Keanther – Rozdział III

Rozdział III

W którym pan Anderson podejmuje kolejnego gościa

– Panie Anderson! Paaaanie Andersooon!

Pan Anderson westchnął ciężko. W takich chwilach najbardziej żałował wpuszczenia do swojej pustelni tej hałaśliwej kobiety, która sama siebie zwała gospodynią. Dla Anthony’ego właściwszym określeniem byłoby nadzorca więzienny albo despotyczna bogini sprzątania. Przynajmniej jednak dobrze gotowała.

– Już idę, pani Sharp, idę! – odkrzyknął, litościwie przerywając najulubieńsze i najbardziej chyba szkodliwe dla zdrowia kobiety zajęcie, a mianowicie naśladowanie syreny pokładowej. Nie było dnia, by pani Sharp oszczędziła swemu pracodawcy koncertu wrzasków w stylu: „Paaanie Anderson, proszę zabrać z kuchni tę stertę zbutwiałych papierów, które nazywa pan książkami!” czy „Paaaanie Andersoooon! Jeżeli natychmiast nie zabierze pan ze stołu tych szpargałów, będzie pan jadł zupę z pańskim ukochanym atramentem!”. Na co pan Anderson niezmiennie odpowiadał, że jest to tusz rysunkowy, a nie atrament. Wraz z upływem godzin pracy, każdego dnia, pani Sharp chrypła coraz bardziej, aż ostatecznie zmuszona była żegnać Anthony’ego chłodnym skinieniem głowy, jakby uważała, że to wszystko jest jego winą. Pan Anderson znosił jej humory z anielską cierpliwością i tylko w skrytości ducha dziwił się, że gardło tej niemłodej już kobiety tak szybko się regeneruje i na następny dzień znów jest w stanie napełniać krzykiem cały jego dom. Czasami Anthony zastanawiał się, dlaczego nie zmienił jeszcze gospodyni na kobietę przynajmniej trochę spokojniejszą. Ale, jak to już zostało wspomniane, pan Anderson nie był jeszcze przyzwyczajony do wszechobecnej ciszy i potrzebował tej odrobiny życia, jaką wnosiła do jego domostwa energiczna pani Sharp. Co wcale nie oznaczało, że jego cierpliwość nie była poddawana ciężkiej próbie, właściwie codziennie.

Uprzedzając kolejny wrzask, mężczyzna pośpiesznie wstał od biurka i udał się w kierunku, z którego dobiegały odgłosy krzątaniny, tak charakterystyczne dla jego domu od czasu zatrudnienia gospodyni. Im głośniejsze się stawały, tym wyraźniejsze były złe przeczucia pana Andersona. Ostatecznego kształtu nabrały, gdy Anthony stanął przed uchylonymi drzwiami swojej sypialni, za którymi zalegała teraz złowróżbna cisza. Przez chwilę gospodarz przyzywał całą swoją odwagę, w myślach strofując się, że koniec końców znajduje się we własnym domu, w którym (teoretycznie) to jego słowo jest prawem. Ostatecznie jego męska duma wzięła górę nad strachem (słusznym!) i pan Anderson wkroczył do pokoju.

Sypialnia przedstawiała sobą obraz iście tragiczny. Sterty książek (które Anthony sam przyniósł tu z biblioteki) walały się po podłodze, szuflady wszystkich szaf w pomieszczeniu były powysuwane, a na środku pokoju, niczym bogini zemsty, stała gospodyni, z oskarżycielską miną trzymając w ręce prostokątną paczuszkę. pani SharpPoczątkowo, pan Anderson nie mógł sobie przypomnieć, skąd zawiniątko wzięło się w jego sypialni. Minął już niemal miesiąc od odwiedzin człowieka, który przedstawił mu ofertę pracy i cały ten czas paczuszka przeleżała w szufladzie pana Andersona. Po pierwszym okresie niepokoju i ciekawości, Anthony po prostu o niej zapomniał, zbyt zajęty pasjonującymi odkryciami dokonanymi w bibliotece, by odpakować książkę i rzucić nieco światła na tamte tajemnicze odwiedziny. Dopiero zobaczywszy paczkę w rękach pani Sharp, przypomniał sobie o tamtym wydarzeniu i uśpiona ciekawość na nowo się w nim obudziła.

– Panie Anderson – zakomenderowała tymczasem gospodyni – Czy może mi pan powiedzieć, co to jest?

– Hm… Podejrzewam, że książka – zaczął niezręcznie Anthony.

– Nie o to pytam! – przerwała mu kobieta tonem matki, która w szafce syna znalazła martwego szczura – Czy mógłby mi pan wyjaśnić, co tu robi to brudne zawiniątko, które, sądząc po zapachu, wsadził pan mokre do szuflady? Czy chce pan mieć pleśń w swojej sypialni? Może panu to nie przeszkadza, ale ja, jako pańska gospodyni…

W tym momencie pani Sharp włączyła na pełne obroty swój gderacki tryb. Pan Anderson patrzył bezradnie na swoją gospodynię, w zasadzie nie rejestrując jej słów, myśląc tylko o tym, jak zejść jej z oczu, jednocześnie zabierając ze sobą pakunek. Teraz, gdy już mu o nim przypomniano, uznał, że nic się nie stanie, jeżeli trochę bliżej przyjrzy się książce. A do tego potrzebował spokoju.

Ostatecznie pan Anderson poddał pole pani Sharp i wysłuchał całego jej kazania. Usprawiedliwiał się sam przed sobą, że tak czy siak nie był w stanie zaszyć się w jakimś cichym zakątku, póki ta kobieta napełniała terrorem jego dom, więc najrozsądniej było przeczekać burzę. Mimo to, gdy w końcu siadał w swoim ulubionym fotelu z cudem ocaloną paczuszką, boleśnie odczuwał to podeptanie jego męskiej dumy. W tym niezbyt dobrym nastroju rozpakował książkę. W zasadzie, nie wyglądała na szczególną. Prosta, bura okładka, na której nie widniał ani tytuł, ani nazwisko autora, z pewnością nie przykułaby wzroku kogoś, kto widział ją pierwszy raz na oczy. Jednak pan Anderson z jakiegoś powodu poczuł dreszczyk emocji.

– Bawimy się w tajemnice, co? – mruknął po części do książki, po części do nieznanego autora – No dobrze, pora poznać twój sekret.

Otworzył tomiszcze i, wdychając zapach butwiejącego papieru, zagłębił się w lekturze.

Początkowo Anthony nie był w stanie wytworzyć sobie jakiejkolwiek opinii na temat książki. Często jednak przekonywał się, że początek powieści może dać mylne wrażenie na temat całości, nie porzucił więc czytania. Kiedy wreszcie opisy ustąpiły miejsce jakiemuś wątkowi fabularnemu, pan Anderson z irytacją zauważył, że głowa opada mu na pierś, a oczy same się zamykają. Było to dosyć dziwne, ponieważ nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się o tak wczesnej porze zasnąć nad książką. Starał się przegonić senność, ale powieki coraz bardziej mu ciążyły, aż w końcu, zanim się spostrzegł, zapadł w głęboki sen.

Nie potrafił powiedzieć, co właściwie mu się śniło, choć jeszcze po przebudzeniu jakieś mgliste obrazy, podejrzanie pasujące do opisów w książce, krążyły po jego głowie niczym stado ciem lecących do światła. Był natomiast w stanie bezbłędnie wskazać, co go obudziło – walenie do drzwi. Znowu.

Z jękiem (może jednak dopadł go już reumatyzm?) podniósł się z fotela i w egipskich ciemnościach starał się odnaleźć drzwi prowadzące na korytarz. Gdy wreszcie mu się to udało, rozpoczął poszukiwania kontaktu ściennego, gdyż lampka zgasła, gdy spał, a ponaglany natrętnym pukaniem nie zdążył jej zapalić. Jednak kontaktu nie było. Coraz bardziej poirytowany pan Anderson dał w końcu spokój znikającym przedmiotom i po omacku podszedł do drzwi. Już z ręką na klamce poczuł, że coś było nie tak. O czymś zapomniał, lecz nie mógł natrafić na choćby ślad tego czegoś w pamięci. Był kompletnie rozkojarzony. Nie tylko więc otworzył drzwi przed kolejnym nieznajomym, ale i nie uzbroił się nawet w swój parasol.

Do hallu przez otawarte drzwi wpełzł zapach deszczu. Anthony ze zdziwieniem spoglądał na przemoczonego człowieka, który stał w jego progu. Po pierwsze, dopiero teraz uświadomił sobie, że na zewnątrz pada (czyżby deja vu?). Po drugie, nie miał wcale pewności, czy stojący przed nim mężczyzna faktycznie był człowiekiem.

Przede wszystkim, nieznajomy nie sięgał panu Andersonowi (również wzrostu co najmniej przeciętnego) nawet do ramienia. Jego twarz, nie dość, że skryta w cieniu, okolona była dodatkowo zmierzwionymi, mokrymi włosami. Osobnik miał także długą do piersi brodę, a ubierał się cokolwiek dziwacznie i nieadekwatnie do czasów, bo w gruby, włochaty płaszcz i nogawice. U jego pasa wisiał najprawdziwszy (o wszystkie świętości!) wojenny toporek. Krótko mówiąc, kolejny i jeszcze bardziej osobliwy gość pana Andersona, wyglądał i nosił się niczym najprawdziwszy krasnolud rodem z tolkienowskiego „Władcy Pierścieni”.

– No, nareszcie otworzyłeś te przeklęte drzwi, chłopcze! – zagrzmiał nieznajomy głosem, od którego panu Anthony’emu włosy stanęły dęba. – Ileż można stać na tym zimnie?

Dziesiątki niepowiązanych ze sobą myśli przewinęły się panu Andersonowi przez głowę. Jego uwagę przede wszystkim przykuło ostrze toporka człowieka-krasnoluda, niczym ironiczne stwierdzenie: „Tym razem tak łatwo ci twoja głupota nie ujdzie płazem”, ale jednocześnie jakaś część jego umysłu absurdalnie oburzyła się na określenie „chłopcze”.

Tymczasem osobnik zręcznie wyminął stojącego w przejściu jak słup soli gospodarza i wszedł do hallu, ciekawie rozglądając się dookoła, choć niewiele można było zobaczyć poprzez panujące tam ciemności.

– Mam wrażenie, że wiele się zmieniło, odkąd byłem tu ostatni raz. A przynajmniej tyle, że, jak widzę (lub nie), masz problemy z oświetleniem – mruknął. Pan Anderson w międzyczasie doszedł do siebie na tyle, by zamknąć drzwi. W całkowitym mroku, który po tym zapanował, Anthony gorzko pożałował, że to zrobił, uświadamiając sobie, że gdzieś w tej ciemności czai się nieznajomy z toporkiem. Ponownie zaczął macać ścianę w poszukiwaniu kontaktu, a nie znalazłszy go, zaproponował niezręcznie:

– Może przejdziemy dalej?

Uzyskawszy zgodę gościa, gospodarz zaprowadził go do biblioteki, gdzie, ku Khirkswojej niebotycznej uldze, przekonał się, że przynajmniej lampka naftowa go nie zawiodła. Przy świetle poczuł się nieco pewniej i otaksował wzrokiem niby-krasnoluda. Tak, u jego pasa faktycznie wisiał bojowy topór.

– Czy mógłby mi pan powiedzieć, kim pan jest i czego pan tu właściwie szuka? – zapytał z lekkim niepokojem w głosie pan Anderson. Nieznajomy spojrzał na niego tak, jakby gospodarz nie miał piątej klepki, a odpowiedź była oczywista. Widocznie przypomniał sobie jednak coś, co działało na korzyść Anthony’ego, gdyż w miarę uprzejmie odpowiedział:

– No tak, jesteś tu nowy, więc możesz nie wiedzieć. Szukam, oczywiście, schronienia, bo przecież to, między innymi, wy Odźwierni oferujecie. Schronienia przed deszczem… i jeszcze czymś innym, ale nie musisz się na razie tym kłopotać.

Pan Anderson z niepokojem rzucił okiem na ciemny prostokąt drzwi wiodących do hallu, zastanawiając się, przed czym ucieka jego osobliwy gość.

– Jeśli natomiast chodzi o moje nazwisko, – zaczął z ukłonem człowiek-krasnolud – to jestem Khirk z trzeciego krasnoludzkiego domu Tharzende.

Anthony Anderson po raz kolejny w przeciągu tych kilku miesięcy, które upłynęły od przeprowadzki do Kornwalii, oniemiał. Przez dłuższy czas stał na środku pokoju, podpierając się o oparcie fotela i spoglądając w niemym przerażeniu na domniemanego krasnoluda, z którego oczu z kolei, można było bezbłędnie wyczytać, że uważa swojego gospodarza za niespełna rozumu. Pan Anderson w zasadzie go za to nie winił. Prawdopodobnie właśnie tak wyglądał.

– Chyba… chyba muszę usiąść – wykrztusił w końcu, opadając ciężko na fotel.

– Nie krępuj się – odparł uprzejmie krasnolud, choć wyraz jego twarzy jasno dawał do zrozumienia, że uważa pana Andersona za cokolwiek bezużytecznego mięczaka. – Nie miałbym też nic przeciwko, gdybyś się przedstawił, o ile nie zapomniałeś jeszcze swojego imienia.

Coś w umyśle gospodarza zaprotestowało przeciwko takiemu impertynenckiemu traktowaniu, ale on sam tylko jęknął cicho. Zdecydowanie był za stary na takie rewelacje. Podał jednak Khirkowi swoje imię i nazwisko. Ten pokiwał w odpowiedzi głową, pochrząkując z mądrą miną, choć raczej nic mu to nie mówiło. „Co to za dziwadło?” – przeszło panu Andersonowi przez głowę.

– Przepraszam, panie Khirk… – zaczął.

– Wystarczy Khirk – burknął krasnolud – Nie noszę się tak wysoko jak pewne szpiczastouche książątka.

„Czyżby chodziło mu o elfów?” – myślał gorączkowo pan Anderson, porządkując całą swoją wiedzę o fantastycznych rasach występujących w jego ulubionych książkach i zastanawiając się, jakie to jeszcze istoty z gatunku tych „niebezpiecznych” mogą nawiedzić jego dom.

– Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kim jest „Odźwierny”, o którym mówiłeś? To jakaś funkcja? – pan Anderson zadał w końcu pytanie, które nurtowało go od jakieś czasu. Krasnolud wytrzeszczył w odpowiedzi oczy.

– Niebiosa! Chcesz powiedzieć, że o niczym nie wiesz?! – zagrzmiał, omal nie wywołując apopleksji u Anthony’ego, nie spodziewającego się takiej gwałtownej reakcji.

– Chyba… nie – pisnął, kuląc się w swoim fotelu pod palącym spojrzeniem Khirka.

– Niemożliwe! Stary John by ci nic nie powiedział? Był taki obowiązkowy! – na poły do siebie, na poły do Anthony’ego mruczał wyraźnie poruszony krasnolud.

– Stary John? – zdołał jedynie wykrztusić pan Anderson.

– Tak, poprzedni Odźwierny, który tu mieszkał – wyjaśnił zaniepokojony Khirk. „Zatem poprzedni właściciel domu też był zamieszany w ten cyrk” – ponuro pomyślał pan Anderson, a na głos powiedział:

– Niewiele mógł mi przekazać. Podejrzewam, że umarł na długo, zanim się tu wprowadziłem.

– Pewnie to dlatego od tak dawna nie było o nim widu ani słychu. Niech jego dusza spoczywa w pokoju – westchnął strapiony krasnolud – Ale to niedobrze, oj niedobrze. Miałem nadzieję, że pomożesz mi rozwiązać pewną dosyć drażliwą kwestię, a tu klapa! On powinien się tu zaraz zjawić, a ty jesteś tylko nieopierzonym młokosem. Oj, niedobrze!

Ponownie umysł pana Andersona podzielił się na dwie części, z których jedna oburzała się na „młokosa”, a druga drżała z niepokoju, zaalarmowana wzmianką o jakimś „nim”, który miał się „zaraz zjawić”. Anthony przejechał ręką po twarzy.

Dlaczego to spotkało właśnie jego?

Z jakiegoś powodu nie postała mu jeszcze w głowie myśl, że mógł po prostu śnić. Wszystko wydawało się zbyt realne. Rozważając teraz taką możliwość, ukradkiem uszczypnął się kilka razy w dłoń.

– Lepiej przestań, chłopcze – rzucił krasnolud, któremu nie umknął nawet ten drobny gest – Choćbyś sobie rękę odrąbał, niewiele ci to pomoże.

Zaśmiał się chrapliwie, zadowolony ze swojego żartu. Pan Anderson jęknął cicho. Wszystko to bez wątpienia było rzeczywiste. Na podłodze jego pięknej biblioteki siedział najprawdziwszy krasnolud i w najlepsze polerował ostrze swojego toporka. Nikogo widocznie nie obchodziło, że Anthony był za stary na bohatera książki fantasy.

Na tę myśl w jego głowie odezwał się alarm. Już wiedział, co go tak niepokoiło od jakiegoś czasu. Zerwał się z fotela i rozejrzał się po podłodze. Potem spojrzał na fotel, a następnie na stolik.

– Czego szukasz? – zapytał zaintrygowany krasnolud. Pan Anderson nie zwrócił na niego większej uwagi. Po głowie chodziła mu tylko jedna myśl. Nie było jej. Naprawdę jej nie było. Książka, od której wszystko się zaczęło, zniknęła. Pan Anderson jeszcze raz na próbę uszczypnął się w policzek. Czy to wszystko aby na pewno nie było tylko snem?

lampka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s