Keanther – Rozdział I

Rozdział I

W którym dom na klifie ponownie zostaje zamieszkany

Dom na klifie.jpg

Dom stał na szczycie wysokiego klifu. Widok ten był wciąż na tyle niezwykły dla nowego właściciela posiadłości, pana Anthony’ego Andersona, przywykłego z jednej strony do wielkomiejskich strzelistych wieżowców, a z drugiej do kamieniczek malutkich nadmorskich miejscowości, że aż zakręciło mu się w głowie. Temu nieco przerażającemu wrażeniu towarzyszyła jednak pewna duma. Było to uczucie właściwe ludziom, którzy, będąc całe życie czynszownikami, wreszcie stają się właścicielami skrawka ziemi i, co najważniejsze, własnego domu. Pan Anderson jakiś czas temu wszedł w posiadanie takiej właśnie posesji, położonej w malowniczej, nadmorskiej krainie, i wreszcie, po wypełnieniu całej biurokracji związanej z kupnem, mógł się wprowadzić do swojej nowej posiadłości. Co prawda, słowo „posiadłość” było być może zbyt górnolotne, a przynajmniej takim wydałoby się postronnemu obserwatorowi, który przypadkiem zabłądziłby w tamte strony. Skromność domostwa jednak szła w parze z niezwykłym urokiem tego miejsca – jedynego zagospodarowanego kawałka ziemi w promieniu kilku mil. Tutaj ludzki pierwiastek stał w harmonii z dzika naturą. Bielone ściany piętrowego domu porastały różane pnącza z czasem rozrosły się poza drewniane kraty. W ogrodzie dziko rosnące zioła przeplatały się z zasadzonymi przez poprzedniego właściciela kwiatami, tworząc barwny kobierzec. W ogóle zaś, świadczące o niegdysiejszej bytności ludzkiej kamienne ścieżki, drewniana altana czy chociażby firanki w oknach, nosiły na sobie ślady długiego zaniedbywania. Z drugiej strony jednak, nawet zapuszczony, był to dom bardzo ładny – skromny, lecz urokliwy i stanowiący doskonałe uzupełnienie otaczającego go krajobrazu.

Uroda domku wprawiała pana Andersona w jeszcze większą dumę i jego dobrego humoru nie popsuło nawet widmo czekającej go ciężkiej pracy przy doprowadzeniu budynku do w miarę przyzwoitego stanu. Zapłacił człowiekowi, który go przywiózł w to odosobnione miejsce, złapał walizki i ruszył żwawym, choć nieco chwiejnym krokiem (on sam lubił nazywać go dziarskim) w stronę bielutkiego domu.

Aż do popękanych schodów poprowadziła go wąska, wykładana kamieniami, ścieżka. Na ostatnim stopniu pan Anderson z westchnieniem ulgi złożył swoje tobołki i wyjąwszy z kieszeni klucze, zaczął mocować się z drzwiami. Zardzewiały zamek wcale nie ułatwił mu zadania, a gdy w końcu ustąpił, nowego właściciela owiał silny zapach stęchlizny. Anthony musiał zatkać nos, zanim wszedł do środka. Przeszło mu przez myśl, że powinien był poprosić którąś z wioskowych gospodyń o pomoc w wysprzątaniu domu. Ponieważ jednak nie zrażał się tak łatwo trudnościami, postanowił samodzielnie podołać temu zadaniu. Wstawił walizki do pierwszego pokoju jaki znalazł i zakasał rękawy. Postanowił zacząć od przewietrzenia całego domu.

Pan Anthony Anderson podjął decyzję o zakupie tej malutkiej, uroczej działki w północnej części Kornwalii jeszcze zanim przeszedł na emeryturę. Bardziej jednak niż walory krajobrazowe, przemówił do niego spokój panujący w nieco zapuszczonym domku na wysokim, kredowym klifie. Cisza i niemal całkowite odizolowanie od świata były tym, czego najbardziej potrzebował po latach spędzonych w Londynie, który nie spełniał żadnego z tych wymogów. Oczywiście, sama posiadłość oraz okolica, w której była położona, miały dużą wagę dla pana Andersona, toteż w pewną sobotę wybrał się on na dwudniową wycieczkę do Kornwalii połączoną z oględzinami swego potencjalnego przyszłego miejsca zamieszkania. W niedzielę po południu wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć i wracał do Londynu bardzo zadowolony. Nie był to człowiek unikający wysiłku, toteż stan, w jakim zastał domostwo zupełnie mu nie przeszkadzał. Bardzo zaś spodobała mu się okolica – ze wszech miar dzika i w najmniejszym nawet stopniu nie przekształcona przez człowieka, o którego bytności w tym miejscu świadczył tylko dom o bielonych ścianach. O przypieczętowaniu decyzji kupna przesądził fakt, że najbliższe miasteczko (czy też większa wioska) znajdowało się niewiele ponad piętnaście minut od działki. Było to wystarczająco daleko, by pan Anderson mógł cieszyć się spokojem i samotnością, a zarazem na tyle blisko, by w razie potrzeby miał możliwość dotrzeć pieszo do miejscowości. Prawdziwy problem pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby panu Andersonowi stało się coś na tyle poważnego, że nie zdołałby zadzwonić po pomoc. Jeżeli spojrzeć z tej strony na decyzję o zamieszkaniu na takim odludziu człowieka w jego wieku (sześćdziesiąt cztery lata!), wyszłoby na to, że była to decyzja wysoce nierozsądna. Anthony wychodził jednak z założenia, że skoro jak dotąd cieszył się idealnym niemal zdrowiem (choć czasami dokuczały mu stawy), to do zabezpieczenia jego najbliższej przyszłości, czyli, jak mniemał, co najmniej piętnastu lat, wystarczy, jeżeli zatrudni gospodynie na pół etatu, która nawiedzałaby jego samotnię przed śniadaniem, a opuszczała po obiedzie. Tym sposobem pan Anderson miałby zapewnione dwa smaczne (a przynajmniej taką żywił nadzieję) posiłki z trzech. Nigdy zaś nie uważał się za wybitnego kucharza, wiec był to argument koronny. Oczywiście, nie podobała mu się perspektywa spędzania tylu godzin w domu, po którym krzątałaby się jakaś stateczna matrona (wszyscy wiedzą, jakie są stateczne matrony), głośna i despotyczna, ale, jak kalkulował, jeżeli znalazłby kobietę uprzejmą, byłby w stanie to znieść. Nie mógł także przymykać oczu na fakt, że sam nie dałby sobie rady z porządkowaniem swojej „rezydencji”. Nie wiedział, co prawda, na ile kobieta jest mu w stanie pomóc (mycie okien to jedno, ale naprawa instalacji elektrycznej to już co innego), spodziewał się jednak, że kwestia ta znajdzie swoje rozwiązanie już w tym tygodniu.

Poza zatrudnieniem gospodyni, w celu zabezpieczenia swojego bytu, pan Anderson zamierzał także wybrać się na długi spacer po okolicy, podczas którego być może znalazłby sąsiadów, o których istnieniu dotąd nie miał pojęcia. Taka możliwość wywoływała w nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony, zdecydowanie ograniczyłoby to przestrzeń jego samotni, którą w znacznym stopniu ograniczałaby już gospodyni, z drugiej strony jednak byłaby to kolejna osoba, do której mógłby się zwrócić w razie problemów.

Takie właśnie myśli towarzyszyły panu Anthony’emu, gdy dokonywał oględzin domu, otwierając okno za oknem. Nie znaczyło to wcale, że nie zastanawiał się nad tymi sprawami przed przeprowadzką, a nawet wręcz przeciwnie. Po prostu, jak dotąd nie zdołał znaleźć idealnego rozwiązania zaistniałego problemu. Powtarzał sobie jednak niezmordowanie, ze wszystko się wyklaruje na miejscu. Nie tracił więc ducha ani w zatłoczonym Londynie, wyczekując wymarzonej przeprowadzki, a ni już w małym domku w północnej części Kornwalii.

Gdy wreszcie pan Anderson pozwolił sobie na chwilę odpoczynku, słońce już zachodziło, złocistymi promieniami zalewając białe ściany domu na klifie. Anthony, który wyszedł, by zapalić fajeczkę, podziwiał ten widok w niemym zachwycie. Orzeźwiająca bryza idąca od mieniącego się złotem i różem morza delikatnie owiała jego twarz zwróconą ku widnokręgowi. Pan Anderson westchnął, w pełni zadowolony z siebie i otaczającego go świata, a potem przysiadł na schodku, wyjął fajansową fajeczkę, zapalił i z lubością zaciągnął się dymem. Czerpał tym większą przyjemność z tego odpoczynku, że był to odpoczynek zasłużony. Pan Anderson przez większą część swojego życia nie miał potrzeby wykonywania jakiejkolwiek pracy fizycznej, więc dzisiejszy wysiłek okazał się dla niego całkowitą nowością. Był wiec z siebie dumny, zwłaszcza, że efekty jego pracy z każdą godziną stawały się coraz bardziej widoczne. Nie tylko pozbył się nieprzyjemnego zapachu stęchlizny, ale i zdążył obejść cały dom i dokonać (jego zdaniem fachowej) oceny poszczególnych pomieszczeń. W najbardziej opłakanym stanie znajdowała się kuchnia, w której, ku swojej konsternacji, Anthony odnalazł mocno już podniszczone resztki nietrwałych produktów spożywczych. Szczęściem jednak większość pokoi użytkowych nie wymagała prac drastycznie przekraczających umiejętności nowego właściciela, co w praktyce oznaczało, ze żadne robactwo bardziej uciążliwe niż mole najprawdopodobniej się nie zagnieździło. Było to nadzwyczaj pocieszające, zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość drewnianych elementów w całym budynku. Trochę niepokoiły go mole, których obecność zdawała się oczywista, miał jednak nadzieję zakupić w miasteczku naftalinę i szybko się ich pozbyć. Tymczasem umieścił swoje bagaże w jednej z sypialni (tej, w której stało łóżko wyglądające na najbardziej stabilne) i postanowił, ze następnego dnia ułoży plan zajęć i niezbędnych czynności, które powinien wykonać w ciągu najbliższego tygodnia. Na samym początku listy widniało polecenie: „Zakupić pościel!”. Niestety, pan Anderson znalazł jedynie zatęchłą i pogryzioną przez mole kołdrę, co w zasadzie dało się przewidzieć, lecz z jakiegoś powodu nie przeszło Anthony’emu przez myśl. Zmuszony był wiec spędzić noc pod jednym jedynym kocem, który zabrał ze swojego starego mieszkania. Żałował teraz, ze postanowił pozostawić w nim większość swojego dobytku, a zwłaszcza kolorową, puchową kołdrę. Na swoje usprawiedliwienie mógł powiedzieć tylko, że gdy pierwszy raz odwiedził dom na klifie wraz z agentem nieruchomości, nie wyglądał on tak tragicznie. Z drugiej strony, to wrażenie pana Andersona było najprawdopodobniej skutkiem jego roztrzepania i nieuwagi. Pocieszyć się mógł Anthony chociaż tym, ze przed przeprowadzką dopilnował, by instalacje elektryczna i hydrauliczna zostały sprawdzone, a także, w razie potrzeby, naprawione. Poza tym zaś, jak to już zostało powiedziane, Anthony Anderson, mimo tych wszystkich niedogodności, był zadowolony i usatysfakcjonowany tym, co zdążył zrobić, a mianowicie wykształceniem sobie ogólnego oglądu na stan domu.

Po chwili odpoczynku, spędzonej na puszczaniu kółek z dymu i podziwianiu widoków, pan Anderson w końcu, wypaliwszy cały tytoń, wstał z cichym stęknięciem z nagrzanego schodka. Choć tarcza słoneczna nie skryła się jeszcze za horyzontem i wciąż było przyjemnie ciepło, pierwsze oznaki nadchodzącego wieczoru zjawiały się już na niebie w postaci małych gwiezdnych oczek. Wiatr zmienił kierunek i wiał teraz od lądu, w stronę morza. Pan Anderson postanowił w końcu odwiedzić swój ogród.

Istniały dwa powody, dla których Anthony Anderson nie zamieniłby domu na klifie na żaden inny, a były to: zakurzona biblioteka pełna starych książek, należących jeszcze do poprzednich właścicieli, a także ów zarośnięty ogród. Te dwa miejsca szczególnie przypadły panu Andersonowi do gustu już w chwili, w której zobaczył je po raz pierwszy, zanim dokonał ich dokładniejszych oględzin. Wyjaśnienie tego zjawiska leży w naturze samego Anthony-ego Andersona – naturze refleksyjnego i romantycznego marzyciela. Anthony od najmłodszych lat uwielbiał książki – uwielbiał je czytać, patrzeć na nie, dotykać ich. Najbardziej do gustu przypadły mu te, dzięki którym mógł przenosić się do nieznanych, fantastycznych krain, w których egzystowały magiczne stworzenia, niezwykłe wydarzenia były na porządku dziennym, a bohaterowie przeżywali niesamowite przygody. Młody Anthony chciwie karmił tymi opowieściami swoją wyobraźnię i marzył o tych książkowych i swoich własnych czarodziejskich światach. Czytywał wiec Tolkiena, Dianę Wynne Jones, Ursulę Le Guin, C.S. Lewisa i wielu wielu innych, samemu pragnąc zostać pisarzem. Z czasem ta fascynacja nieco osłabła, ale zarazem okrzepła, jakby przenosząc się na inny poziom, gdy chłopiec stał się młodzieńcem i zrozumiał, że poza jego marzeniami wznosi się świat realny, nie tak magiczny, a jednak również oferujący wiele możliwości. Swoje zainteresowanie literaturą zaczął więc aktywnie dzielić z przyjaciółmi, jednocześnie otwierając się coraz bardziej na innych ludzi. Okazało się zarazem, ze jego natura marzyciela nie czyniła go wcale zatwardziałym samotnikiem, choć zawsze cenił sobie bardzo ciszę.

W końcu Anthony poszedł na studia, dostając się na Uniwersytet Oksfordzki, jednak jego marzenie o współtworzeniu książek pozostało. Czas jednak nieco je zmodyfikował i gdy młody pan Anderson ukończył studia, traf sprawił, że podjąwszy się kilku pomniejszych prac, znalazł wreszcie stałe zatrudnienie, które było odpowiedzią na wszystkie jego skryte marzenia. Anthony został ilustratorem w jednym z londyńskich wydawnictw i wykonywał te pracę aż do przejścia na emeryturę w chlubnym wieku sześćdziesięciu czterech lat.

Gdy w przyszłości mężczyzna wracał pamięcią do tamtych czasów, nie mógł się nadziwić swojemu szczęściu. Musiał jednak szczerze przyznać się sam przed sobą, że o wiele trudniej byłoby mu uwierzyć we własne szczęście, gdyby został pisarzem, o czym kiedyś marzył najbardziej na świecie. Po prawdzie bowiem, chociaż Anthony kochał książki i wiele razy próbował przelać na papier własne pomysły, jego umiejętności pisarskie nie dorastały do wysokiej poprzeczki postawionej przez jego wyobraźnię.

Już jednak od lat dziecięcych dał się on poznać jako utalentowany rysownik. Wiele czasu spędzał tworząc własne ilustracje do ulubionych książek. Nie żywił jednak zbytnich nadziei, gdy zgłaszał swoją kandydaturę w związku z ogłoszeniem wydawnictwa „Pendragon” (mimo ze kształcił się w kierunku artystycznym, który to kierunek wybrał co prawda pod wpływem impulsu). Co się zaś ostatecznie okazało, Anthony został zaakceptowany ku swojemu niepomiernemu zdziwieniu i, trochę oszołomiony, a wręcz przestraszony własnym szczęściem, rozpoczął pracę, która miała dać mu tyle radości i satysfakcji, ile nie spodziewał się zaznać w życiu.

Znając choćby tylko te szczegóły jego życiorysu, nietrudno jest się domyślić, dlaczego pan Pan AndersonAnderson, przechodząc na emeryturę, wybrał właśnie mały domek z ogrodem, położony na klifowym wybrzeżu Kornwalii, na miejsce, w którym miał spędzić resztę swojego życia. Nie tylko idealnie współgrał on z artystyczną częścią jego jestestwa, ale wyglądał, wypisz, wymaluj,jak domek z którejś z tych powieści czytanych przez Anthony’ego w dzieciństwie. Dlatego też i szczęście nowego właściciela z faktu posiadania własnej, wymarzonej posiadłości w pewnym sensie było szczęściem czysto dziecięcym.

O ile słowo „rezydencja” wydać by się mogło nawet więcej niż trochę górnolotne w przypadku domu na klifie, o tyle ogród w pełni zasługiwał na swoje miano, mogąc gardzić o wiele mniej okazałymi, podmiejskimi ogródkami. Dosyć szeroka alejka (zarośnięta miejscami, co prawda, ale, według pana Andersona, dodawało jej to tylko uroku) wiodła, wśród krzewów dzikich róż do maleńkiej altanki za domostwem, otoczonej przez sędziwe cedry. Anthony powoli nią spacerował, kontemplując „ogrodowe” życie, które dookoła niego tętniło. Choć sama przestrzeń zagospodarowana została przez człowieka, to jednak te wiele lat, w których ogród pozbawiony był troskliwej reki ogrodnika, pozwoliło roślinom na swoiste „rozluźnienie obyczajów”, co poskutkowało zdziczeniem wszelkich mieszkańców tego urokliwego miejsca. Toteż pan Anderson przyznawał sam przed sobą, że cokolwiek na rękę był mu fakt, ze taki stan rzeczy bardzo mu odpowiadał, nie musiał wiec martwić się tym, w jaki sposób należałoby przywrócić ogród do stanu pierwotnego porządku. Tymczasem jednak, nowemu właścicielowi chaos nie przeszkadzał, bynajmniej, w jego mniemaniu czynił to miejsce wręcz magicznym, niepodlegającym ludzkiej kontroli. To własnie najbardziej podobało się panu Andersonowi w jego nowym ogrodzie.

Z drugiej strony, pewne prace porządkowe wydawały się niezbędne. Anthony cieszył się z niezależności ogrodu, mimo to uważał, że ludzki wysiłek włożony w zagospodarowanie tego miejsca nie powinien iść na marne. Dlatego też układał zarówno dalekosiężne plany, nie mające szans na zrealizowanie, jak i krotka listę drobiazgów „do zrobienia”. W tamtej chwili czuł większy niż zwykle zapał, który w każdym momencie mógł przepełnić go całego, wydostać się na zewnątrz, a następnie, co było właściwe takim przelotnym inspiracjom, powoli zgasnąć. Do niczego jednak takiego nie doszło, gdyż tę energię pan Anderson zamierzał wykorzystać przede wszystkim w celu przywrócenia świetności pewnemu pomieszczeniu, szczególnie bliskiemu jego sercu. Tak kalkulując, Anthony, będą wciąż jeszcze w nieco zrujnowanej altance w ogrodzie, myślami już błądził po swojej nowej bibliotece.

Gwoli szczerości, należy dodać, że była to także pierwsza prawdziwa biblioteka Anthony’ego Andersona. Oczywiście, jego kawalerkę przepełniały książki, jednak mieszkanie było po prostu zbyt małe, by przeznaczono na nie osobny pokój. Tym, ale z pewnością nie tylko tym, należy tłumaczyć zachwyt pana Andersona prywatna biblioteką domu na klifie.

Chociaż czas w dosyć widoczny sposób wycisnął na niej swoje piętno, biblioteka w chwili przeprowadzki wyglądała niczym wzór porządnej i wciąż przytulnej (chociaż brudnej i nieco zapuszczonej) domowej biblioteki. Miała wielkość zbliżoną do salonu domostwa i ściany wyklejone dystyngowaną tapetą, nieco już oszpeconą przez ciemne plamy i zacieki. Tapeta jednak specjalnie widoczna nie była – w końcu w tym pokoju królowały regały. Setki książek, w większości starych i podniszczonych, stały na polkach, zachęcając do sięgnięcia po nie i zapoznania się z ich historiami. Dookoła, doskonale widoczny w rozświetlonym pomieszczeniu wirował kurz. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez odsłonięte okna, zwrócone ku morzu, gdy pan Anderson stał w progu i wdychał jedyny w swoim rodzaju zapach wysłużonych książek i z miną zdobywcy rozglądał się po tym pomieszczeniu, od dawna będącym przedmiotem jego marzeń. Pan Anderson miał to szczęście, że nie tylko dwa z jego największych życzeń spełniły się jednocześnie, ale także owo spełnienie nie szło w parze z gorzkim rozczarowaniem. Z marzeniami już tak jest, że gdy się spełniają, to czynią to często w sposób zgoła inny niż pragnęliśmy. A wtedy życzenia już cofnąć nie można. Ci więc, którzy przeżyli zarówno takie rozczarowanie, jak i słodkie spełnienie ideału, być może lepiej zrozumieją człowieka, który na stare lata otrzymał od życia coś, czego zapragnął jeszcze jako dziecko. W istocie, tak marzenie, jak i szczęście pana Andersona były niby wspomnienie wciąż żywego dzieciństwa. Toteż nawet już leżąc w swoim „nowym” (a zarazem rozklekotanym i wysłużonym) łóżku, Anthony przez długi czas nie mógł zasnąć, podekscytowany i nieco zaskoczony wszystkimi zmianami, które tak nagle zaszły w jego życiu. Gdyby zaś wiedział o tych, które dopiero miały nadejść, nie spałby zapewne całą noc, a nie zasnął ledwie po północy, jak to uczynił.

fajka

Reklamy

3 thoughts on “Keanther – Rozdział I

  1. bardzo ciekawie się zapowiada, jednak pierwsze co się rzuca w oczy to…. fragmenty przeredagowane z innych tekstów. To nawet nie sa fragmenty, a zdania… stoi to w dużym kontraście z twoimi własnymi wypowiedziami….

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s