Keanther – Rozdział IV

Rozdział IV

W którym pokazuje się zawiłości w relacjach pomiędzy krasnoludami a elfami

Sytuacja, w której nagle i niespodziewanie znalazł się pan Anderson, bynajmniej nie stwarzała idealnych warunków do snu. Na środku jego biblioteki siedział najprawdziwszy krasnolud, rysując piękny, wypolerowany parkiet swoim toporkiem, a gość o wiele niebezpieczniejszy miał dopiero przyjść w „odwiedziny”. Mimo to, czy to z powodu zmęczenia, które dopadło go, gdy minął szok, czy też przez usypiające mruczenie krasnoluda, a może po prostu z powodu podeszłego wieku Anthony w końcu przysnął w swoim fotelu, porzucając łamanie sobie głowy nad zagadką znikającej książki.

Obudził się niedługo po północy, jeszcze bardziej połamany i zmęczony. Ostrożnie rozejrzał się po pokoju spod na wpół przymkniętych powiek. Krasnolud wciąż siedział na podłodze i spał oparty o jego regał, pochrapując. Jednak wydawało się, że poza nim nikogo obcego nie było w pokoju. Ulgę, którą poczuł pan Anderson, zdawszy sobie z tego sprawę, nieco umniejszał fakt, że teraz nie miał już złudzeń – choć wydarzenia ostatnich kilku godzin z pewnością nie należały do kategorii zwyczajnych, nie były także snem.

Po jakimś czasie, w którym pan Anderson bezskutecznie starał się ponownie zapaść w sen, chrapanie krasnoluda nagle ustało, a on sam niespokojnie się poruszył i odemknął jedno oko. Jego spojrzenie przeszyło Anthony’ego, który wzdrygnął się.

– Już tu jest – rzucił, wydawałoby się, całkowicie spokojnie. Jeszcze nie skończył mówić, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem nie było to niespokojne pukanie przemoczonego i wymiętego petenta, który dał mu książkę, ani też impertynenckie walenie krasnoluda, ale dostojne stuk-stuk, nie nazbyt głośne, ale doskonale słyszalne.

– No, idź i otwórz, chłopcze – pospieszył go Khirk, gdy pan Anderson zastygł w progu, mierząc krasnoluda niespokojnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, co właściwie powinien zrobić, by wyjść z całej sytuacji bez szwanku – To twój obowiązek jako Odźwiernego, otwierać drzwi wszystkim istotom mającym do ciebie jakiś interes – dodał.

Nie przekonało to Anthony’ego.

– Wszystkim? Czy to nie jest aby trochę niebezpieczne?

– Nie martw się, nikt cywilizowany nie tknie Odźwiernego nawet palcem. Reszta może pocałować klamkę. I nie zapomnij wziąć lampę!

Pan Anderson podniósł lampkę ze stolika i ponownie ruszył w stronę korytarza, jednak ciągle coś nie dawało mu spokoju.

– A skąd mogę wiedzieć, czy petent jest cywilizowany?

– Nie mam pojęcia. Wy Odźwierni macie na to swoje sposoby – krasnolud machnął ręką – Zapewniam cię, że ten jest. Ale idźże już i otwórz mu! Każda kolejna minuta spędzona na tym deszczu tylko bardziej go irytuje.

Anthony westchnął zrezygnowany. Khirk wyraźnie nie zamierzał dotrzymać mu towarzystwa. Nie było więc sensu tego odwlekać.

Znajoma droga do drzwi dłużyła mu się bardziej niż zwykle (choć sama w sobie nie była specjalnie długa). Zastanawiał się przy tym, czy reszta jego życia ma mu upłynąć w ten sposób – na otwieraniu drzwi i goszczeniu we własnym domu podejrzanych osobników. A na to właśnie wyglądało, skoro, bez własnej wiedzy, ale jednak, został mianowany „Odźwiernym”. Tym razem przynajmniej gość miał być cywilizowany (choć pan Anderson miał na to tylko słowo krasnoluda).

Anthony dotarł wreszcie drzwi i, nie mogąc tego dłużej odwlekać, otworzył je na ciemną, mokrą noc.

– Trochę kazał mi pan czekać – odezwał się spokojny głos należący do wysokiej postaci stojącej za progiem. Pan Anderson wymamrotał przeprosiny i gestem zaprosił nieznajomego do hallu. Uniósł nieco lampę, by lepiej mu się przyjrzeć i aż zaniemówił z wrażenia. Nawet krasnolud z toporkiem nie przygotował go na widok najprawdziwszego elfa. Bo to właśnie elf wkroczył właśnie do jego domu. Jego wysmukła sylwetka, lśniące oczy, a nade wszystko lekko szpiczaste uszy nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Jedynie obojętny (a może nawet lekceważący!) wyraz jego twarzy nieco kłócił się z wyobrażeniami pana Andersona o tolkienowskim elfie.

Podczas gdy Anthony dyskretnie dokonywał swoich oględzin, w korytarzu pojawił się Khirk i obrzucił elfa ponurym spojrzeniem.

– Tak myślałem, że to ty. Czułem twoją irytującą obecność gdzieś za sobą.

– Trochę pokory, panie krasnoludzie – odparł beznamiętnie elf swoim dźwięcznym głosem.

– Ach, rozumiem. Moja uniżoność w zamian za pogardliwą elficką uprzejmość (o ile w ogóle można nazwać to uprzejmością!) – zadrwił Khirk – Chyba podziękuję.

Elf nieznacznie uniósł brew, ale poza tym całkowicie zignorował krasnoluda. Zamiast tego, zwrócił się do pana Andersona, który w czasie tej oschłej wymiany pozdrowień zamknął drzwi wejściowe, zastanawiając się, czy już powinien zacząć „rozwiązywanie konfliktu”. Uznał jednak, że rozsądny człowiek, za jakiego się uważał, nie powinien mieszać się nieproszony w nieswoje sprawy. W końcu przecież nikt go jeszcze o to oficjalnie nie poprosił.

– Mniemam, iż to pan jest naszym nowym Odźwiernym – zapytał elf, ze spokojem patrząc Anthony’emu w oczy.

– Tak sądzę – odparł niezręcznie pan Anderson – Anthony Anderson, miło mi pana poznać.

– Mi również – padła odpowiedź, która nie brzmiała ani wiarygodnie, ani fałszywie, lecz po prostu beznamiętnie – Jestem Inadan an’el Andaravilien karn.

Elf skłonił się nieznacznie z dłonią na piersi. Niceo zmieszany pan Anderson odkłonił się w odpowiedzi. Gdzieś za ich plecami Khirk prychnął pogardliwie na te ceremonie, lecz przeszło to bez jakiegokolwiek odzewu ze strony Inadana.

– Może przejdziemy dalej? – zaproponował w końcu elf, przerywając niezręczną ciszę.

– Tak, proszę – odparł pośpiesznie Anthony, zły na siebie, że zapomniał o obowiązkach gospodarza. Poprowadził gości do biblioteki. Tam Khirk ponownie usadowił się na podłodze, nic sobie nie robiąc z drwiącego spojrzenia Inadana, któremu pan Anderson oddał ulubiony i jedyny w pomieszczeniu fotel. Sam gospodarz zaszył się w jak najciemniejszym kącie i pragnął stać się niewidzialnym. Niestety jednak, rozmowa zeszła na jego temat.

– Mam nadzieję, że zdążył się już pan wdrożyć w obowiązki Odźwiernego – zwrócił się do niego uprzejmie Inadan – Ja i tu obecny pan krasnolud mamy pewną delikatną sprawę, którą chcielibyśmy panu przedłożyć.

Pan Anderson milczał, zastanawiając się, czy jeden wieczór można uznać za wystarczająco dużo czasu na „wdrożenie się” w jakiekolwiek obowiązki. Z pomocą (i nieco cyniczną odpowiedzią) przyszedł mu krasnolud.

– To na nic, elfie – burknął ponuro, ściągając na siebie pytający wzrok Inadana – Stary John umarł zanim zdążył przekazać mu jakakolwiek wiedzę na temat fachu.

– Johnatan Smith nie żyje? – zapytał elf, po raz pierwszy naprawdę pokazując zdziwienie, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt delikatnego smutku – Rozumiem. Pokój jego duszy.

Westchnął i przez chwilę w pokoju panowała cisza. Wreszcie jego spojrzenie ponownie spoczęło na panu Andersonie.

– Nie jest pan więc odpowiednio przygotowany do odegrania swojej roli, prawda?

Mimowolnie pan Anderson uniósł brew, nie wiedząc, na ile było to pytanie retoryczne. Przecież on nawet nie wyraził zgody na bycie żadnym Odźwiernym. Okrzyknięto go nim właściwie bez udziału jego woli.

Inadan widocznie wyczytał to w jego oczach, ponieważ nieznacznie skinął głową na znak, że rozumie i zwrócił się do Khirka.

– Wygląda na to, że jesteśmy zmuszeni rozwiązać naszą sprawę na własny rachunek.

– Z miłą chęcią, paniczyku – uśmiechnął się drapieżnie krasnolud, gładząc ostrze swojego toporka.

Dwaj goście pana Andersona wyraźnie zbierali się do wyjścia. W zasadzie powinno go to cieszyć lub przynajmniej przynieść mu ulgę. Zamiast tego czuł się rozczarowany.

– Proszę, poczekajcie panowie – zaczął, sam nie wierząc, że robi to, co robi. Elf i krasnolud spojrzeli na niego zdziwieni. Pan Anderson znów uczuł lekki niepokój, ale postanowił brnąć dalej.

– To prawda, że nie mam żadnego doświadczenia jako Odźwierny. Nie wiem nawet, skąd panowie się tu wzięli (poza tym, że weszli panowie moimi drzwiami). Wszystko to, o czym panowie tu rozprawiają brzmi dla mnie niczym żywcem wyjęte z książki pokroju „Hobbita”. Myślę jednak, że mogę się panom na coś przydać, nawet jeśli nie jako Odźwierny, to chociaż jako niezaangażowana w sprawę osoba trzecia. Poza tym, skoro mój poprzednik umarł, nie zdążywszy przekazać mi swej wiedzy, sądzę, że sam powinienem zacząć zdobywać doświadczenie i to niezwłocznie.

Wreszcie pan Anderson skończył swoją przemowę i odetchnął głęboko. Był z siebie więcej niż kontent, chociaż nie miał pewności, czy jego argumenty miały wystarczającą moc do przekonania słuchaczy.

– W zasadzie nie mam nic przeciwko obecności strony trzeciej – mruknął po namyśle Inadan, ponownie moszcząc się wygodnie w fotelu. Khirk tylko siedział na podłodze i wlepiał w pana Andersona oczy okrągłe jak spodki.

– Na moją brodę, chłopcze! – rzucił w końcu, kręcąc głową z niedowierzaniem – Masz gadane. Może jeszcze będą z ciebie ludzie.

Anthony niemal uśmiechnął się, słysząc ten „komplement” z ust krasnoluda, chociaż gdyby to ktoś inny ośmielił się powiedzieć mu coś takiego, niechybnie by się obraził. Poczuł jednak ulgę, że jego własna przygoda (być może miał szansę nawet na „podróż tam i z powrotem” niczym Bilbo Baggins) jeszcze się nie zakończyła. Z drugiej strony, trochę wstydził się tego swojego wybuchu. W każdym razie, wyglądało na to, że goście zamierzali jednak zostać w domu na klifie.

– Jeśli nie mieliby panowie nic przeciwko, pragnąłbym poznać lepiej waszą sprawę – upewniwszy się, ze dopiął swego, rzekł pan Anderson, przybierając poważny ton głosu zarezerwowany tylko dla rozmów z bardzo ważnymi ludźmi – Sądzę, że naświetlenie przyczyn konfliktu będzie pomocne przy jego rozwiązywaniu.

Propozycja ta najwyraźniej spotkała się z aprobatą krasnoluda, który pokiwał ze zrozumieniem głową . Inadan przyjął ją z chłodną akceptacją.

– Chłopak ma rację, elfie – burknął Khirk, obrzucając Inadana jadowitym spojrzeniem – Ja także pragnąłbym poznać powody, dla których przyczepiłeś się do mnie niczym rzep do psiego ogona.

Pan Anderson z trudem powstrzymał się od uniesienia brwi zarówno dla przyczyny zadziwiającego oświadczenia krasnoluda, jak i lekceważenia, jakie okazywał dla jego sędziwego wieku. Przede wszystkim jednak uderzył go fakt, że sam Khirk nie wiedział, dlaczego Inadan za nim podążał. Gdzie więc był tu konflikt? Czy powodował go sam fakt, że elf śledził krasnoluda? A może obydwaj z góry zakładali sprzeczność interesów, nawet nie znając spraw tego drugiego? Będąc całkowicie szczerym ze sobą, Anthony musiał przyznać, że brzmiało to w jego uszach nieco śmiesznie. Zastanawiał go także fakt, że Khirk tak łatwo zdał sobie sprawę z bycia śledzonym. Tak jakby Inadanowi wcale nie zależało na zachowaniu tego w tajemnicy.

– Proszę w takim razie zacząć od swojej opowieści, panie krasnoludzie – elf skinął na Khirka – W końcu to pan pierwszy tu przybył, by powinszować naszemu nowemu Odźwiernemu objęcia stanowiska. Ma pan pierwszeństwo.

Krasnolud prychnął.

– Niespecjalnie mi na nim nie zależy. Nie jestem zbyt dobry w opowiadaniu historii – mruknął, łypiąc na elfa, który wyglądał na rozbawionego tym wyznaniem.

– Wcale pan być nie musi. Wystarczy, że poda pan fakty.

Także i ta odpowiedź nie poszła Khirkowi w smak.

– Nie mam nic przeciwko opowiedzeniu wszystkiego temu chłopaczkowi, ale niby dlaczego miałbym obnażać swoje sekrety przed pierwszym lepszym paniczykiem? Nie ufam ci, elfie.

– Z wzajemnością, krasnoludzie – odpowiedział zimnym tonem Inadan – Zwróciłeś się jednak z prośbą o pomoc do Odźwiernego. Obaj przystaliśmy na jego propozycję, a to już decyzja wiążąca.

Ze spojrzenia, jakim Khirk obrzucił pana Andersona, jasno wynikało, że gdy szukał pomocy u Odźwiernego, miał na myśli zupełnie inną osobę. Nie odezwał się już jednak.

– Proszę, tylko spokojnie panowie – starał się załagodzić sprawę Anthony, przywołując całą swoją cierpliwość, która wytrzymywała nawet słowotoki pani Sharp – Nie musicie mówić tego, co z jakiegoś powodu pragniecie zachować w tajemnicy. Mam nadzieję, że będziemy w stanie znaleźć jakieś wyjście z sytuacji bez znajomości drażliwych szczegółów.

W rzeczywistości sam pan Anderson nie wierzył zbytnio w swoje słowa, a na twarzach jego gości malowały się aż nazbyt widoczne wątpliwości. Nikt jednak nie oponował.

– Mam przedstawić fakty, tak? – upewnił się Khirk, spoglądając przelotnie na gospodarza, który kiwnął głową – Niech tak będzie. Faktem jest więc, że wracam do mojego rodzinnego gniazda po wypełnieniu istotnej misji i naprawdę nie mam czasu, który mógłbym trwonić, prowadząc jałowe dyskusje z nadętymi elfickimi szlachetkami. Tymczasem ten tu obecny królewicz już od dwóch dni w nader oczywisty sposób depcze mi po piętach z sobie znanego tylko powodu. Pragnąłbym go wreszcie poznać, a także dodać, że moi krewni nie oczekują obecnie żadnych elfickich gości ani też nie mają na takie odwiedziny ochoty. Póki więc szanowny pan nie raczy pozbawić mnie swojego zajmującego towarzystwa, nie będę w stanie pomóc ważnej dla mnie osobie.

Pan Anderson uważnie słuchał wypowiedzi krasnoluda, obserwując jego ruchliwą twarz. W miarę mówienia w oczach Khirka coraz mocniej płonął gniewny płomyk, jednak z jego postawy przebijał przede wszystkim niepokój. Anthony uznał, że krasnolud mówi prawdę (która jednak niewiele wyjaśniała). Wyraźnie powierzono mu ważne zadanie, nie chciał jednak wracać do krasnoludzkiej twierdzy z elfem na karku, co było całkowicie zrozumiałe. Pan Anderson zdążył się zorientować, że te dwie rasy faktycznie niezbyt za sobą przepadały. Nice dziwnego, że nie chciały ujawniać swoich sekretów tym drugim.

Przyszła kolej na Inadana. Pan Amnderson przeniósł wzrok na jego postać, rozświetloną migotliwym blaskiem lampy. Z jakiegoś powodu wciąż nie mógł znaleźć kontaktu.

W przeciwieństwie do Khirka, Inadan wydawał się zupełnie spokojny. Wpił tylko w krasnoluda spojrzenie swoich szmaragdowych oczu.

– Mi także powierzono pewne zadanie, które staram się wykonać jak najlepiej. Z tego powodu podążam za tym krasnoludem odkąd w nie do końca legalny sposób nabył pewien przedmiot. Moim obowiązkiem jest go odzyskać. To niezwykle niebezpieczna trucizna.

Reklamy

Ptak Północy – Rozdział I

Zara obserwowała go spod przymkniętych powiek. Nie dało się nie zauważyć, jak bardzo od nich się różnił. Wrażenie to potęgowały jeszcze usilne zabiegi, jakie podejmował, by pozostać w odosobnieniu. Już po kilku dniach nikt nie próbował nawiązać z nieznajomym rozmowy, nie wypytywał go o nic, tylko wszyscy zwyczajnie zaakceptowali jego obecność. Przywódca ich maleńkiej społeczności zadecydował, że obcy nie stanowił dla nich żadnego zagrożenia. W końcu jedyne czego pragnął, to anonimowość. Tylko starszy wiedział, kim tak naprawdę był tajemniczy podróżnik. Zarze to jednak nie przeszkadzało. Odkąd nieznajomy dołączył do ich taboru, niezmiennie ją fascynował. Usilnie starała się odkryć tego przyczynę, aż wreszcie zmuszona była uznać, że się po prostu zakochała. Gdy to odkryła, najpierw nie spała całą noc, a potem postanowiła, że podąży za ukochanym nawet na sam kraj świata i nic jej już od niego nie odłączy.

Na szczęście przez kilkanaście pierwszych dni września nie zanosiło się na to, by nieznajomy miał odłączyć się od taboru. Co prawda, nawet gdyby Zara miała jeszcze cały rok do namysłu, i tak nie zmieniłaby raz podjętego postanowienia. W tym czasie poznała imię podróżnika – Lore. „Bardzo ładne” – pomyślała i spędziła cały dzień w krainie niedorzecznych, acz całkiem przyjemnych marzeń. Matka z pasją okrzyczała ją nie raz i nie dwa za lenistwo, ale do Zary i tak nic nie docierało. Powtarzała sobie tylko to jedno słowo w głębi serca i miała nadzieję, że te piękne dni będą trwały jak najdłużej, a najlepiej, że już w ogóle się nie skończą.

Los bywa jednak przewrotny, zwłaszcza, gdy czegoś naprawdę mocno pragniemy. Mniej więcej pod koniec września na Zarę niczym grom z jasnego nieba runęła wieść, że ich tabor zawraca na południowy-zachód, czyli w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, w którym zmierzał Lore. Gdy dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że czeka ich rozstanie, przepłakała całą noc, wyrzucając sobie, że zapomniała o nadchodzącej zimie, którą zawsze spędzali w ciepłych krajach na południu. Nad ranem zaś przypomniała sobie o swoim postanowieniu i uznała, że nie ma innego wyboru, jak niewzruszenie przy nim trwać. Ewentualnie mogła jeszcze rzucić się pod odjeżdżające wozy w ramach niemego protestu przeciwko zabijaniu jej miłości.

Dzień przed odejściem podróżnika Zara spędziła na wzdychaniu i rzucaniu smętnych spojrzeń na to wszytko, co znała od dziecka, a co miała opuścić już na zawsze. Wiedziała, że rodzice, z racji na jej liczne rodzeństwo, nie będą rozpaczali. Osiągnęła już zresztą wiek stosowny do tego, by samej decydować o swoim losie. Miała jednak przeczucie, że będzie tęsknić za rodziną. Nie mogła jednak podjąć innej decyzji i miała nadzieję, że rodzice i cała społeczność to zrozumieją.

Przeczuwała, że Lore będzie próbował opuścić obóz przed świtem, by uniknąć ciekawskich spojrzeń. Wszystko miała przygotowane – swój tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami, list pożegnalny do rodziny, trochę pieniędzy na drogę. Ustawiła się przy oknie wozu, odsunęła delikatnie zasłonę i obserwowała ciemne, kanciaste kształty obozu. Czuła ogarniającą ją melancholię i, co gorsza, senność. Potrząsała z irytacją głową, pragnąc przegnać jedno i drugie. Wreszcie dostrzegła jakiś ruch w ciemnościach. Przygryzła wargę i rozpoczęła odliczanie. Przy stu cichutko, na paluszkach przecisnęła się przez zagracone wnętrze wozu do drzwi i jeszcze raz spojrzała na pozostałości swego dzieciństwa. Potem wyszła na mrok nocy. W marzeniach już wylewała gorzkie łzy w jego ramionach.

***

Na maleńkiej polance migotało ognisko, wokół którego w milczeniu siedziało dwoje podróżnych. Ona miała ciemną skórę i kręcone włosy, w których odbijał się blask ognia. Na jej twarzy malowała się nieśmiałość i niepewność, ale oczy dziewczyny rozmarzone wpatrywały się w człowieka siedzącego po drugiej stronie ogniska. Zakapturzony, przybrał malowniczą, niby niedbałą pozę samotnika, ale z jakiegoś powodu atmosfera wokół niego gęstniała z każdą sekundą. Napięcie zdawało się rosnąć, zupełnie samoistnie.

Ktoś, kto nie znał ich historii, mógłby całkiem opacznie zinterpretować tę scenę.

***

Zara nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Cała tęsknota za domem opadła z niej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy zobaczyła jego oczy i malujące się w nich cierpienie. Postanowiła, że właśnie ona go uszczęśliwi. W końcu nie kazał jej iść precz, tylko pozwolił jej zostać u swego boku, więc może sam coś do niej czuł. Nie odpowiedział, co prawda, nic na jej gorące wyznanie, ale wydawał się nim do głębi poruszony. Z pewnością nie była mu obojętna. Na pewno po prostu czuł się skrępowany jej obecnością i być może nawet… Nawet zbyt szczęśliwy, by w to szczęście uwierzyć? Zara spojrzała raz jeszcze czule na jego przygarbioną sylwetkę. Tak, jej życie już zawsze miało tak wyglądać.

Jej marzenia na jawie przerwał nagle niespodziewany dźwięk. Głębokie westchnienie wyrwało się z piersi Lore’a, a za nim z ust udręczonego wędrowca wymknęło się także dosyć nieporadne, aczkolwiek nadzwyczaj oryginalne przekleństwo. Zara w ciężkim szoku zapatrzyła się na mężczyznę, który tymczasem wstał, gwałtownym ruchem ściągnął z siebie płaszcz samotnika i wrzucił go do ognia.

– Cholerne przebranie i cholerna rola! – wrzasnął i ni stąd, ni zowąd, wybuchnął złowrogim, urywanym śmiechem. Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Lore tymczasem, wciąż z tym samym, obłąkańczym uśmiechem na ustach, ze swojego tobołka wyciągnął granatowy płaszcz z błazeńskimi, srebrzystymi gwiazdkami i owinął się nim ostentacyjnie.

– Chrzanić ostrożność i cały ten cyrk – wymruczał do siebie, a potem wbił w Zarę nieodgadnione spojrzenie – Ha! Chciałaś ze mną podróżować i nie dałaś sobie tego wybić z głowy, chociaż mówiłem ci, że nie powinnaś wiązać swego losu z kimś, kogo zupełnie nie znasz. Niech będzie. Specjalnie dla ciebie nie będę udawać już ponurych herosów z romansów dla naiwnych panienek i wyłożę kawę na ławę…

W tym momencie przerwał tylko po to, by teatralnym gestem pokazać na nią palcem, co było już wystarczająco niegrzeczne, pomijając całe jego szalone przemówienie. Zara wstrzymała oddech.

– W rzeczywistości, moja droga, jestem najbardziej znanym ze swego błazeńskiego charakteru magiem w stolicy! Spisania wszystkich moich wybryków i występków nie podjęliby się nawet elfowie z Północnej Wieży. A największym moim wykroczeniem jest głupota, której zawdzięczasz to, że tu stoisz, chociaż nie masz żadnego do tego prawa. Bowiem wyruszam w długą i niebezpieczną wyprawę, która…

Im więcej mówił, tym bardziej mag zapalał się do swojego przemówienia. Zara już od pewnego czasu nie słuchała go wcale, zastanawiając się, dlaczego dookoła niej panuje tak przedziwna cisza, a przed jej oczami latają mroczki. Zrozumiała, że za chwilę zemdleje, a, co jeszcze bardziej prawdopodobne, że umrze z rozpaczy albo na apopleksję, w każdym razie, nagłą śmiercią. Zrobiła więc jedyne, czego jeszcze mogła dokonać na tym padole łez i trzasnęła samozwańczego maga, który wyrzucał z siebie potoki słów, prosto w twarz.

***

– Powinnaś nauczyć się kontrolować swoją siłę. Masz jej zdecydowanie za dużo, jak na kobietę.

Trudno było stwierdzić, czy mag oczekiwał odpowiedzi na swoją uwagę, tak czy siak jednak, nie otrzymał jej. Zara nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Sukcesywnie ignorowała go odkąd obudziła się z czarnego, głębokiego snu i zdała sobie sprawę z tego, że nie tylko wciąż jeszcze żyje, ale w dodatku musi cierpieć okropny ból głowy. Chciało jej się płakać z żalu i wściekłości, gdy przypomniała sobie, jakie wypadki doprowadziły ją do tego momentu, ale była zbyt dumna, by sobie na to pozwolić. Tym bardziej, że mag, poza tą jedną uwagą, nie wspomniał ani słowem o nocnym incydencie, tylko w milczeniu przygotował im posiłek. Lewy policzek miał spuchnięty, a wargę rozciętą. Nie dało się nie zauważyć, że nie bardzo wiedział, co zrobić z Zarą, która wcale nie zdradzała ochoty powrotu do rodziny. Też miała dokąd wracać! Byłoby to równoznaczne z hańbą na całe życie. Nie, nie miała innego wyboru, jak wyruszyć w podróż wraz z tym obrzydliwym oszustem i przy najbliższej nadarzającej się okazji poszukać szczęścia i pracy w jakimś mieście.

Lore z pewnością z chęcią odwiódłby ją od tej decyzji, nie miał jednak najwidoczniej odwagi, by spróbować. Zara traktowała go jak powietrze i miała nadzieję, że tym samym wzbudzi w nim żal i poczucie winy. Może nawet mag będzie błagał ją na kolanach o przebaczenie? Miała w każdym razie nadzieję, że, jeżeli ma to nastąpić, nastąpi jak najszybciej. Nie zamierzała bowiem podróżować z magiem zbyt długo. Jakakolwiek niebezpieczna misja na niego czekała, ona z pewnością nie chciała brać w niej udziału.

***

Pierwszy dzień ich wędrówki był słoneczny i parny, aż dziw uwierzyć, że wrzesień miał się ku końcowi. Zara bez większego zainteresowania patrzyła na dobrze znany krajobraz. Wciąż jeszcze szli przez okolice, w których tabory często zatrzymywały się na jakiś czas. Miało się to jednak zmienić już wkrótce. Przed nimi czerniała ściana ogromnego lasu, który Zara zawsze oglądała tylko z bezpiecznej odległości. Na jego widok odczuła dreszczyk ekscytacji i na chwilę się ożywiła. Ten cień wyglądał tak kusząco! Czuła, że bezlitosne promienie słońca powoli pozbawiają ją sił. Zastanawiała się, jak mag wytrzymywał w swoim gwiezdnym płaszczu, na który znowu narzucił jakąś poszarzałą płachtę i przybrał niedostępny, ponury wyraz twarzy. Zara nie mogła na niego patrzeć. Ten widok przypominał jej o tym, że została w bezlitosny sposób oszukana.

Las, na który Zara spoglądała z takim wytęsknieniem, okazał się jeszcze bardziej dusznym, gorącym i zatęchłym miejscem niż łąki, po których do niedawna wędrowali. Wystarczyło pół godziny marszu, by dosłownie dusiła się ze zmęczenia i braku powietrza. Jeszcze chwila w tym lesie, myślała ponuro, a przełknę swoją dumę i zacznę go błagać, byśmy wynosili się z niego jak najszybciej. Podejrzewała nawet, że mag specjalnie zaciągnął ją w to straszne miejsce, by złamać jej opór, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by dała sobie spokój z takimi podejrzeniami. Od Lore’a biły troska i niepokój. Co jakiś czas przystawał i rozglądał się lub nasłuchiwał.

– Coś jest nie tak z tym lasem – mruknął za którymś razem – Bardzo, ale to bardzo pragnie rozdzierać, miażdżyć i mordować. Pierwszy raz czuję coś takiego. Im szybciej go opuścimy, tym lepiej.

Od czasu tego stwierdzenia, Zara czuła się jeszcze gorzej. Lore zwiększył tempo marszu, jednak nie wydawało się, by mieli wkrótce wyjść na wolną od drzew przestrzeń. Poza tym dziewczyna boleśnie zdawała sobie sprawę, że mag miał rację. Zewsząd otaczała ich wrogość. Gałęzie smagały ją po twarzy, potykała się o korzenie. Walczyła o każdy oddech. Zastanawiała się, czy mag nie mógłby coś na to poradzić. Nie czuła się już na siłach, by okazywać mu choćby cień pogardy. Jednak gdy już miała się do niego odezwać, jej zmysły zarejestrowały coś nowego. Ciężki, niepokojący zapach, który mógł oznaczać tylko jedno – rozlew krwi.

Wreszcie drzewa przerzedziły się i wyszli na okrągłą polanę, nad którą czerwieniło się wieczorne niebo. Powietrze stało się wreszcie nieco bardziej rześkie. Zara jednak zapomniała w ogóle o tym, że powinna odczuć ulgę. Zamiast tego poczuła się przytłoczona zapachem krwi i gnijących ciał, który przyniósł do niej lekki podmuch wiatru. Natychmiast odwróciła wzrok od żałosnych szczątków, które leżały na ziemi, poczuła jednak, że mimo to zaraz zwymiotuje. Przeniosła przerażony wzrok na maga, który ponurym wzrokiem oglądał trzymane w ręce ogromne, czarne pióro.

– A jednak – wyszeptał – Pogłoski były prawdziwe.

Wreszcie przeniósł wzrok na sparaliżowaną Zarę.

– Być może dobrze, że to zobaczyłaś – powiedział – Mam nadzieję, że teraz w końcu rozumiesz, dlaczego nie możesz dalej ze mną podróżować. Kiedy tylko opuścimy to przeklęte miejsce, nasze drogi powinny się jak najszybciej rozejść.

Zara słuchała go w milczeniu. Nie miała nawet siły, by powiedzieć mu, że od początku miała taki zamiar. Bała się, że już nigdy nie będzie w stanie wydobyć z siebie głosu.