Nadmiar tajemnic i sekretów w takiej sytuacji nieubłaganie prowadzi do konfliktu.

Khirk już nie oponował. Co prawda, wciąż nie wydawał się całkowicie przekonany i muczał coś niewyraźnie do siebie, ale pan Anderson mógł być już niemal pewny, że dopiął swego. Dlatego ze spokojem przyjął wyraz rozbawienia na twarzy elfa.

– Utrzymuje pan, że nic nie wie na temat naszego społeczeństwa, a jednak wysuwa pan takie wnioski ze szczątkowych informacji – rzucił cicho – Jest pan albo niezwykle bystry, albo nazbyt pochopny, panie Anderson.

Pan Anderson wzruszył ramionami.

– Albo niezwykle oczytany.

Inadan roześmiał się.

– Faktycznie, to też jest możliwe – przyznał, wciąż rozbawiony.

Chociaż pan Anderson starał się tego po sobie pokazać, poczuł się nieco nieswojo po tych uwagach Inadana. Ten kamienny spokój elfa i jego drwiące docinki działały mu na nerwy.

– Poczekaj no chwilę, panie Odźwierny – odezwał się po długim milczeniu Khirk – Możliwe, że faktycznie jestem w stanie zrobić to, co pan proponuje. W tej sprawie jest jednak wciąż wiele niewiadomych. Przede wszystkim, chciałbym wiedzieć, jaką to rzekomą truciznę zakupiłem. Niech elf poda jej nazwę. Dlaczego wiarygodność tylko mojej opowieści ma być sprawdzana? Poza tym niejasne jest dla mnie jego zachowanie. Z jednej strony, zaznacza tajność i wagę swojego zadania, a z drugiej podąża za mną całkowicie otwarcie. Tak nieudolnie nikt mnie już od dawna nie śledził.

Pan Anderson spojrzał pytająco na elfa. Nie czuł się na siłach odgadywać odpowiedzi na te pytania.

– Podążałem za panem otwarcie, panie krasnoludzie – odparł Inadan, jawnie się śmiejąc – ponieważ wcale nie miałem zamiaru pana śledzić. Zwróciłbym tym tylko na siebie niepożądaną uwagę pewnych osób. Jeśli mam coś do ukrycia, powinienem zachowywać się tak, jakby było zupełnie odwrotnie, prawda?

– Phi, pokręcona elficka logika! – parsknął na to krasnolud – Wątpię, by taka taktyka coś dała.

Elf wzruszył ramionami. Wyraźnie nie zamierzał wdawać się w dyskusję na ten temat.

– A moje drugie pytanie? – naciskał Khirk.

– Odpowiedź na nie jest tak oczywista, że albo przyszła ci już do głowy, panie krasnoludzie, i tylko ukrywasz ten fakt, albo po prostu zbyt wolno myślisz.

Pan Anderson niemal jęknął. Był już tak blisko znalezienia kompromisu dla tych dwojga i sytuacja znowu się skomplikowała. Oczywiście, że taka odpowiedź nie mogła zadowolić Khirka (tym bardziej, że jeszcze dodatkowo o obrażała). Znowu zacznie miotać gromy! Najbardziej zaś w tym wszystkim irytował pana Andersona fakt, że Inadan zniweczył wszystkie jego wysiłki z uśmiechem na twarzy!

O dziwo jednak, Khirk w milczeniu przyjął to do wiadomości i jedynie skinął głową. Goście pogrążyli się w milczeniu. Pan Anderson zastanawiał się, czy oznacza to, że obaj wyrazili zgodę na jego śmiały pomysł.

– Pan wyrusza z nami, prawda, panie Anderson? – zwrócił się po jakimś czasie do Anthony’ego Inadan.

– Tak, oczywiście – odparł szybko Odźwierny, powstrzymując się od tryumfalnego okrzyku i jednocześnie patrząc ukradkiem na krasnoluda, który także i na te słowa nic nie powiedział. Wyglądało na to, że zaakceptował w końcu pomysł pana Andersona.

– Doskonale! – podsumował elf – Ile czasu zamie nam dotarcie do pańskiej siedziby rodowej, panie krasnoludzie?

– Myślę, że około sześciu do siedmiu godzin godziwego marszu – mruknął Khirk – W taką pogodę, może i więcej.

– W takim razie, uważam, że powinniśmy wyruszyć dopiero za kilka godzin – wtrącił pan Anderson – Jeżeli panowie pozwolą, udam się teraz na odpoczynek – dodał, nie będąc wcale pewnym, czy da radę zasnąć w obliczu podróży, która na niego czekała.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s