Ptak Północy – Rozdział II

Dwóch krasnoludów weszło do zadymionego pomieszczenia. Na krótką chwilę spojrzenia wszystkich zebranych skierowały się w ich stronę. Nie wyglądali na prawdziwych krasnoludzkich bogaczy, ale też nie piszczała u nich bieda, jak w mgnieniu oka oszacował karczmarz. Taktownie odwrócił wzrok, dokonawszy tych oględzin. Liczył przynajmniej na zapłatę w gotówce, dlatego nie chciał płoszyć nowo przybyłych gości.

Po chwili w zajeździe znów zapanował zwykły zgiełk. Przybysze zostali obejrzani i zaakceptowani przez zgromadzenie, toteż nikt się więcej nimi nie kłopotał, a wręcz nie zwracał na nich uwagi. Taki stan rzeczy wyraźnie im odpowiadał. Zamówili po kufelku u karczmarza i zaszyli się gdzieś w lewym kącie sali. W tym momencie śledziła ich już tylko jedna para oczu.

W każdej karczmie jest chociaż jeden stały bywalec, do którego nikt się nie zbliża. Do tego typu ludzi należał zakapturzony brodacz o mrocznym, lekko drwiącym spojrzeniu, który zwykł zajmować ostatni stolik tuż przy zachodniej ścianie. Siadywał tam każdego wieczoru, okryty przyjemnym półmrokiem i dymem dziesiątek fajek i obserwował. W oko wpadali mu tylko cudzoziemcy, najwięksi dziwacy, obdartusy czy ludzie po prostu nieznani nikomu pod wartym wspomnienia imieniem. W wiosce nikt nie miał pojęcia, czym zajmuje się tajemniczy mężczyzna, gdy akurat nie siedzi na swoim posterunku. Nazywali go Hansem i skrycie sobie z niego podrwiwali. Nikt jednak nie miał odwagi się do niego odezwać. Pijał tylko wodę i, kiedy akurat nie miał kogoś na oku, zabawiał się, podrzucając tępy nóż w ręku. Jednak nikt nie pamiętał o tym, że nie był on naostrzony, gdy zimna stal błyskała raz po raz w półcieniu.

Jednym słowem, podejrzewano go o rozmaite ciemne sprawki, ale czysto teoretycznie, gdyż nikt nie kwapił się do niego w ogóle odezwać, a co do dopiero cokolwiek mu udowadniać.

Otóż właśnie Hans tamtego wieczoru upatrzył sobie parę krasnoludzkich podróżników jako nowe cele obserwacji. Kilka osób zaznajomionych z dziwacznymi nawykami mężczyzny zauważyło to i wymieniło dyskretne uśmiechy, jednak sami delikwenci zdawali się wcale nie czuć na sobie uważnego wzroku Hansa i w spokoju zajmowali się swoimi kufelkami. Nikt jednak nie spostrzegł, że tym razem mężczyzna nie schował swojego noża za pazuchę, jak to miał w zwyczaju, ale wsunął go do rękawa. Na jego twarzy, zasłoniętej szczelnie kapturem, widniał drapieżny uśmiech. Bowiem Hans całkowicie przypadkowo usłyszał coś, o czym nie mieli pojęcia inni goście zajazdu – a mianowicie wyłowił z chrapliwej konwersacji krasnoludów słowo „północ”. Mógł więc z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że celem podróży krasnoludów była właśnie Północ.

Wieści o tym, co dzieje się na Północy, dotarły nawet do tej malutkiej, zapyziałej wioski i przez kilka tygodni były głównym tematem rozmów spragnionych nowinek i skandali mieszkańców. Ponieważ od zagrożonych terenów dzieliły ich setki kilometrów, przejęcie, z jakim przekazywali sobie posłyszane w karczmie wiadomości, miało niewiele wspólnego z przerażeniem czy strachem. Nie dało się jednak nie zauważyć, że niektóre z docierających pogłosek o wyludniających się miastach i wsiach, lasach pochłaniających coraz to nowe osiedla ludzkie czy drapieżnych zwierzętach, które żywiły się krwią żywych budziły lekki niepokój nawet w najbardziej głuchych i odizolowanych od świata. Słowo „północ” wywoływało więc przeróżne emocje właściwie u wszystkich, jednak, jak to zwykle bywa, u niektórych intensywniejsze niż u innych.

Hans oczywiście słyszał o tym wszystkim i bez wątpienia wiedział jeszcze więcej niż to, co powtarzali podróżni. Jednak, mimo wzmożonych obserwacji, nie udało mu się znaleźć kogoś, kto odpowiadałby jego kryteriom i dodatkowo kierował się na północ. A to z tego prostego powodu, że mało kto podróżował w tamte strony, a nie wracał nikt. Hans myślał co prawda o samotnej podróży, jednak zbyt wiele mógł na tym stracić. Czuł także, że nie dojrzał jeszcze do tak śmiałej decyzji. Dlatego każdego wieczora przesiadywał w zajeździe i śledził wzrokiem osobników pasujących do jego kryteriów towarzysza podróży. Aż do pojawienia się w karczmie dwóch krasnoludów, z różnych powodów odrzucał kolejnych potencjalnych kandydatów.  Większość z nich, choćby posiadała największe zalety, po prostu w najśmielszych snach nie myślała o wędrowaniu w tym najgroźniejszym i najbardziej ryzykownym kierunku. Dlatego Hans, wyczulony na sam dźwięk tego słowa, przeważnie srogo się zawodził. I tym razem wszystkie przesłanki przemawiały za tym, że po raz kolejny jego plany zakończą się fiaskiem. Z drugiej strony jednak, coś mówiło mu, że szczęście może wreszcie się do niego uśmiechnąć.

***

– Zarezerwowałem nam nocleg.

Naz spojrzał ponuro na kuzyna znad smętnie pustego kufla.

– Wciąż nie jestem pewien, czy zostawanie tu na noc jest najlepszym pomysłem. Tamten typ nie spuszcza z nas wzroku, a, powiadam ci, nie jest to życzliwe spojrzenie – nieznacznym ruchem głowy wskazał na wciśniętą w kąt sali zakapturzoną postać. Efra spojrzał obojętnie we wskazanym kierunku.

– Pytałem karczmarza o tego człowieka – powiedział – Miejscowy oryginał. Najwyraźniej jego jedynym zajęciem jest obserwowanie podróżnych. Nie jesteśmy pierwsi.

– Być może on akurat jest nieszkodliwy – zgodził się Naz – Ale z pewnością nie możesz powiedzieć tego o Nich.

– Tym bardziej nie powinniśmy ryzykować noclegu pod gołym niebem – Efra opróżnił swój kufel – To nie jest ich terytorium, więc jest duże prawdopodobieństwo, że pod dachem, wśród ludzi, unikniemy nieprzyjemności.

– Obyś miał rację – westchnął Naz i postanowił zamówić drug kufelek.

***

Hans stał pod dziurawym dachem, czając się w cieniu gdzieś koło kuchennych drzwi karczmy i wsłuchując się ponuro w melodię deszczu. Czekał aż właściciel zamknie wreszcie zajazd i uda się na spoczynek, by mógł zająć lepsze stanowisko obserwacyjne. Przemoczony płaszcz ciążył mu nieco, ale mężczyzna zdążył już pogodzić się z tym, że na tym świecie, jeżeli chciało się czegoś uzyskać, cierpliwość była najlepszym środkiem do osiągnięcia celu. Coś mu natomiast mówiło, że podróżni, którzy go tak zaciekawili, należeli do tego gatunku wędrowców, których zawsze ktoś szukał i, przeważnie, znajdował, a więc było na co czekać. Hans doskonale znał takich ludzi, a w pewnym sensie, sam był takim człowiekiem – ściganym przez przeszłość. Z tą różnicą, że z czasem zmienił się z ofiary w myśliwego.

Około drugiej w nocy delikatne poruszenie gdzieś w cieniu koło zachodniej strony budynku przykuło jego uwagę. Powolnym, wystudiowanym ruchem mocniej naciągnął kaptur na twarz i przylgnął do ściany. Tylko jego oczy się poruszały, bacznie obserwując. Czekał, aż ruch w ciemnościach się powtórzy. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę z tego, że podświadomie wstrzymywał oddech. Choć starał się do tego przed sobą nie przyznawać, tym razem był bardziej niespokojny niż podczas swoich poprzednich obserwacji. Jego umysł już wyrywał się ku Północy, choć on sam nie miał jeszcze odwagi, by całkowicie poddać się temu uczuciu. Zdawał sobie sprawę, że tym, co tak naprawdę przez tyle lat powstrzymywało go przed powrotem, był jego własny strach.

***

Naz poruszył się niespokojnie i odemknął do połowy jedno oko. Nowy dźwięk, który, jak sobie zakodował, oznaczał niebezpieczeństwo, nagle zaburzył jego sen. Po chwili przypomniał sobie, że gdy szli z Efra do wynajętego na noc pokoju, zauważył, że schody delikatnie skrzypią i uznał to za dużą zaletę. Tak, to z pewnością musiało być to. Ledwo słyszalnie, ale jednak – schody na korytarzu skrzypiały.

Ręka krasnoluda powoli podążała ku toporkowi, który przezornie położył na podłodze koło łóżka. Tak, jak przewidywał, wygody nie wyszły im na dobre. Żałował, że dał się uspokoić kuzynowi i nie przeforsował swojego zdania. Ale nie martwił się zbytnio. Wychodzili już z gorszych opresji. Jego palce miały właśnie zacisnąć się na trzonku, gdy nagle żelazny uścisk zablokował jego przegub.

Zaskoczony zapomniał o ostrożności i podniósł wzrok. Napotkał parę stalowych oczu zawieszonych w czarnej przestrzeni. Zrozumiał wiadomość przez nie przekazywaną. Ale także rozpoznał to spojrzenie. Rozluźnił mięśnie ramienia, a trzymająca go dłoń zwolniła uścisk. Obserwował z zainteresowaniem, jak ciemna sylwetka przepływa w stronę drzwi i znika tam w głębokich cieniach. Ustabilizował oddech i odprężył się. Teraz wszyscy czekali. A przynajmniej poza uśpionym Efra.

***

Domniemany napastnik miał nie tylko pecha w związku ze skrzypiącymi schodami. Okazało się, że drzwi, otwierane z takim namaszczeniem i uwagą, również były kapryśne i wydały z siebie przeciągły, żałośliwy dźwięk. Po nim do uszu Naza doleciało ciche przekleństwo, w porę zduszone, gdy delikwent uświadomił sobie, w jakim celu tu przybył. Natomiast ostatnim dźwiękiem, który rozległ się sekundę po tym, było głuche łupnięcie. Dopiero wtedy obudził się Efra.

Naz zapalił świecę i błyskawicznie przyszpilił wzrokiem pierwszego nocnego gościa tak, by nie miał czasu uciec. Ten jednak ze stoickim spokojem wpatrywał się w leżącą na podłodze sylwetkę.

– Widzę, że prowadzicie nader urozmaicone nocne życie – mruknął Hans i rzucił przelotnie, inteligentne spojrzenie na Naza – Znacie tego mężczyznę?

Naz pokręcił głową. Efra wciąż jeszcze nie do końca rozbudzony wpatrywał się w Hansa z niedowierzaniem.

– A kim ty jesteś, hę? Ciebie też nie znam – warknął groźnie.

Mężczyzna spojrzał na niego obojętnie.

– Mądry po szkodzie, co? – powiedział jakby do siebie i zwrócił się znów do Naza – Tacy jak ten na podłodze zawsze przychodzą z jakiegoś powodu.

– Coś sugerujesz? – Efra spojrzał na niego wyzywająco. Hans wzruszył ramionami.

– Chciałbym wiedzieć, z jakiego powodu – odparł obojętnym tonem – Zwykła ciekawość.

– Oczywiście, że tak – Naz uprzedził kuzyna z odpowiedzią – Z powodu przypadku. Czy takie wyjaśnienie wystarczy?

Wargi Hansa wykrzywiły się mimowolnie w grymasie niepokojąco przypominającym uśmiech.

– Jak sobie życzysz, panie krasnoludzie. Tymczasem, doradzałbym jak najszybsze opuszczenie tego miejsca. Tak… profilaktycznie. Na wypadek powtórzenia się takiego „przypadku”.

– Tak niezwłocznie zrobimy – odparł krasnolud i odwrócił się do swoich tobołków na znak, że rozmowa skończona.

– Chwileczkę. Tak szybko się mnie nie pozbędziecie.

Naz i Efra spojrzeli na niego zaalarmowani specyficzną nutą w jego głosie. Hans wymusił uśmiech.

– Coś mi się chyba należy za uratowanie waszego życia.

Efra już miał się oburzyć na to zuchwałe żądanie, gdy kuzyn powstrzymał go gestem. Z zainteresowaniem patrzył na przygarbionego mężczyznę w płaszczu.

– Nie proszę o nic, na co nie byłoby was stać … – zaczął.

– To już ocenimy my – przerwał mu Naz.

– Tylko pośpiesz się, zanim ten na podłodze się ocknie – mruknął Efra.

Racja, pomyślał Hans. Wóz albo przewóz. Odetchnął głęboko.

– Weźcie mnie ze sobą na Północ.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s