Ptak Północy – Rozdział III

„Lepiej uważaj, kobieto.”

Tak. Tak właśnie powiedział kot. A potem dodał jeszcze:

„Bo spalisz sobie ten swój śliczny nosek”.
***

Moira nigdy nie uważała swojego życia za łatwe, a odkąd zyskała nową pracodawczynię, stało się ono jeszcze trudniejsze. Co prawda, nigdy nie ułatwiał go fakt, że Moira nie potrafiła zaakceptować rzeczywistości, która sprawiła, że młoda i piękna dziewczyna nie mogła żyć na poziomie, tylko musiała zatrudniać się jako służąca. W opinii Moiry, jej pracodawcy niczym szczególnym nie zasłużyli na swoje pieniądze czy pozycję, czyli ogólnie rzecz biorąc, los lepszy niż ona – tym bardziej więc nie zasługiwali na jej szacunek. O dziwo jednak, oni mieli zupełnie inne zdanie w tej kwestii, co było przyczyną licznych nieporozumień. W ten sposób w przeciągu roku Moira zaliczyła kilkanaście różnych miejsc pracy i zaczynało ją nużyć czekanie na księcia, który przerwałby ten impas i ją wybawił z ciężkiej sytuacji materialnej.

Nie spodziewała się, że mogłoby jej się przytrafić coś gorszego niż niskie urodzenie, dlatego była niemile zdziwiona, gdy jej nowa pracodawczyni okazała się największym kłopotem, z jakim Moira miała dotąd do czynienia.
***

Po pierwsze, Kornelia de Logan parała się alchemią. W jej domu było więc pełno łatwo tłukliwych rzeczy, łatwopalnych substancji i starych, zakurzonych ksiąg z kategorii „nie-dotykać-pradawna-wiedza”, co czyniło jakiekolwiek czynności sprzątające wręcz niemożliwymi.

Po drugie, pani Kornelia była tym typem człowieka, który nawet nie mając, co do garnka włożyć, nie powinien brać się za alchemię. Zapominalska, roztrzepana, wiecznie z głową w chmurach. Chyba tylko za sprawą cudu udało jej się przejść przez życie bez stania się przyczyną jakiegoś większego wybuchu czy dziejowego pożaru. Życie Moiry w jej domu stało się nieskończonym koszmarem naznaczonym przeogromnym stresem. Przez kilka pierwszych tygodni nie mogła spać, zastanawiając się, czy do rana dom i ona sama będą w jednym kawałku. Gdyby tylko miała lepszą ofertę, z miejsca wymówiłaby pani Kornelii.

No i był jeszcze ten kot.
***

Kot pojawił się „nagle i niespodziewanie” w domu przy ulicy Felernej i już tam został. Wzbudzał niepokój sąsiadów i przerażenie połączone z niewyjaśnionym obrzydzeniem u służącej. Tylko sama właścicielka zdawała się zupełnie nie przejmować jego niezwykłością.

Kocur był gruby i ogólnie rzecz biorąc, ogromny – może nawet wielkości dziesięcioletniego dziecka. Smoliście czarny, miał jedno oko niebieskie ze złotą obwódką, a drugie dziwnie białe. Nie to jednak było najbardziej specyficzne odnośnie jego wzroku, a raczej spojrzenie pełne ukrytego rozumu i ironicznych, figlarnych błysków. W ruchach rozważny i nobliwy, sprawiał wrażenie możnowładcy, który okazuje łaskę sługom samą swoją obecnością. Nikt nie czuł się komfortowo w jego obecności, chyba tylko poza samą panią Kornelią, która wszelkie skargi przyjmowała z roztargnionym uśmiechem. Sama zajmowała się kocurem, by zarówno Moirze, jak i jemu, oszczędzić konieczności częstego przebywania we własnym towarzystwie. Ona go nie cierpiała i bała się go, a on zachowywał się tak, jakby uważał ją za głupią i niewartą uwagi. Dziewczyna wielokrotnie wypłakiwała się z tego powodu u pani Kornelii, ta jednak nie potrafiła zareagować na te skargi inaczej, niż zdziwionym spojrzeniem.

Tym sposobem, pomimo tych wszystkich niedogodności, kot został w domu pani Kornelii.
***
Kornelia de Logan ostrożnie odłożyła odrapaną probówkę. Ponieważ jednak ostrożność nie była jej mocną stroną, część zawartości probówki podziurawiła i tak już dziurawy stół. Kobieta drgnęła, słysząc za sobą miękkie stąpanie Nolla.
– Kiedy będziesz gotowa do drogi? – odezwał się głęboki głos, łudząco podobny do mruczenia. Kornelia założyła pasmo włosów za ucho.
– Trudno mi to jednoznacznie określić – odparła – Mikstura, o którą prosisz, jest bardzo czasochłonna, zwłaszcza przy takich składnikach, jakie mam tu dostępne.
– Przecież wiem – fuknął kocur, wskakując na parapet – Poza tym, ja nie proszę, ja żądam. Już ci to mówiłem.
– A ja nie spełniam żądań, tylko prośby. Też ci to już mówiłam.

Noll wydał z siebie lekceważąco-obrażony dźwięk, ale już się nie odezwał. Przyglądał się pracującej Kornelii.
– Jak to możliwe, że masz jeszcze wszystkie kończyny, ba! włosy? – mruknął z fascynacją – Wąsiki mi się jeżą na sam widok.
Kornelia wstała od stołu, strącając przy tym zlewkę i zaraz łapiąc ją w locie, z dziwną jak na nią zręcznością.
– Powiedzmy, że mam po prostu szczęście – uśmiechnęła się lekko – A kiedy ty byś chciał wyruszyć?
Noll zastanawiał się przez chwilę.
– Już? – zaryzykował.
– A jakiś bardziej sensowny pomysł? – zachęciła go Kornelia – Pamiętaj, że potrzebujemy czasu, by mikstura osiągnęła odpowiedni stan skupienia, poza tym muszę załatwić pewne sprawy przed podróżą. No i wreszcie, Północ to nie jest obecnie zbyt bezpieczna okolica…
– Ech, w ludzie! – fuknął kocur – Ciągle popadacie w jakieś skrajności. Albo jesteście zbyt pochopni, albo się ociągacie. Mówiłem ci, że od bezpieczeństwa masz mnie.
– Wybacz, ale prosisz o coś niemal niemożliwego – Kornelia bezradnie rozłożyła ręce i odwróciła się do stołu na znak, że rozmowa skończona.
– Żądam -mruknął kot, ale już nie kłótliwym tonem.
– Jak zwał, tak zwał.
***
Kilka tygodni po pojawieniu się okropnego kota, Moira została porażona niczym gromem okropną nowiną. Oto pani Kornelia wyruszała w podróż i ona, najbardziej wierna z służących, która tak wiele wycierpiała, znów zostaje bez pracy. Przez pierwszych kilka dni żyła jak w odrętwieniu, potem przyszły ulga i nadzieja, a gdy one odeszły, został tylko strach. Gdzie teraz znajdzie posadę, skoro jej reputacja była bardziej dziurawa niż łachy, w których kiedyś musiała chodzić? Czego by o niej nie powiedzieć, pani Kornelia dobrze płaciła i nie zwracała uwagi na nieuprzejmość Moiry.
„Wybacz, że tak wyszło. Dam ci dobre referencje” – tylko takiego wyjaśnienia się doczekała. Pewnie, że da dobre referencje, tylko, ile będą one warte, skoro sama alchemiczka takich nie miała!

Moira była pewna, że to wina obrzydliwego kocura i nie znosiła go za to jeszcze bardziej. Odkąd objął dom w posiadanie, nic tylko się puszył i wywyższał. Pani Kornelia była zbyt dobra, by pokazać mu, gdzie jest jego miejsce. Moira żałowała, że musi ją opuścić. Nawet jeżeli była to najbardziej niebezpieczna i najmniej tego świadoma osoba, jaką kiedykolwiek spotkała.
***

Dzień pożegnania nadszedł pochmurny i chłodny. Jesień już zawitała do miasta na granicy Wschodnich Rubieży i zaraz po świcie powietrze było ostre i rześkie. Kornelia raz jeszcze sprawdziła, czy owoc pracy ostatnich kilku dni był bezpiecznie zapakowany. Po niej podejrzliwie rzucił okiem Noll i po raz kolejny zdziwiło go, że chwilami ta kobieta potrafiła być aż nazbyt zręczna.
– Jeśli wszystko w porządku, to wyruszamy! – zakomenderowała.

Razem przemykali uśpionymi jeszcze uliczkami. Noll nalegał, by czas opuszczenia miasta pozostał w tajemnicy. Wiedziała o nim tylko Moira, ale na niej można było polegać, że jeśli trzeba, nie piśnie słówka.

Przy bramie miejskiej Kornelia zatrzymała się na krótką chwilę, by w zadumie spojrzeć na miejsce, w którym mieszkała od urodzenia. Nagle jej uwagę przykuła drobna sylwetka, która poprzez rzadkie mgły zmierzała w ich stronę.

Po chwili zdumiona Kornelia patrzyła z niedowierzaniem na swoją służącą, która zdyszana stała przed nią z tobołkiem. Z urywków zdań zrozumiała, że Moira pragnie podróżować razem z nimi.
– Ależ dziewczyno! – wykrzyknęła zszokowana – Ja wyruszam na Północ!
– Wiem – przytaknęła niewesoło Moira – A ten kocur razem z panią. Ale ja nie mam wyboru. Kończą mi się pieniądze, a w tym mieście raczej nikt mnie już nie zatrudni.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s