Ptak Północy – Rozdział III

„Lepiej uważaj, kobieto.”

Tak. Tak właśnie powiedział kot. A potem dodał jeszcze:

„Bo spalisz sobie ten swój śliczny nosek”.
***

Moira nigdy nie uważała swojego życia za łatwe, a odkąd zyskała nową pracodawczynię, stało się ono jeszcze trudniejsze. Co prawda, nigdy nie ułatwiał go fakt, że Moira nie potrafiła zaakceptować rzeczywistości, która sprawiła, że młoda i piękna dziewczyna nie mogła żyć na poziomie, tylko musiała zatrudniać się jako służąca. W opinii Moiry, jej pracodawcy niczym szczególnym nie zasłużyli na swoje pieniądze czy pozycję, czyli ogólnie rzecz biorąc, los lepszy niż ona – tym bardziej więc nie zasługiwali na jej szacunek. O dziwo jednak, oni mieli zupełnie inne zdanie w tej kwestii, co było przyczyną licznych nieporozumień. W ten sposób w przeciągu roku Moira zaliczyła kilkanaście różnych miejsc pracy i zaczynało ją nużyć czekanie na księcia, który przerwałby ten impas i ją wybawił z ciężkiej sytuacji materialnej.

Nie spodziewała się, że mogłoby jej się przytrafić coś gorszego niż niskie urodzenie, dlatego była niemile zdziwiona, gdy jej nowa pracodawczyni okazała się największym kłopotem, z jakim Moira miała dotąd do czynienia.
***

Po pierwsze, Kornelia de Logan parała się alchemią. W jej domu było więc pełno łatwo tłukliwych rzeczy, łatwopalnych substancji i starych, zakurzonych ksiąg z kategorii „nie-dotykać-pradawna-wiedza”, co czyniło jakiekolwiek czynności sprzątające wręcz niemożliwymi.

Po drugie, pani Kornelia była tym typem człowieka, który nawet nie mając, co do garnka włożyć, nie powinien brać się za alchemię. Zapominalska, roztrzepana, wiecznie z głową w chmurach. Chyba tylko za sprawą cudu udało jej się przejść przez życie bez stania się przyczyną jakiegoś większego wybuchu czy dziejowego pożaru. Życie Moiry w jej domu stało się nieskończonym koszmarem naznaczonym przeogromnym stresem. Przez kilka pierwszych tygodni nie mogła spać, zastanawiając się, czy do rana dom i ona sama będą w jednym kawałku. Gdyby tylko miała lepszą ofertę, z miejsca wymówiłaby pani Kornelii.

No i był jeszcze ten kot.
***

Kot pojawił się „nagle i niespodziewanie” w domu przy ulicy Felernej i już tam został. Wzbudzał niepokój sąsiadów i przerażenie połączone z niewyjaśnionym obrzydzeniem u służącej. Tylko sama właścicielka zdawała się zupełnie nie przejmować jego niezwykłością.

Kocur był gruby i ogólnie rzecz biorąc, ogromny – może nawet wielkości dziesięcioletniego dziecka. Smoliście czarny, miał jedno oko niebieskie ze złotą obwódką, a drugie dziwnie białe. Nie to jednak było najbardziej specyficzne odnośnie jego wzroku, a raczej spojrzenie pełne ukrytego rozumu i ironicznych, figlarnych błysków. W ruchach rozważny i nobliwy, sprawiał wrażenie możnowładcy, który okazuje łaskę sługom samą swoją obecnością. Nikt nie czuł się komfortowo w jego obecności, chyba tylko poza samą panią Kornelią, która wszelkie skargi przyjmowała z roztargnionym uśmiechem. Sama zajmowała się kocurem, by zarówno Moirze, jak i jemu, oszczędzić konieczności częstego przebywania we własnym towarzystwie. Ona go nie cierpiała i bała się go, a on zachowywał się tak, jakby uważał ją za głupią i niewartą uwagi. Dziewczyna wielokrotnie wypłakiwała się z tego powodu u pani Kornelii, ta jednak nie potrafiła zareagować na te skargi inaczej, niż zdziwionym spojrzeniem.

Tym sposobem, pomimo tych wszystkich niedogodności, kot został w domu pani Kornelii.
***
Kornelia de Logan ostrożnie odłożyła odrapaną probówkę. Ponieważ jednak ostrożność nie była jej mocną stroną, część zawartości probówki podziurawiła i tak już dziurawy stół. Kobieta drgnęła, słysząc za sobą miękkie stąpanie Nolla.
– Kiedy będziesz gotowa do drogi? – odezwał się głęboki głos, łudząco podobny do mruczenia. Kornelia założyła pasmo włosów za ucho.
– Trudno mi to jednoznacznie określić – odparła – Mikstura, o którą prosisz, jest bardzo czasochłonna, zwłaszcza przy takich składnikach, jakie mam tu dostępne.
– Przecież wiem – fuknął kocur, wskakując na parapet – Poza tym, ja nie proszę, ja żądam. Już ci to mówiłem.
– A ja nie spełniam żądań, tylko prośby. Też ci to już mówiłam.

Noll wydał z siebie lekceważąco-obrażony dźwięk, ale już się nie odezwał. Przyglądał się pracującej Kornelii.
– Jak to możliwe, że masz jeszcze wszystkie kończyny, ba! włosy? – mruknął z fascynacją – Wąsiki mi się jeżą na sam widok.
Kornelia wstała od stołu, strącając przy tym zlewkę i zaraz łapiąc ją w locie, z dziwną jak na nią zręcznością.
– Powiedzmy, że mam po prostu szczęście – uśmiechnęła się lekko – A kiedy ty byś chciał wyruszyć?
Noll zastanawiał się przez chwilę.
– Już? – zaryzykował.
– A jakiś bardziej sensowny pomysł? – zachęciła go Kornelia – Pamiętaj, że potrzebujemy czasu, by mikstura osiągnęła odpowiedni stan skupienia, poza tym muszę załatwić pewne sprawy przed podróżą. No i wreszcie, Północ to nie jest obecnie zbyt bezpieczna okolica…
– Ech, w ludzie! – fuknął kocur – Ciągle popadacie w jakieś skrajności. Albo jesteście zbyt pochopni, albo się ociągacie. Mówiłem ci, że od bezpieczeństwa masz mnie.
– Wybacz, ale prosisz o coś niemal niemożliwego – Kornelia bezradnie rozłożyła ręce i odwróciła się do stołu na znak, że rozmowa skończona.
– Żądam -mruknął kot, ale już nie kłótliwym tonem.
– Jak zwał, tak zwał.
***
Kilka tygodni po pojawieniu się okropnego kota, Moira została porażona niczym gromem okropną nowiną. Oto pani Kornelia wyruszała w podróż i ona, najbardziej wierna z służących, która tak wiele wycierpiała, znów zostaje bez pracy. Przez pierwszych kilka dni żyła jak w odrętwieniu, potem przyszły ulga i nadzieja, a gdy one odeszły, został tylko strach. Gdzie teraz znajdzie posadę, skoro jej reputacja była bardziej dziurawa niż łachy, w których kiedyś musiała chodzić? Czego by o niej nie powiedzieć, pani Kornelia dobrze płaciła i nie zwracała uwagi na nieuprzejmość Moiry.
„Wybacz, że tak wyszło. Dam ci dobre referencje” – tylko takiego wyjaśnienia się doczekała. Pewnie, że da dobre referencje, tylko, ile będą one warte, skoro sama alchemiczka takich nie miała!

Moira była pewna, że to wina obrzydliwego kocura i nie znosiła go za to jeszcze bardziej. Odkąd objął dom w posiadanie, nic tylko się puszył i wywyższał. Pani Kornelia była zbyt dobra, by pokazać mu, gdzie jest jego miejsce. Moira żałowała, że musi ją opuścić. Nawet jeżeli była to najbardziej niebezpieczna i najmniej tego świadoma osoba, jaką kiedykolwiek spotkała.
***

Dzień pożegnania nadszedł pochmurny i chłodny. Jesień już zawitała do miasta na granicy Wschodnich Rubieży i zaraz po świcie powietrze było ostre i rześkie. Kornelia raz jeszcze sprawdziła, czy owoc pracy ostatnich kilku dni był bezpiecznie zapakowany. Po niej podejrzliwie rzucił okiem Noll i po raz kolejny zdziwiło go, że chwilami ta kobieta potrafiła być aż nazbyt zręczna.
– Jeśli wszystko w porządku, to wyruszamy! – zakomenderowała.

Razem przemykali uśpionymi jeszcze uliczkami. Noll nalegał, by czas opuszczenia miasta pozostał w tajemnicy. Wiedziała o nim tylko Moira, ale na niej można było polegać, że jeśli trzeba, nie piśnie słówka.

Przy bramie miejskiej Kornelia zatrzymała się na krótką chwilę, by w zadumie spojrzeć na miejsce, w którym mieszkała od urodzenia. Nagle jej uwagę przykuła drobna sylwetka, która poprzez rzadkie mgły zmierzała w ich stronę.

Po chwili zdumiona Kornelia patrzyła z niedowierzaniem na swoją służącą, która zdyszana stała przed nią z tobołkiem. Z urywków zdań zrozumiała, że Moira pragnie podróżować razem z nimi.
– Ależ dziewczyno! – wykrzyknęła zszokowana – Ja wyruszam na Północ!
– Wiem – przytaknęła niewesoło Moira – A ten kocur razem z panią. Ale ja nie mam wyboru. Kończą mi się pieniądze, a w tym mieście raczej nikt mnie już nie zatrudni.

Ptak Północy – Rozdział II

Dwóch krasnoludów weszło do zadymionego pomieszczenia. Na krótką chwilę spojrzenia wszystkich zebranych skierowały się w ich stronę. Nie wyglądali na prawdziwych krasnoludzkich bogaczy, ale też nie piszczała u nich bieda, jak w mgnieniu oka oszacował karczmarz. Taktownie odwrócił wzrok, dokonawszy tych oględzin. Liczył przynajmniej na zapłatę w gotówce, dlatego nie chciał płoszyć nowo przybyłych gości.

Po chwili w zajeździe znów zapanował zwykły zgiełk. Przybysze zostali obejrzani i zaakceptowani przez zgromadzenie, toteż nikt się więcej nimi nie kłopotał, a wręcz nie zwracał na nich uwagi. Taki stan rzeczy wyraźnie im odpowiadał. Zamówili po kufelku u karczmarza i zaszyli się gdzieś w lewym kącie sali. W tym momencie śledziła ich już tylko jedna para oczu.

W każdej karczmie jest chociaż jeden stały bywalec, do którego nikt się nie zbliża. Do tego typu ludzi należał zakapturzony brodacz o mrocznym, lekko drwiącym spojrzeniu, który zwykł zajmować ostatni stolik tuż przy zachodniej ścianie. Siadywał tam każdego wieczoru, okryty przyjemnym półmrokiem i dymem dziesiątek fajek i obserwował. W oko wpadali mu tylko cudzoziemcy, najwięksi dziwacy, obdartusy czy ludzie po prostu nieznani nikomu pod wartym wspomnienia imieniem. W wiosce nikt nie miał pojęcia, czym zajmuje się tajemniczy mężczyzna, gdy akurat nie siedzi na swoim posterunku. Nazywali go Hansem i skrycie sobie z niego podrwiwali. Nikt jednak nie miał odwagi się do niego odezwać. Pijał tylko wodę i, kiedy akurat nie miał kogoś na oku, zabawiał się, podrzucając tępy nóż w ręku. Jednak nikt nie pamiętał o tym, że nie był on naostrzony, gdy zimna stal błyskała raz po raz w półcieniu.

Jednym słowem, podejrzewano go o rozmaite ciemne sprawki, ale czysto teoretycznie, gdyż nikt nie kwapił się do niego w ogóle odezwać, a co do dopiero cokolwiek mu udowadniać.

Otóż właśnie Hans tamtego wieczoru upatrzył sobie parę krasnoludzkich podróżników jako nowe cele obserwacji. Kilka osób zaznajomionych z dziwacznymi nawykami mężczyzny zauważyło to i wymieniło dyskretne uśmiechy, jednak sami delikwenci zdawali się wcale nie czuć na sobie uważnego wzroku Hansa i w spokoju zajmowali się swoimi kufelkami. Nikt jednak nie spostrzegł, że tym razem mężczyzna nie schował swojego noża za pazuchę, jak to miał w zwyczaju, ale wsunął go do rękawa. Na jego twarzy, zasłoniętej szczelnie kapturem, widniał drapieżny uśmiech. Bowiem Hans całkowicie przypadkowo usłyszał coś, o czym nie mieli pojęcia inni goście zajazdu – a mianowicie wyłowił z chrapliwej konwersacji krasnoludów słowo „północ”. Mógł więc z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że celem podróży krasnoludów była właśnie Północ.

Wieści o tym, co dzieje się na Północy, dotarły nawet do tej malutkiej, zapyziałej wioski i przez kilka tygodni były głównym tematem rozmów spragnionych nowinek i skandali mieszkańców. Ponieważ od zagrożonych terenów dzieliły ich setki kilometrów, przejęcie, z jakim przekazywali sobie posłyszane w karczmie wiadomości, miało niewiele wspólnego z przerażeniem czy strachem. Nie dało się jednak nie zauważyć, że niektóre z docierających pogłosek o wyludniających się miastach i wsiach, lasach pochłaniających coraz to nowe osiedla ludzkie czy drapieżnych zwierzętach, które żywiły się krwią żywych budziły lekki niepokój nawet w najbardziej głuchych i odizolowanych od świata. Słowo „północ” wywoływało więc przeróżne emocje właściwie u wszystkich, jednak, jak to zwykle bywa, u niektórych intensywniejsze niż u innych.

Hans oczywiście słyszał o tym wszystkim i bez wątpienia wiedział jeszcze więcej niż to, co powtarzali podróżni. Jednak, mimo wzmożonych obserwacji, nie udało mu się znaleźć kogoś, kto odpowiadałby jego kryteriom i dodatkowo kierował się na północ. A to z tego prostego powodu, że mało kto podróżował w tamte strony, a nie wracał nikt. Hans myślał co prawda o samotnej podróży, jednak zbyt wiele mógł na tym stracić. Czuł także, że nie dojrzał jeszcze do tak śmiałej decyzji. Dlatego każdego wieczora przesiadywał w zajeździe i śledził wzrokiem osobników pasujących do jego kryteriów towarzysza podróży. Aż do pojawienia się w karczmie dwóch krasnoludów, z różnych powodów odrzucał kolejnych potencjalnych kandydatów.  Większość z nich, choćby posiadała największe zalety, po prostu w najśmielszych snach nie myślała o wędrowaniu w tym najgroźniejszym i najbardziej ryzykownym kierunku. Dlatego Hans, wyczulony na sam dźwięk tego słowa, przeważnie srogo się zawodził. I tym razem wszystkie przesłanki przemawiały za tym, że po raz kolejny jego plany zakończą się fiaskiem. Z drugiej strony jednak, coś mówiło mu, że szczęście może wreszcie się do niego uśmiechnąć.

***

– Zarezerwowałem nam nocleg.

Naz spojrzał ponuro na kuzyna znad smętnie pustego kufla.

– Wciąż nie jestem pewien, czy zostawanie tu na noc jest najlepszym pomysłem. Tamten typ nie spuszcza z nas wzroku, a, powiadam ci, nie jest to życzliwe spojrzenie – nieznacznym ruchem głowy wskazał na wciśniętą w kąt sali zakapturzoną postać. Efra spojrzał obojętnie we wskazanym kierunku.

– Pytałem karczmarza o tego człowieka – powiedział – Miejscowy oryginał. Najwyraźniej jego jedynym zajęciem jest obserwowanie podróżnych. Nie jesteśmy pierwsi.

– Być może on akurat jest nieszkodliwy – zgodził się Naz – Ale z pewnością nie możesz powiedzieć tego o Nich.

– Tym bardziej nie powinniśmy ryzykować noclegu pod gołym niebem – Efra opróżnił swój kufel – To nie jest ich terytorium, więc jest duże prawdopodobieństwo, że pod dachem, wśród ludzi, unikniemy nieprzyjemności.

– Obyś miał rację – westchnął Naz i postanowił zamówić drug kufelek.

***

Hans stał pod dziurawym dachem, czając się w cieniu gdzieś koło kuchennych drzwi karczmy i wsłuchując się ponuro w melodię deszczu. Czekał aż właściciel zamknie wreszcie zajazd i uda się na spoczynek, by mógł zająć lepsze stanowisko obserwacyjne. Przemoczony płaszcz ciążył mu nieco, ale mężczyzna zdążył już pogodzić się z tym, że na tym świecie, jeżeli chciało się czegoś uzyskać, cierpliwość była najlepszym środkiem do osiągnięcia celu. Coś mu natomiast mówiło, że podróżni, którzy go tak zaciekawili, należeli do tego gatunku wędrowców, których zawsze ktoś szukał i, przeważnie, znajdował, a więc było na co czekać. Hans doskonale znał takich ludzi, a w pewnym sensie, sam był takim człowiekiem – ściganym przez przeszłość. Z tą różnicą, że z czasem zmienił się z ofiary w myśliwego.

Około drugiej w nocy delikatne poruszenie gdzieś w cieniu koło zachodniej strony budynku przykuło jego uwagę. Powolnym, wystudiowanym ruchem mocniej naciągnął kaptur na twarz i przylgnął do ściany. Tylko jego oczy się poruszały, bacznie obserwując. Czekał, aż ruch w ciemnościach się powtórzy. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę z tego, że podświadomie wstrzymywał oddech. Choć starał się do tego przed sobą nie przyznawać, tym razem był bardziej niespokojny niż podczas swoich poprzednich obserwacji. Jego umysł już wyrywał się ku Północy, choć on sam nie miał jeszcze odwagi, by całkowicie poddać się temu uczuciu. Zdawał sobie sprawę, że tym, co tak naprawdę przez tyle lat powstrzymywało go przed powrotem, był jego własny strach.

***

Naz poruszył się niespokojnie i odemknął do połowy jedno oko. Nowy dźwięk, który, jak sobie zakodował, oznaczał niebezpieczeństwo, nagle zaburzył jego sen. Po chwili przypomniał sobie, że gdy szli z Efra do wynajętego na noc pokoju, zauważył, że schody delikatnie skrzypią i uznał to za dużą zaletę. Tak, to z pewnością musiało być to. Ledwo słyszalnie, ale jednak – schody na korytarzu skrzypiały.

Ręka krasnoluda powoli podążała ku toporkowi, który przezornie położył na podłodze koło łóżka. Tak, jak przewidywał, wygody nie wyszły im na dobre. Żałował, że dał się uspokoić kuzynowi i nie przeforsował swojego zdania. Ale nie martwił się zbytnio. Wychodzili już z gorszych opresji. Jego palce miały właśnie zacisnąć się na trzonku, gdy nagle żelazny uścisk zablokował jego przegub.

Zaskoczony zapomniał o ostrożności i podniósł wzrok. Napotkał parę stalowych oczu zawieszonych w czarnej przestrzeni. Zrozumiał wiadomość przez nie przekazywaną. Ale także rozpoznał to spojrzenie. Rozluźnił mięśnie ramienia, a trzymająca go dłoń zwolniła uścisk. Obserwował z zainteresowaniem, jak ciemna sylwetka przepływa w stronę drzwi i znika tam w głębokich cieniach. Ustabilizował oddech i odprężył się. Teraz wszyscy czekali. A przynajmniej poza uśpionym Efra.

***

Domniemany napastnik miał nie tylko pecha w związku ze skrzypiącymi schodami. Okazało się, że drzwi, otwierane z takim namaszczeniem i uwagą, również były kapryśne i wydały z siebie przeciągły, żałośliwy dźwięk. Po nim do uszu Naza doleciało ciche przekleństwo, w porę zduszone, gdy delikwent uświadomił sobie, w jakim celu tu przybył. Natomiast ostatnim dźwiękiem, który rozległ się sekundę po tym, było głuche łupnięcie. Dopiero wtedy obudził się Efra.

Naz zapalił świecę i błyskawicznie przyszpilił wzrokiem pierwszego nocnego gościa tak, by nie miał czasu uciec. Ten jednak ze stoickim spokojem wpatrywał się w leżącą na podłodze sylwetkę.

– Widzę, że prowadzicie nader urozmaicone nocne życie – mruknął Hans i rzucił przelotnie, inteligentne spojrzenie na Naza – Znacie tego mężczyznę?

Naz pokręcił głową. Efra wciąż jeszcze nie do końca rozbudzony wpatrywał się w Hansa z niedowierzaniem.

– A kim ty jesteś, hę? Ciebie też nie znam – warknął groźnie.

Mężczyzna spojrzał na niego obojętnie.

– Mądry po szkodzie, co? – powiedział jakby do siebie i zwrócił się znów do Naza – Tacy jak ten na podłodze zawsze przychodzą z jakiegoś powodu.

– Coś sugerujesz? – Efra spojrzał na niego wyzywająco. Hans wzruszył ramionami.

– Chciałbym wiedzieć, z jakiego powodu – odparł obojętnym tonem – Zwykła ciekawość.

– Oczywiście, że tak – Naz uprzedził kuzyna z odpowiedzią – Z powodu przypadku. Czy takie wyjaśnienie wystarczy?

Wargi Hansa wykrzywiły się mimowolnie w grymasie niepokojąco przypominającym uśmiech.

– Jak sobie życzysz, panie krasnoludzie. Tymczasem, doradzałbym jak najszybsze opuszczenie tego miejsca. Tak… profilaktycznie. Na wypadek powtórzenia się takiego „przypadku”.

– Tak niezwłocznie zrobimy – odparł krasnolud i odwrócił się do swoich tobołków na znak, że rozmowa skończona.

– Chwileczkę. Tak szybko się mnie nie pozbędziecie.

Naz i Efra spojrzeli na niego zaalarmowani specyficzną nutą w jego głosie. Hans wymusił uśmiech.

– Coś mi się chyba należy za uratowanie waszego życia.

Efra już miał się oburzyć na to zuchwałe żądanie, gdy kuzyn powstrzymał go gestem. Z zainteresowaniem patrzył na przygarbionego mężczyznę w płaszczu.

– Nie proszę o nic, na co nie byłoby was stać … – zaczął.

– To już ocenimy my – przerwał mu Naz.

– Tylko pośpiesz się, zanim ten na podłodze się ocknie – mruknął Efra.

Racja, pomyślał Hans. Wóz albo przewóz. Odetchnął głęboko.

– Weźcie mnie ze sobą na Północ.

Keanther – Rozdział IV

Rozdział IV

W którym pokazuje się zawiłości w relacjach pomiędzy krasnoludami a elfami

Sytuacja, w której nagle i niespodziewanie znalazł się pan Anderson, bynajmniej nie stwarzała idealnych warunków do snu. Na środku jego biblioteki siedział najprawdziwszy krasnolud, rysując piękny, wypolerowany parkiet swoim toporkiem, a gość o wiele niebezpieczniejszy miał dopiero przyjść w „odwiedziny”. Mimo to, czy to z powodu zmęczenia, które dopadło go, gdy minął szok, czy też przez usypiające mruczenie krasnoluda, a może po prostu z powodu podeszłego wieku Anthony w końcu przysnął w swoim fotelu, porzucając łamanie sobie głowy nad zagadką znikającej książki.

Keanther 04 Khirk

Obudził się niedługo po północy, jeszcze bardziej połamany i zmęczony. Ostrożnie rozejrzał się po pokoju spod na wpół przymkniętych powiek. Krasnolud wciąż siedział na podłodze i spał oparty o jego regał, pochrapując. Jednak wydawało się, że poza nim nikogo obcego nie było w pokoju. Ulgę, którą poczuł pan Anderson, zdawszy sobie z tego sprawę, nieco umniejszał fakt, że teraz nie miał już złudzeń – choć wydarzenia ostatnich kilku godzin z pewnością nie należały do kategorii zwyczajnych, nie były także snem.

Po jakimś czasie, w którym pan Anderson bezskutecznie starał się ponownie zapaść w sen, chrapanie krasnoluda nagle ustało, a on sam niespokojnie się poruszył i odemknął jedno oko. Jego spojrzenie przeszyło Anthony’ego, który wzdrygnął się.

– Już tu jest – rzucił, wydawałoby się, całkowicie spokojnie. Jeszcze nie skończył mówić, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem nie było to niespokojne pukanie przemoczonego i wymiętego petenta, który dał mu książkę, ani też impertynenckie walenie krasnoluda, ale dostojne stuk-stuk, nie nazbyt głośne, ale doskonale słyszalne.

– No, idź i otwórz, chłopcze – pospieszył go Khirk, gdy pan Anderson zastygł w progu, mierząc krasnoluda niespokojnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, co właściwie powinien zrobić, by wyjść z całej sytuacji bez szwanku – To twój obowiązek jako Odźwiernego, otwierać drzwi wszystkim istotom mającym do ciebie jakiś interes – dodał.

Nie przekonało to Anthony’ego.

– Wszystkim? Czy to nie jest aby trochę niebezpieczne?

– Nie martw się, nikt cywilizowany nie tknie Odźwiernego nawet palcem. Reszta może pocałować klamkę. I nie zapomnij wziąć lampę!

Pan Anderson podniósł lampkę ze stolika i ponownie ruszył w stronę korytarza, jednak ciągle coś nie dawało mu spokoju.

– A skąd mogę wiedzieć, czy petent jest cywilizowany?

– Nie mam pojęcia. Wy Odźwierni macie na to swoje sposoby – krasnolud machnął ręką – Zapewniam cię, że ten jest. Ale idźże już i otwórz mu! Każda kolejna minuta spędzona na tym deszczu tylko bardziej go irytuje.

Anthony westchnął zrezygnowany. Khirk wyraźnie nie zamierzał dotrzymać mu towarzystwa. Nie było więc sensu tego odwlekać.

Znajoma droga do drzwi dłużyła mu się bardziej niż zwykle (choć sama w sobie nie była specjalnie długa). Zastanawiał się przy tym, czy reszta jego życia ma mu upłynąć w ten sposób – na otwieraniu drzwi i goszczeniu we własnym domu podejrzanych osobników. A na to właśnie wyglądało, skoro, bez własnej wiedzy, ale jednak, został mianowany „Odźwiernym”. Tym razem przynajmniej gość miał być cywilizowany (choć pan Anderson miał na to tylko słowo krasnoluda).

Anthony dotarł wreszcie drzwi i, nie mogąc tego dłużej odwlekać, otworzył je na ciemną, mokrą noc.

– Trochę kazał mi pan czekać – odezwał się spokojny głos należący do wysokiej postaci stojącej za progiem. Pan Anderson wymamrotał przeprosiny i gestem zaprosił nieznajomego do hallu. Uniósł nieco lampę, by lepiej mu się przyjrzeć i aż zaniemówił z wrażenia. Nawet krasnolud z toporkiem nie przygotował go na widok najprawdziwszego elfa. Bo to właśnie elf wkroczył właśnie do jego domu. Jego wysmukła sylwetka, lśniące oczy, a nade wszystko lekko szpiczaste uszy nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Jedynie obojętny (a może nawet lekceważący!) wyraz jego twarzy nieco kłócił się z wyobrażeniami pana Andersona o tolkienowskim elfie.

Keanther 04 Inadan

Podczas gdy Anthony dyskretnie dokonywał swoich oględzin, w korytarzu pojawił się Khirk i obrzucił elfa ponurym spojrzeniem.

– Tak myślałem, że to ty. Czułem twoją irytującą obecność gdzieś za sobą.

– Trochę pokory, panie krasnoludzie – odparł beznamiętnie elf swoim dźwięcznym głosem.

– Ach, rozumiem. Moja uniżoność w zamian za pogardliwą elficką uprzejmość (o ile w ogóle można nazwać to uprzejmością!) – zadrwił Khirk – Chyba podziękuję.

Elf nieznacznie uniósł brew, ale poza tym całkowicie zignorował krasnoluda. Zamiast tego, zwrócił się do pana Andersona, który w czasie tej oschłej wymiany pozdrowień zamknął drzwi wejściowe, zastanawiając się, czy już powinien zacząć „rozwiązywanie konfliktu”. Uznał jednak, że rozsądny człowiek, za jakiego się uważał, nie powinien mieszać się nieproszony w nieswoje sprawy. W końcu przecież nikt go jeszcze o to oficjalnie nie poprosił.

– Mniemam, iż to pan jest naszym nowym Odźwiernym – zapytał elf, ze spokojem patrząc Anthony’emu w oczy.

– Tak sądzę – odparł niezręcznie pan Anderson – Anthony Anderson, miło mi pana poznać.

– Mi również – padła odpowiedź, która nie brzmiała ani wiarygodnie, ani fałszywie, lecz po prostu beznamiętnie – Jestem Inadan an’el Andaravilien karn.

Elf skłonił się nieznacznie z dłonią na piersi. Niceo zmieszany pan Anderson odkłonił się w odpowiedzi. Gdzieś za ich plecami Khirk prychnął pogardliwie na te ceremonie, lecz przeszło to bez jakiegokolwiek odzewu ze strony Inadana.

– Może przejdziemy dalej? – zaproponował w końcu elf, przerywając niezręczną ciszę.

– Tak, proszę – odparł pośpiesznie Anthony, zły na siebie, że zapomniał o obowiązkach gospodarza. Poprowadził gości do biblioteki. Tam Khirk ponownie usadowił się na podłodze, nic sobie nie robiąc z drwiącego spojrzenia Inadana, któremu pan Anderson oddał ulubiony i jedyny w pomieszczeniu fotel. Sam gospodarz zaszył się w jak najciemniejszym kącie i pragnął stać się niewidzialnym. Niestety jednak, rozmowa zeszła na jego temat.

– Mam nadzieję, że zdążył się już pan wdrożyć w obowiązki Odźwiernego – zwrócił się do niego uprzejmie Inadan – Ja i tu obecny pan krasnolud mamy pewną delikatną sprawę, którą chcielibyśmy panu przedłożyć.

Pan Anderson milczał, zastanawiając się, czy jeden wieczór można uznać za wystarczająco dużo czasu na „wdrożenie się” w jakiekolwiek obowiązki. Z pomocą (i nieco cyniczną odpowiedzią) przyszedł mu krasnolud.

– To na nic, elfie – burknął ponuro, ściągając na siebie pytający wzrok Inadana – Stary John umarł zanim zdążył przekazać mu jakakolwiek wiedzę na temat fachu.

– Johnatan Smith nie żyje? – zapytał elf, po raz pierwszy naprawdę pokazując zdziwienie, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt delikatnego smutku – Rozumiem. Pokój jego duszy.

Westchnął i przez chwilę w pokoju panowała cisza. Wreszcie jego spojrzenie ponownie spoczęło na panu Andersonie.

– Nie jest pan więc odpowiednio przygotowany do odegrania swojej roli, prawda?

Mimowolnie pan Anderson uniósł brew, nie wiedząc, na ile było to pytanie retoryczne. Przecież on nawet nie wyraził zgody na bycie żadnym Odźwiernym. Okrzyknięto go nim właściwie bez udziału jego woli.

Inadan widocznie wyczytał to w jego oczach, ponieważ nieznacznie skinął głową na znak, że rozumie i zwrócił się do Khirka.

– Wygląda na to, że jesteśmy zmuszeni rozwiązać naszą sprawę na własny rachunek.

– Z miłą chęcią, paniczyku – uśmiechnął się drapieżnie krasnolud, gładząc ostrze swojego toporka.

Dwaj goście pana Andersona wyraźnie zbierali się do wyjścia. W zasadzie powinno go to cieszyć lub przynajmniej przynieść mu ulgę. Zamiast tego czuł się rozczarowany.

– Proszę, poczekajcie panowie – zaczął, sam nie wierząc, że robi to, co robi. Elf i krasnolud spojrzeli na niego zdziwieni. Pan Anderson znów uczuł lekki niepokój, ale postanowił brnąć dalej.

– To prawda, że nie mam żadnego doświadczenia jako Odźwierny. Nie wiem nawet, skąd panowie się tu wzięli (poza tym, że weszli panowie moimi drzwiami). Wszystko to, o czym panowie tu rozprawiają brzmi dla mnie niczym żywcem wyjęte z książki pokroju „Hobbita”. Myślę jednak, że mogę się panom na coś przydać, nawet jeśli nie jako Odźwierny, to chociaż jako niezaangażowana w sprawę osoba trzecia. Poza tym, skoro mój poprzednik umarł, nie zdążywszy przekazać mi swej wiedzy, sądzę, że sam powinienem zacząć zdobywać doświadczenie i to niezwłocznie.

Wreszcie pan Anderson skończył swoją przemowę i odetchnął głęboko. Był z siebie więcej niż kontent, chociaż nie miał pewności, czy jego argumenty miały wystarczającą moc do przekonania słuchaczy.

– W zasadzie nie mam nic przeciwko obecności strony trzeciej – mruknął po namyśle Inadan, ponownie moszcząc się wygodnie w fotelu. Khirk tylko siedział na podłodze i wlepiał w pana Andersona oczy okrągłe jak spodki.

– Na moją brodę, chłopcze! – rzucił w końcu, kręcąc głową z niedowierzaniem – Masz gadane. Może jeszcze będą z ciebie ludzie.

Anthony niemal uśmiechnął się, słysząc ten „komplement” z ust krasnoluda, chociaż gdyby to ktoś inny ośmielił się powiedzieć mu coś takiego, niechybnie by się obraził. Poczuł jednak ulgę, że jego własna przygoda (być może miał szansę nawet na „podróż tam i z powrotem” niczym Bilbo Baggins) jeszcze się nie zakończyła. Z drugiej strony, trochę wstydził się tego swojego wybuchu. W każdym razie, wyglądało na to, że goście zamierzali jednak zostać w domu na klifie.

– Jeśli nie mieliby panowie nic przeciwko, pragnąłbym poznać lepiej waszą sprawę – upewniwszy się, ze dopiął swego, rzekł pan Anderson, przybierając poważny ton głosu zarezerwowany tylko dla rozmów z bardzo ważnymi ludźmi – Sądzę, że naświetlenie przyczyn konfliktu będzie pomocne przy jego rozwiązywaniu.

Propozycja ta najwyraźniej spotkała się z aprobatą krasnoluda, który pokiwał ze zrozumieniem głową . Inadan przyjął ją z chłodną akceptacją.

– Chłopak ma rację, elfie – burknął Khirk, obrzucając Inadana jadowitym spojrzeniem – Ja także pragnąłbym poznać powody, dla których przyczepiłeś się do mnie niczym rzep do psiego ogona.

Pan Anderson z trudem powstrzymał się od uniesienia brwi zarówno dla przyczyny zadziwiającego oświadczenia krasnoluda, jak i lekceważenia, jakie okazywał dla jego sędziwego wieku. Przede wszystkim jednak uderzył go fakt, że sam Khirk nie wiedział, dlaczego Inadan za nim podążał. Gdzie więc był tu konflikt? Czy powodował go sam fakt, że elf śledził krasnoluda? A może obydwaj z góry zakładali sprzeczność interesów, nawet nie znając spraw tego drugiego? Będąc całkowicie szczerym ze sobą, Anthony musiał przyznać, że brzmiało to w jego uszach nieco śmiesznie. Zastanawiał go także fakt, że Khirk tak łatwo zdał sobie sprawę z bycia śledzonym. Tak jakby Inadanowi wcale nie zależało na zachowaniu tego w tajemnicy.

– Proszę w takim razie zacząć od swojej opowieści, panie krasnoludzie – elf skinął na Khirka – W końcu to pan pierwszy tu przybył, by powinszować naszemu nowemu Odźwiernemu objęcia stanowiska. Ma pan pierwszeństwo.

Krasnolud prychnął.

– Niespecjalnie mi na nim nie zależy. Nie jestem zbyt dobry w opowiadaniu historii – mruknął, łypiąc na elfa, który wyglądał na rozbawionego tym wyznaniem.

– Wcale pan być nie musi. Wystarczy, że poda pan fakty.

Także i ta odpowiedź nie poszła Khirkowi w smak.

– Nie mam nic przeciwko opowiedzeniu wszystkiego temu chłopaczkowi, ale niby dlaczego miałbym obnażać swoje sekrety przed pierwszym lepszym paniczykiem? Nie ufam ci, elfie.

– Z wzajemnością, krasnoludzie – odpowiedział zimnym tonem Inadan – Zwróciłeś się jednak z prośbą o pomoc do Odźwiernego. Obaj przystaliśmy na jego propozycję, a to już decyzja wiążąca.

Ze spojrzenia, jakim Khirk obrzucił pana Andersona, jasno wynikało, że gdy szukał pomocy u Odźwiernego, miał na myśli zupełnie inną osobę. Nie odezwał się już jednak.

– Proszę, tylko spokojnie panowie – starał się załagodzić sprawę Anthony, przywołując całą swoją cierpliwość, która wytrzymywała nawet słowotoki pani Sharp – Nie musicie mówić tego, co z jakiegoś powodu pragniecie zachować w tajemnicy. Mam nadzieję, że będziemy w stanie znaleźć jakieś wyjście z sytuacji bez znajomości drażliwych szczegółów.

W rzeczywistości sam pan Anderson nie wierzył zbytnio w swoje słowa, a na twarzach jego gości malowały się aż nazbyt widoczne wątpliwości. Nikt jednak nie oponował.

– Mam przedstawić fakty, tak? – upewnił się Khirk, spoglądając przelotnie na gospodarza, który kiwnął głową – Niech tak będzie. Faktem jest więc, że wracam do mojego rodzinnego gniazda po wypełnieniu istotnej misji i naprawdę nie mam czasu, który mógłbym trwonić, prowadząc jałowe dyskusje z nadętymi elfickimi szlachetkami. Tymczasem ten tu obecny królewicz już od dwóch dni w nader oczywisty sposób depcze mi po piętach z sobie znanego tylko powodu. Pragnąłbym go wreszcie poznać, a także dodać, że moi krewni nie oczekują obecnie żadnych elfickich gości ani też nie mają na takie odwiedziny ochoty. Póki więc szanowny pan nie raczy pozbawić mnie swojego zajmującego towarzystwa, nie będę w stanie pomóc ważnej dla mnie osobie.

Pan Anderson uważnie słuchał wypowiedzi krasnoluda, obserwując jego ruchliwą twarz. W miarę mówienia w oczach Khirka coraz mocniej płonął gniewny płomyk, jednak z jego postawy przebijał przede wszystkim niepokój. Anthony uznał, że krasnolud mówi prawdę (która jednak niewiele wyjaśniała). Wyraźnie powierzono mu ważne zadanie, nie chciał jednak wracać do krasnoludzkiej twierdzy z elfem na karku, co było całkowicie zrozumiałe. Pan Anderson zdążył się zorientować, że te dwie rasy faktycznie niezbyt za sobą przepadały. Nice dziwnego, że nie chciały ujawniać swoich sekretów tym drugim.

Przyszła kolej na Inadana. Pan Amnderson przeniósł wzrok na jego postać, rozświetloną migotliwym blaskiem lampy. Z jakiegoś powodu wciąż nie mógł znaleźć kontaktu.

W przeciwieństwie do Khirka, Inadan wydawał się zupełnie spokojny. Wpił tylko w krasnoluda spojrzenie swoich szmaragdowych oczu.

– Mi także powierzono pewne zadanie, które staram się wykonać jak najlepiej. Z tego powodu podążam za tym krasnoludem odkąd w nie do końca legalny sposób nabył pewien przedmiot. Moim obowiązkiem jest go odzyskać. To niezwykle niebezpieczna trucizna.

Keanther 04 mieszek

Ptak Północy – Rozdział I

Zara obserwowała go spod przymkniętych powiek. Nie dało się nie zauważyć, jak bardzo od nich się różnił. Wrażenie to potęgowały jeszcze usilne zabiegi, jakie podejmował, by pozostać w odosobnieniu. Już po kilku dniach nikt nie próbował nawiązać z nieznajomym rozmowy, nie wypytywał go o nic, tylko wszyscy zwyczajnie zaakceptowali jego obecność. Przywódca ich maleńkiej społeczności zadecydował, że obcy nie stanowił dla nich żadnego zagrożenia. W końcu jedyne czego pragnął, to anonimowość. Tylko starszy wiedział, kim tak naprawdę był tajemniczy podróżnik. Zarze to jednak nie przeszkadzało. Odkąd nieznajomy dołączył do ich taboru, niezmiennie ją fascynował. Usilnie starała się odkryć tego przyczynę, aż wreszcie zmuszona była uznać, że się po prostu zakochała. Gdy to odkryła, najpierw nie spała całą noc, a potem postanowiła, że podąży za ukochanym nawet na sam kraj świata i nic jej już od niego nie odłączy.

Na szczęście przez kilkanaście pierwszych dni września nie zanosiło się na to, by nieznajomy miał odłączyć się od taboru. Co prawda, nawet gdyby Zara miała jeszcze cały rok do namysłu, i tak nie zmieniłaby raz podjętego postanowienia. W tym czasie poznała imię podróżnika – Lore. „Bardzo ładne” – pomyślała i spędziła cały dzień w krainie niedorzecznych, acz całkiem przyjemnych marzeń. Matka z pasją okrzyczała ją nie raz i nie dwa za lenistwo, ale do Zary i tak nic nie docierało. Powtarzała sobie tylko to jedno słowo w głębi serca i miała nadzieję, że te piękne dni będą trwały jak najdłużej, a najlepiej, że już w ogóle się nie skończą.

Los bywa jednak przewrotny, zwłaszcza, gdy czegoś naprawdę mocno pragniemy. Mniej więcej pod koniec września na Zarę niczym grom z jasnego nieba runęła wieść, że ich tabor zawraca na południowy-zachód, czyli w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, w którym zmierzał Lore. Gdy dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że czeka ich rozstanie, przepłakała całą noc, wyrzucając sobie, że zapomniała o nadchodzącej zimie, którą zawsze spędzali w ciepłych krajach na południu. Nad ranem zaś przypomniała sobie o swoim postanowieniu i uznała, że nie ma innego wyboru, jak niewzruszenie przy nim trwać. Ewentualnie mogła jeszcze rzucić się pod odjeżdżające wozy w ramach niemego protestu przeciwko zabijaniu jej miłości.

Dzień przed odejściem podróżnika Zara spędziła na wzdychaniu i rzucaniu smętnych spojrzeń na to wszytko, co znała od dziecka, a co miała opuścić już na zawsze. Wiedziała, że rodzice, z racji na jej liczne rodzeństwo, nie będą rozpaczali. Osiągnęła już zresztą wiek stosowny do tego, by samej decydować o swoim losie. Miała jednak przeczucie, że będzie tęsknić za rodziną. Nie mogła jednak podjąć innej decyzji i miała nadzieję, że rodzice i cała społeczność to zrozumieją.

Przeczuwała, że Lore będzie próbował opuścić obóz przed świtem, by uniknąć ciekawskich spojrzeń. Wszystko miała przygotowane – swój tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami, list pożegnalny do rodziny, trochę pieniędzy na drogę. Ustawiła się przy oknie wozu, odsunęła delikatnie zasłonę i obserwowała ciemne, kanciaste kształty obozu. Czuła ogarniającą ją melancholię i, co gorsza, senność. Potrząsała z irytacją głową, pragnąc przegnać jedno i drugie. Wreszcie dostrzegła jakiś ruch w ciemnościach. Przygryzła wargę i rozpoczęła odliczanie. Przy stu cichutko, na paluszkach przecisnęła się przez zagracone wnętrze wozu do drzwi i jeszcze raz spojrzała na pozostałości swego dzieciństwa. Potem wyszła na mrok nocy. W marzeniach już wylewała gorzkie łzy w jego ramionach.

***

Na maleńkiej polance migotało ognisko, wokół którego w milczeniu siedziało dwoje podróżnych. Ona miała ciemną skórę i kręcone włosy, w których odbijał się blask ognia. Na jej twarzy malowała się nieśmiałość i niepewność, ale oczy dziewczyny rozmarzone wpatrywały się w człowieka siedzącego po drugiej stronie ogniska. Zakapturzony, przybrał malowniczą, niby niedbałą pozę samotnika, ale z jakiegoś powodu atmosfera wokół niego gęstniała z każdą sekundą. Napięcie zdawało się rosnąć, zupełnie samoistnie.

Ktoś, kto nie znał ich historii, mógłby całkiem opacznie zinterpretować tę scenę.

***

Zara nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Cała tęsknota za domem opadła z niej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy zobaczyła jego oczy i malujące się w nich cierpienie. Postanowiła, że właśnie ona go uszczęśliwi. W końcu nie kazał jej iść precz, tylko pozwolił jej zostać u swego boku, więc może sam coś do niej czuł. Nie odpowiedział, co prawda, nic na jej gorące wyznanie, ale wydawał się nim do głębi poruszony. Z pewnością nie była mu obojętna. Na pewno po prostu czuł się skrępowany jej obecnością i być może nawet… Nawet zbyt szczęśliwy, by w to szczęście uwierzyć? Zara spojrzała raz jeszcze czule na jego przygarbioną sylwetkę. Tak, jej życie już zawsze miało tak wyglądać.

Jej marzenia na jawie przerwał nagle niespodziewany dźwięk. Głębokie westchnienie wyrwało się z piersi Lore’a, a za nim z ust udręczonego wędrowca wymknęło się także dosyć nieporadne, aczkolwiek nadzwyczaj oryginalne przekleństwo. Zara w ciężkim szoku zapatrzyła się na mężczyznę, który tymczasem wstał, gwałtownym ruchem ściągnął z siebie płaszcz samotnika i wrzucił go do ognia.

– Cholerne przebranie i cholerna rola! – wrzasnął i ni stąd, ni zowąd, wybuchnął złowrogim, urywanym śmiechem. Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Lore tymczasem, wciąż z tym samym, obłąkańczym uśmiechem na ustach, ze swojego tobołka wyciągnął granatowy płaszcz z błazeńskimi, srebrzystymi gwiazdkami i owinął się nim ostentacyjnie.

– Chrzanić ostrożność i cały ten cyrk – wymruczał do siebie, a potem wbił w Zarę nieodgadnione spojrzenie – Ha! Chciałaś ze mną podróżować i nie dałaś sobie tego wybić z głowy, chociaż mówiłem ci, że nie powinnaś wiązać swego losu z kimś, kogo zupełnie nie znasz. Niech będzie. Specjalnie dla ciebie nie będę udawać już ponurych herosów z romansów dla naiwnych panienek i wyłożę kawę na ławę…

W tym momencie przerwał tylko po to, by teatralnym gestem pokazać na nią palcem, co było już wystarczająco niegrzeczne, pomijając całe jego szalone przemówienie. Zara wstrzymała oddech.

– W rzeczywistości, moja droga, jestem najbardziej znanym ze swego błazeńskiego charakteru magiem w stolicy! Spisania wszystkich moich wybryków i występków nie podjęliby się nawet elfowie z Północnej Wieży. A największym moim wykroczeniem jest głupota, której zawdzięczasz to, że tu stoisz, chociaż nie masz żadnego do tego prawa. Bowiem wyruszam w długą i niebezpieczną wyprawę, która…

Im więcej mówił, tym bardziej mag zapalał się do swojego przemówienia. Zara już od pewnego czasu nie słuchała go wcale, zastanawiając się, dlaczego dookoła niej panuje tak przedziwna cisza, a przed jej oczami latają mroczki. Zrozumiała, że za chwilę zemdleje, a, co jeszcze bardziej prawdopodobne, że umrze z rozpaczy albo na apopleksję, w każdym razie, nagłą śmiercią. Zrobiła więc jedyne, czego jeszcze mogła dokonać na tym padole łez i trzasnęła samozwańczego maga, który wyrzucał z siebie potoki słów, prosto w twarz.

***

– Powinnaś nauczyć się kontrolować swoją siłę. Masz jej zdecydowanie za dużo, jak na kobietę.

Trudno było stwierdzić, czy mag oczekiwał odpowiedzi na swoją uwagę, tak czy siak jednak, nie otrzymał jej. Zara nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Sukcesywnie ignorowała go odkąd obudziła się z czarnego, głębokiego snu i zdała sobie sprawę z tego, że nie tylko wciąż jeszcze żyje, ale w dodatku musi cierpieć okropny ból głowy. Chciało jej się płakać z żalu i wściekłości, gdy przypomniała sobie, jakie wypadki doprowadziły ją do tego momentu, ale była zbyt dumna, by sobie na to pozwolić. Tym bardziej, że mag, poza tą jedną uwagą, nie wspomniał ani słowem o nocnym incydencie, tylko w milczeniu przygotował im posiłek. Lewy policzek miał spuchnięty, a wargę rozciętą. Nie dało się nie zauważyć, że nie bardzo wiedział, co zrobić z Zarą, która wcale nie zdradzała ochoty powrotu do rodziny. Też miała dokąd wracać! Byłoby to równoznaczne z hańbą na całe życie. Nie, nie miała innego wyboru, jak wyruszyć w podróż wraz z tym obrzydliwym oszustem i przy najbliższej nadarzającej się okazji poszukać szczęścia i pracy w jakimś mieście.

Lore z pewnością z chęcią odwiódłby ją od tej decyzji, nie miał jednak najwidoczniej odwagi, by spróbować. Zara traktowała go jak powietrze i miała nadzieję, że tym samym wzbudzi w nim żal i poczucie winy. Może nawet mag będzie błagał ją na kolanach o przebaczenie? Miała w każdym razie nadzieję, że, jeżeli ma to nastąpić, nastąpi jak najszybciej. Nie zamierzała bowiem podróżować z magiem zbyt długo. Jakakolwiek niebezpieczna misja na niego czekała, ona z pewnością nie chciała brać w niej udziału.

***

Pierwszy dzień ich wędrówki był słoneczny i parny, aż dziw uwierzyć, że wrzesień miał się ku końcowi. Zara bez większego zainteresowania patrzyła na dobrze znany krajobraz. Wciąż jeszcze szli przez okolice, w których tabory często zatrzymywały się na jakiś czas. Miało się to jednak zmienić już wkrótce. Przed nimi czerniała ściana ogromnego lasu, który Zara zawsze oglądała tylko z bezpiecznej odległości. Na jego widok odczuła dreszczyk ekscytacji i na chwilę się ożywiła. Ten cień wyglądał tak kusząco! Czuła, że bezlitosne promienie słońca powoli pozbawiają ją sił. Zastanawiała się, jak mag wytrzymywał w swoim gwiezdnym płaszczu, na który znowu narzucił jakąś poszarzałą płachtę i przybrał niedostępny, ponury wyraz twarzy. Zara nie mogła na niego patrzeć. Ten widok przypominał jej o tym, że została w bezlitosny sposób oszukana.

Las, na który Zara spoglądała z takim wytęsknieniem, okazał się jeszcze bardziej dusznym, gorącym i zatęchłym miejscem niż łąki, po których do niedawna wędrowali. Wystarczyło pół godziny marszu, by dosłownie dusiła się ze zmęczenia i braku powietrza. Jeszcze chwila w tym lesie, myślała ponuro, a przełknę swoją dumę i zacznę go błagać, byśmy wynosili się z niego jak najszybciej. Podejrzewała nawet, że mag specjalnie zaciągnął ją w to straszne miejsce, by złamać jej opór, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by dała sobie spokój z takimi podejrzeniami. Od Lore’a biły troska i niepokój. Co jakiś czas przystawał i rozglądał się lub nasłuchiwał.

– Coś jest nie tak z tym lasem – mruknął za którymś razem – Bardzo, ale to bardzo pragnie rozdzierać, miażdżyć i mordować. Pierwszy raz czuję coś takiego. Im szybciej go opuścimy, tym lepiej.

Od czasu tego stwierdzenia, Zara czuła się jeszcze gorzej. Lore zwiększył tempo marszu, jednak nie wydawało się, by mieli wkrótce wyjść na wolną od drzew przestrzeń. Poza tym dziewczyna boleśnie zdawała sobie sprawę, że mag miał rację. Zewsząd otaczała ich wrogość. Gałęzie smagały ją po twarzy, potykała się o korzenie. Walczyła o każdy oddech. Zastanawiała się, czy mag nie mógłby coś na to poradzić. Nie czuła się już na siłach, by okazywać mu choćby cień pogardy. Jednak gdy już miała się do niego odezwać, jej zmysły zarejestrowały coś nowego. Ciężki, niepokojący zapach, który mógł oznaczać tylko jedno – rozlew krwi.

Wreszcie drzewa przerzedziły się i wyszli na okrągłą polanę, nad którą czerwieniło się wieczorne niebo. Powietrze stało się wreszcie nieco bardziej rześkie. Zara jednak zapomniała w ogóle o tym, że powinna odczuć ulgę. Zamiast tego poczuła się przytłoczona zapachem krwi i gnijących ciał, który przyniósł do niej lekki podmuch wiatru. Natychmiast odwróciła wzrok od żałosnych szczątków, które leżały na ziemi, poczuła jednak, że mimo to zaraz zwymiotuje. Przeniosła przerażony wzrok na maga, który ponurym wzrokiem oglądał trzymane w ręce ogromne, czarne pióro.

– A jednak – wyszeptał – Pogłoski były prawdziwe.

Wreszcie przeniósł wzrok na sparaliżowaną Zarę.

– Być może dobrze, że to zobaczyłaś – powiedział – Mam nadzieję, że teraz w końcu rozumiesz, dlaczego nie możesz dalej ze mną podróżować. Kiedy tylko opuścimy to przeklęte miejsce, nasze drogi powinny się jak najszybciej rozejść.

Zara słuchała go w milczeniu. Nie miała nawet siły, by powiedzieć mu, że od początku miała taki zamiar. Bała się, że już nigdy nie będzie w stanie wydobyć z siebie głosu.

Ptak Północy – Prolog

Na najbardziej wysuniętym na wschód ramieniu Gór Kryształowych swoją siedzibę ma pewne elfickie bractwo. Tam, w samym sercu lodowej pustki, na odludziu tak strasznym, że nie zapuszczają się w tamte okolice nawet najbardziej zaprawione ludy koczownicze, odważni śmiałkowie mają jedyną szansę na zdobycie nieśmiertelności. Tego tak strzeżonego przez elfy skarbu udziela się jednak nie za męstwo, odwagę czy wytrzymałość, które co prawda są konieczne, by dotrzeć do sięgającej szczytów gór Wieży. Nie, przywilej ten przysługuje tylko tym, którzy bezgranicznie oddadzą się na służbę mędrcom. Warunek jest jeden – śmiertelnik tak długo cieszy się przywilejem wiecznego życia, jak długo godzi się na przepisywanie elfickich ksiąg zebranych w Wieży. To właśnie w niej historia świata jest spisywana raz po raz, opracowywana, nauczana i analizowana. Przez ludzkie ręce przepływają miliardy lśniących czarnym atramentem liter, które tworzą słowa, zdania, rozdziały i wreszcie całe księgi. Każda z ras zamieszkujących Wieżę ma zupełnie inne cele i myśli o czym innym: śmiertelni pragną uwolnić się spod władzy tej, która ma prawo zakończyć ich życie, zaś wiecznie żyjący pożądają poznania i zrozumienia tego, co było, by móc lepiej przewidywać bieg tego, co będzie. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie ludzie i elfowie żyją w tak niezwykłej symbiozie. Jest to również jedyne miejsce na świecie, w którym przeszłość rządzi nad teraźniejszością, a co za tym idzie, w którym nigdy nie zaczynały się historie bohaterskich czynów i wielkich wypraw ani nawet skromnych wędrówek. Do czasu, oczywiście.

***

– Czy mogę zrobić sobie przerwę?

Elf spojrzał przelotnie znad oprawionej w skórę księgi na swojego nowego podopiecznego.

– Oczywiście, możesz odpoczywać tak długo jak chcesz – odparł i wrócił do lektury dziennika. Ostatni przypadek, który w nim opisał wciąż go fascynował. Człowiek ów nie wytrzymał w Komnacie nawet jednego dnia. Elf wciąż usiłował znaleźć wytłumaczenie stanu, w jakim śmiertelnik znalazł się po zobaczeniu stosów ksiąg, których przepisanie było jego ceną za nieśmiertelność. Czyżby nie wiedział, na jakich zasadach działała „ofiarność” Wieży? Ze studiów nad ludzką naturą, jakie prowadził elf, wynikało, że plotki niesamowicie szybko rozchodzą się wśród społeczeństw złożonych z przedstawicieli tej rasy. Być może akurat ten człowiek przecenił swoje siły. Albo po prostu nie lubił ksiąg.  Z jakiegoś powodu jednak, te teorie nie zadowalały elfa.

– Przesadzasz – z rozmyślań wyrwał go uparty głos dziecka – Nie mogę przecież odpoczywać cały czas, kiedy tu jestem. To by oznaczało odpoczywanie całą wieczność. Niewypełnianie waszego warunku. Bez sensu.

– Owszem, nie możesz – elf uśmiechnął się nieznacznie – Nie ma czegoś takiego jak wieczny odpoczynek, poza śmiercią, oczywiście. A to właśnie przed nią wszyscy tu uciekacie, nieprawdaż?

– Aleś ty ironiczny – prychnęła dziewczynka, ale wzdrygnęła się nieznacznie na słowo „śmierć”. Wstała wreszcie od stołu zawalonego papierami i przeciągnęła się. Na jej twarzy już widniało kilka czarnych, atramentowych plam. Z ciekawością przespacerowała się po Komnacie, zaglądając we wszystkie kąty, a elf tymczasem wrócił do lektury. Machinalnie zastanawiał się, czy nie spytać swojej nowej towarzyszki w sprawie jej poprzednika. W końcu śmiertelnik zawsze lepiej zrozumie innego śmiertelnika.

– Hej! – zawołała po chwili dziewczynka, znowu mu przerywając. Jej głos zdradzał pewne zaniepokojenie – Chyba nie muszę cały czas siedzieć w tym pokoju, prawda? No bo tutaj nawet nie ma łóżka i to by było zupełnie jak w więzieniu…

Elf, nie podnosząc wzroku znad księgi, wskazał jej niepozorne drzwi kryjące się za jednym ze stosów złożonych przede wszystkim ze skóry i papieru. Dziewczynka momentalnie za nimi zniknęła i już po chwili słychać było okrzyki zachwytu dobiegające z tamtego kierunku. Elf westchnął. Pierwszą rzeczą, którą powinien zanotować odnośnie ludzkich dzieci, była ich nadmierna żywotność.

Ledwie kilka minut po tym, jak to pomyślał, coś trącało go już w nogę. Znów usłyszał natarczywe:

– Hej!

Podniósł udręczony wzrok.

– Tak?

– Nie rób takiej miny, jakbym była jakimś natrętnym owadem. To, że jestem dzieckiem, nie oznacza, że jestem głupia – burknęła dziewczynka i na chwilę straciła wątek, by wreszcie przypomnieć sobie, o co chciała zapytać – Jak właściwie masz na imię?

W oczach elfa zamigotało zdziwienie. Mała rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.

– Chyba masz jakieś imię, prawda?

– Owszem, mam, ale dla śmiertelnika może wydać się ono dosyć długie – odparł. Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę.

– To jak mam cię nazywać?

Tym razem to elf potrzebował chwili namysłu. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jakiś śmiertelnik, którego pilnował w Komnacie, zapytał go o imię. Ludzi to po prostu nie obchodziło.

– Illiyo – powiedział wreszcie – Możesz nazywać mnie Illiyo. W dużym skrócie tak właśnie mam na imię.

Dziewczynka pokiwała głową, przyswajając sobie nowe słowo.

– Illiyo. W porządku. A ja jestem Elsa.

Przez chwilę stała w milczeniu, wpatrując się w niego, a potem, niby straciwszy zainteresowanie, wróciła do przeglądania ksiąg i papierów, które zebrały się dookoła dębowego stołu. Elf ostrożnie wrócił do lektury dziennika, od czasu do czasu z niepokojem spoglądając na Elsę. Wyglądało jednak na to, że nie zamierzała go już więcej niepokoić. Czuł się trochę zmęczony jej pytaniami, ale doszedł do wniosku, że taki kontakt z nią może być całkiem pożyteczny dla jego studiów. Z niejakim smutkiem myślał więc o tym, że dziewczynka najprawdopodobniej nie wytrzyma zbyt długo w Komnacie.

***

Z nadejściem wieczoru, którego czyste, zapadające już za widnokrąg światło wpadało do Komnaty przez oszklone okna, Illiyo zaczął zbierać się do odejścia. Elsa wciąż zajęta była czytaniem zapisków swoich poprzedników i przeglądaniem ksiąg, gdy elf wstał ze swojego miejsca na podłodze.

– Idziesz gdzieś? – zapytała zdziwiona.

– Tak, chcę coś jeszcze sprawdzić w bibliotece przed snem. – odparł.

– To nie będziesz mnie pilnował w nocy? Żebym nie uciekła?

– A czy masz taki zamiar? – zapytał rozbawiony. Dziewczynka pokręciła stanowczo głową. – No widzisz? To nie miałoby sensu. Przecież nie jesteś tu więźniem. W innych Komnatach ludzie nawet nie są pilnowani. Ja siedzę tutaj całymi dniami tylko z powodu moich studiów. Tak naprawdę w każdej chwili możesz opuścić Wieżę.

– Ale wtedy znowu będę śmiertelna! – zaprotestowała głośno.

– Oczywiście, na tym to wszystko przecież polega.

Elsa zasępiła się. Illiyo już miał wyjść, gdy w drzwiach zatrzymało go kolejne pytanie.

– Byli już ludzie, którzy stąd odchodzili?

Elf zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią.

– Powiem tak: żaden człowiek jeszcze nie wytrzymał wieczności w Komnacie. Wszyscy w końcu z ulgą lub całkowicie obłąkani rzucali się w objęcia śmierci.

Na twarzy Elsy odmalowało się bezgraniczne zdumienie.

– Jak to? Dlaczego?

Elf wzruszył ramionami.

– Twierdzili, że życie, jakie tu prowadzą nie jest „życiem” w pełnym tego słowa znaczeniu i że wolą śmierć. Niewiele zajęć poza przepisywaniem ksiąg czy rozmową ze mną można znaleźć w Komnacie. A jak dotąd nikt nie zagustował w tym ostatnim.

– Przecież teraz rozmawiamy całkiem normalnie! – zaprotestowała Elsa.

– Rozmowa nie jest zwyczajną wymianą informacji, tylko nawiązaniem więzi – uśmiechnął się Illiyo – A to się bardzo rzadko zdarza pomiędzy nami a śmiertelnikami.

Dziewczynka tylko wydęła policzki w odpowiedzi, a potem przyjęła zdecydowany wyraz twarzy.

– Ja będę inna – szepnęła dobitnie, a jej oczy błysnęły. Elf nic na to nie odrzekł, chociaż mógł powiedzieć, że każdy człowiek, który znalazł się w tej Komnacie tak twierdził na początku, z takim samym ogniem płonącym w oczach. Z czasem ogień ten przygasał, a następnie zapalał się na nowo, tylko tym razem jako oznaka obłędu. Jednak Illiyo czuł, że dziewczynka i tak go nie posłucha. A może po prostu było mu jej żal. Milczał więc.

W tym czasie Elsa przygotowała sobie następne pytanie. Zastanawiała się nad tym już wcześniej, przeglądając księgi leżące na stole, a widząc, że elf stoi już w drzwiach, zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie jest to ostatnie pytanie, jakie zdąży zadać.

– Hej! – zaczęła więc. Elf uniósł brew.

– Nie musisz zaczynać każdego zdania od „hej”.

– Wcale nie zaczynam! – oburzyła się dziewczynka i zaraz zmarszczyła czoło, usiłując przypomnieć sobie, o co chciała zapytać.

– He… To znaczy, tak się zastanawiałam, czy komukolwiek udało się dojść do teraźniejszych wydarzeń w przepisywaniu tych historycznych ksiąg…

– Nawet niejednemu – odparł elf – Ale żaden z nich nie przepisywał ich od początku, tylko od miejsca, w którym przerwał jego poprzednik.

– No tak. Rozumiem. – powiedziała Elsa i zaraz wymruczała do siebie – Zastanawiam się, czy i mi się to uda…. Ech, co ja gadam? To chyba oczywiste, że tak!

Illiyo nic już na to nie odpowiedział. Skłonił się tylko nieznacznie dziewczynce na pożegnanie i wyszedł. Z jego obliczeń wynikało, że Elsa już w niedługim czasie dogoni bieg historii, tym bardziej, że ostatnimi czasy jej koło toczyło się w zawrotnym tempie. Wiedział jednak z doświadczenia, że jedynie opisywanie zdarzeń, bez bezpośredniego w nich udziału, było torturą dla śmiertelników. Dopiero wtedy zdawali sobie sprawę z tego, że z własnej woli porzucili teraźniejszość, która w ich przekonaniu równała się życiu. Elf nie rozumiał tego, jednak, choć nie mógł zaprzeczyć, że tacy ludzie stanowili idealne obiekty dla jego badań, trochę im współczuł. Nie potrafił czerpać satysfakcji z przyglądania się cierpieniu żywej istoty. Dlatego miał nadzieję, że to biedne dziecko, które z pewnością doświadczyło już wiele złych rzeczy w życiu, podda się i zniknie z Komnaty zanim nastąpi ten moment.

Ptak 1

 

Keanther – Rozdział III

Rozdział III

W którym pan Anderson podejmuje kolejnego gościa

– Panie Anderson! Paaaanie Andersooon!

Pan Anderson westchnął ciężko. W takich chwilach najbardziej żałował wpuszczenia do swojej pustelni tej hałaśliwej kobiety, która sama siebie zwała gospodynią. Dla Anthony’ego właściwszym określeniem byłoby nadzorca więzienny albo despotyczna bogini sprzątania. Przynajmniej jednak dobrze gotowała.

– Już idę, pani Sharp, idę! – odkrzyknął, litościwie przerywając najulubieńsze i najbardziej chyba szkodliwe dla zdrowia kobiety zajęcie, a mianowicie naśladowanie syreny pokładowej. Nie było dnia, by pani Sharp oszczędziła swemu pracodawcy koncertu wrzasków w stylu: „Paaanie Anderson, proszę zabrać z kuchni tę stertę zbutwiałych papierów, które nazywa pan książkami!” czy „Paaaanie Andersoooon! Jeżeli natychmiast nie zabierze pan ze stołu tych szpargałów, będzie pan jadł zupę z pańskim ukochanym atramentem!”. Na co pan Anderson niezmiennie odpowiadał, że jest to tusz rysunkowy, a nie atrament. Wraz z upływem godzin pracy, każdego dnia, pani Sharp chrypła coraz bardziej, aż ostatecznie zmuszona była żegnać Anthony’ego chłodnym skinieniem głowy, jakby uważała, że to wszystko jest jego winą. Pan Anderson znosił jej humory z anielską cierpliwością i tylko w skrytości ducha dziwił się, że gardło tej niemłodej już kobiety tak szybko się regeneruje i na następny dzień znów jest w stanie napełniać krzykiem cały jego dom. Czasami Anthony zastanawiał się, dlaczego nie zmienił jeszcze gospodyni na kobietę przynajmniej trochę spokojniejszą. Ale, jak to już zostało wspomniane, pan Anderson nie był jeszcze przyzwyczajony do wszechobecnej ciszy i potrzebował tej odrobiny życia, jaką wnosiła do jego domostwa energiczna pani Sharp. Co wcale nie oznaczało, że jego cierpliwość nie była poddawana ciężkiej próbie, właściwie codziennie.

Uprzedzając kolejny wrzask, mężczyzna pośpiesznie wstał od biurka i udał się w kierunku, z którego dobiegały odgłosy krzątaniny, tak charakterystyczne dla jego domu od czasu zatrudnienia gospodyni. Im głośniejsze się stawały, tym wyraźniejsze były złe przeczucia pana Andersona. Ostatecznego kształtu nabrały, gdy Anthony stanął przed uchylonymi drzwiami swojej sypialni, za którymi zalegała teraz złowróżbna cisza. Przez chwilę gospodarz przyzywał całą swoją odwagę, w myślach strofując się, że koniec końców znajduje się we własnym domu, w którym (teoretycznie) to jego słowo jest prawem. Ostatecznie jego męska duma wzięła górę nad strachem (słusznym!) i pan Anderson wkroczył do pokoju.

Sypialnia przedstawiała sobą obraz iście tragiczny. Sterty książek (które Anthony sam przyniósł tu z biblioteki) walały się po podłodze, szuflady wszystkich szaf w pomieszczeniu były powysuwane, a na środku pokoju, niczym bogini zemsty, stała gospodyni, z oskarżycielską miną trzymając w ręce prostokątną paczuszkę. pani SharpPoczątkowo, pan Anderson nie mógł sobie przypomnieć, skąd zawiniątko wzięło się w jego sypialni. Minął już niemal miesiąc od odwiedzin człowieka, który przedstawił mu ofertę pracy i cały ten czas paczuszka przeleżała w szufladzie pana Andersona. Po pierwszym okresie niepokoju i ciekawości, Anthony po prostu o niej zapomniał, zbyt zajęty pasjonującymi odkryciami dokonanymi w bibliotece, by odpakować książkę i rzucić nieco światła na tamte tajemnicze odwiedziny. Dopiero zobaczywszy paczkę w rękach pani Sharp, przypomniał sobie o tamtym wydarzeniu i uśpiona ciekawość na nowo się w nim obudziła.

– Panie Anderson – zakomenderowała tymczasem gospodyni – Czy może mi pan powiedzieć, co to jest?

– Hm… Podejrzewam, że książka – zaczął niezręcznie Anthony.

– Nie o to pytam! – przerwała mu kobieta tonem matki, która w szafce syna znalazła martwego szczura – Czy mógłby mi pan wyjaśnić, co tu robi to brudne zawiniątko, które, sądząc po zapachu, wsadził pan mokre do szuflady? Czy chce pan mieć pleśń w swojej sypialni? Może panu to nie przeszkadza, ale ja, jako pańska gospodyni…

W tym momencie pani Sharp włączyła na pełne obroty swój gderacki tryb. Pan Anderson patrzył bezradnie na swoją gospodynię, w zasadzie nie rejestrując jej słów, myśląc tylko o tym, jak zejść jej z oczu, jednocześnie zabierając ze sobą pakunek. Teraz, gdy już mu o nim przypomniano, uznał, że nic się nie stanie, jeżeli trochę bliżej przyjrzy się książce. A do tego potrzebował spokoju.

Ostatecznie pan Anderson poddał pole pani Sharp i wysłuchał całego jej kazania. Usprawiedliwiał się sam przed sobą, że tak czy siak nie był w stanie zaszyć się w jakimś cichym zakątku, póki ta kobieta napełniała terrorem jego dom, więc najrozsądniej było przeczekać burzę. Mimo to, gdy w końcu siadał w swoim ulubionym fotelu z cudem ocaloną paczuszką, boleśnie odczuwał to podeptanie jego męskiej dumy. W tym niezbyt dobrym nastroju rozpakował książkę. W zasadzie, nie wyglądała na szczególną. Prosta, bura okładka, na której nie widniał ani tytuł, ani nazwisko autora, z pewnością nie przykułaby wzroku kogoś, kto widział ją pierwszy raz na oczy. Jednak pan Anderson z jakiegoś powodu poczuł dreszczyk emocji.

– Bawimy się w tajemnice, co? – mruknął po części do książki, po części do nieznanego autora – No dobrze, pora poznać twój sekret.

Otworzył tomiszcze i, wdychając zapach butwiejącego papieru, zagłębił się w lekturze.

Początkowo Anthony nie był w stanie wytworzyć sobie jakiejkolwiek opinii na temat książki. Często jednak przekonywał się, że początek powieści może dać mylne wrażenie na temat całości, nie porzucił więc czytania. Kiedy wreszcie opisy ustąpiły miejsce jakiemuś wątkowi fabularnemu, pan Anderson z irytacją zauważył, że głowa opada mu na pierś, a oczy same się zamykają. Było to dosyć dziwne, ponieważ nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się o tak wczesnej porze zasnąć nad książką. Starał się przegonić senność, ale powieki coraz bardziej mu ciążyły, aż w końcu, zanim się spostrzegł, zapadł w głęboki sen.

Nie potrafił powiedzieć, co właściwie mu się śniło, choć jeszcze po przebudzeniu jakieś mgliste obrazy, podejrzanie pasujące do opisów w książce, krążyły po jego głowie niczym stado ciem lecących do światła. Był natomiast w stanie bezbłędnie wskazać, co go obudziło – walenie do drzwi. Znowu.

Z jękiem (może jednak dopadł go już reumatyzm?) podniósł się z fotela i w egipskich ciemnościach starał się odnaleźć drzwi prowadzące na korytarz. Gdy wreszcie mu się to udało, rozpoczął poszukiwania kontaktu ściennego, gdyż lampka zgasła, gdy spał, a ponaglany natrętnym pukaniem nie zdążył jej zapalić. Jednak kontaktu nie było. Coraz bardziej poirytowany pan Anderson dał w końcu spokój znikającym przedmiotom i po omacku podszedł do drzwi. Już z ręką na klamce poczuł, że coś było nie tak. O czymś zapomniał, lecz nie mógł natrafić na choćby ślad tego czegoś w pamięci. Był kompletnie rozkojarzony. Nie tylko więc otworzył drzwi przed kolejnym nieznajomym, ale i nie uzbroił się nawet w swój parasol.

Do hallu przez otawarte drzwi wpełzł zapach deszczu. Anthony ze zdziwieniem spoglądał na przemoczonego człowieka, który stał w jego progu. Po pierwsze, dopiero teraz uświadomił sobie, że na zewnątrz pada (czyżby deja vu?). Po drugie, nie miał wcale pewności, czy stojący przed nim mężczyzna faktycznie był człowiekiem.

Przede wszystkim, nieznajomy nie sięgał panu Andersonowi (również wzrostu co najmniej przeciętnego) nawet do ramienia. Jego twarz, nie dość, że skryta w cieniu, okolona była dodatkowo zmierzwionymi, mokrymi włosami. Osobnik miał także długą do piersi brodę, a ubierał się cokolwiek dziwacznie i nieadekwatnie do czasów, bo w gruby, włochaty płaszcz i nogawice. U jego pasa wisiał najprawdziwszy (o wszystkie świętości!) wojenny toporek. Krótko mówiąc, kolejny i jeszcze bardziej osobliwy gość pana Andersona, wyglądał i nosił się niczym najprawdziwszy krasnolud rodem z tolkienowskiego „Władcy Pierścieni”.

– No, nareszcie otworzyłeś te przeklęte drzwi, chłopcze! – zagrzmiał nieznajomy głosem, od którego panu Anthony’emu włosy stanęły dęba. – Ileż można stać na tym zimnie?

Dziesiątki niepowiązanych ze sobą myśli przewinęły się panu Andersonowi przez głowę. Jego uwagę przede wszystkim przykuło ostrze toporka człowieka-krasnoluda, niczym ironiczne stwierdzenie: „Tym razem tak łatwo ci twoja głupota nie ujdzie płazem”, ale jednocześnie jakaś część jego umysłu absurdalnie oburzyła się na określenie „chłopcze”.

Tymczasem osobnik zręcznie wyminął stojącego w przejściu jak słup soli gospodarza i wszedł do hallu, ciekawie rozglądając się dookoła, choć niewiele można było zobaczyć poprzez panujące tam ciemności.

– Mam wrażenie, że wiele się zmieniło, odkąd byłem tu ostatni raz. A przynajmniej tyle, że, jak widzę (lub nie), masz problemy z oświetleniem – mruknął. Pan Anderson w międzyczasie doszedł do siebie na tyle, by zamknąć drzwi. W całkowitym mroku, który po tym zapanował, Anthony gorzko pożałował, że to zrobił, uświadamiając sobie, że gdzieś w tej ciemności czai się nieznajomy z toporkiem. Ponownie zaczął macać ścianę w poszukiwaniu kontaktu, a nie znalazłszy go, zaproponował niezręcznie:

– Może przejdziemy dalej?

Uzyskawszy zgodę gościa, gospodarz zaprowadził go do biblioteki, gdzie, ku Khirkswojej niebotycznej uldze, przekonał się, że przynajmniej lampka naftowa go nie zawiodła. Przy świetle poczuł się nieco pewniej i otaksował wzrokiem niby-krasnoluda. Tak, u jego pasa faktycznie wisiał bojowy topór.

– Czy mógłby mi pan powiedzieć, kim pan jest i czego pan tu właściwie szuka? – zapytał z lekkim niepokojem w głosie pan Anderson. Nieznajomy spojrzał na niego tak, jakby gospodarz nie miał piątej klepki, a odpowiedź była oczywista. Widocznie przypomniał sobie jednak coś, co działało na korzyść Anthony’ego, gdyż w miarę uprzejmie odpowiedział:

– No tak, jesteś tu nowy, więc możesz nie wiedzieć. Szukam, oczywiście, schronienia, bo przecież to, między innymi, wy Odźwierni oferujecie. Schronienia przed deszczem… i jeszcze czymś innym, ale nie musisz się na razie tym kłopotać.

Pan Anderson z niepokojem rzucił okiem na ciemny prostokąt drzwi wiodących do hallu, zastanawiając się, przed czym ucieka jego osobliwy gość.

– Jeśli natomiast chodzi o moje nazwisko, – zaczął z ukłonem człowiek-krasnolud – to jestem Khirk z trzeciego krasnoludzkiego domu Tharzende.

Anthony Anderson po raz kolejny w przeciągu tych kilku miesięcy, które upłynęły od przeprowadzki do Kornwalii, oniemiał. Przez dłuższy czas stał na środku pokoju, podpierając się o oparcie fotela i spoglądając w niemym przerażeniu na domniemanego krasnoluda, z którego oczu z kolei, można było bezbłędnie wyczytać, że uważa swojego gospodarza za niespełna rozumu. Pan Anderson w zasadzie go za to nie winił. Prawdopodobnie właśnie tak wyglądał.

– Chyba… chyba muszę usiąść – wykrztusił w końcu, opadając ciężko na fotel.

– Nie krępuj się – odparł uprzejmie krasnolud, choć wyraz jego twarzy jasno dawał do zrozumienia, że uważa pana Andersona za cokolwiek bezużytecznego mięczaka. – Nie miałbym też nic przeciwko, gdybyś się przedstawił, o ile nie zapomniałeś jeszcze swojego imienia.

Coś w umyśle gospodarza zaprotestowało przeciwko takiemu impertynenckiemu traktowaniu, ale on sam tylko jęknął cicho. Zdecydowanie był za stary na takie rewelacje. Podał jednak Khirkowi swoje imię i nazwisko. Ten pokiwał w odpowiedzi głową, pochrząkując z mądrą miną, choć raczej nic mu to nie mówiło. „Co to za dziwadło?” – przeszło panu Andersonowi przez głowę.

– Przepraszam, panie Khirk… – zaczął.

– Wystarczy Khirk – burknął krasnolud – Nie noszę się tak wysoko jak pewne szpiczastouche książątka.

„Czyżby chodziło mu o elfów?” – myślał gorączkowo pan Anderson, porządkując całą swoją wiedzę o fantastycznych rasach występujących w jego ulubionych książkach i zastanawiając się, jakie to jeszcze istoty z gatunku tych „niebezpiecznych” mogą nawiedzić jego dom.

– Czy mógłbyś mi wyjaśnić, kim jest „Odźwierny”, o którym mówiłeś? To jakaś funkcja? – pan Anderson zadał w końcu pytanie, które nurtowało go od jakieś czasu. Krasnolud wytrzeszczył w odpowiedzi oczy.

– Niebiosa! Chcesz powiedzieć, że o niczym nie wiesz?! – zagrzmiał, omal nie wywołując apopleksji u Anthony’ego, nie spodziewającego się takiej gwałtownej reakcji.

– Chyba… nie – pisnął, kuląc się w swoim fotelu pod palącym spojrzeniem Khirka.

– Niemożliwe! Stary John by ci nic nie powiedział? Był taki obowiązkowy! – na poły do siebie, na poły do Anthony’ego mruczał wyraźnie poruszony krasnolud.

– Stary John? – zdołał jedynie wykrztusić pan Anderson.

– Tak, poprzedni Odźwierny, który tu mieszkał – wyjaśnił zaniepokojony Khirk. „Zatem poprzedni właściciel domu też był zamieszany w ten cyrk” – ponuro pomyślał pan Anderson, a na głos powiedział:

– Niewiele mógł mi przekazać. Podejrzewam, że umarł na długo, zanim się tu wprowadziłem.

– Pewnie to dlatego od tak dawna nie było o nim widu ani słychu. Niech jego dusza spoczywa w pokoju – westchnął strapiony krasnolud – Ale to niedobrze, oj niedobrze. Miałem nadzieję, że pomożesz mi rozwiązać pewną dosyć drażliwą kwestię, a tu klapa! On powinien się tu zaraz zjawić, a ty jesteś tylko nieopierzonym młokosem. Oj, niedobrze!

Ponownie umysł pana Andersona podzielił się na dwie części, z których jedna oburzała się na „młokosa”, a druga drżała z niepokoju, zaalarmowana wzmianką o jakimś „nim”, który miał się „zaraz zjawić”. Anthony przejechał ręką po twarzy.

Dlaczego to spotkało właśnie jego?

Z jakiegoś powodu nie postała mu jeszcze w głowie myśl, że mógł po prostu śnić. Wszystko wydawało się zbyt realne. Rozważając teraz taką możliwość, ukradkiem uszczypnął się kilka razy w dłoń.

– Lepiej przestań, chłopcze – rzucił krasnolud, któremu nie umknął nawet ten drobny gest – Choćbyś sobie rękę odrąbał, niewiele ci to pomoże.

Zaśmiał się chrapliwie, zadowolony ze swojego żartu. Pan Anderson jęknął cicho. Wszystko to bez wątpienia było rzeczywiste. Na podłodze jego pięknej biblioteki siedział najprawdziwszy krasnolud i w najlepsze polerował ostrze swojego toporka. Nikogo widocznie nie obchodziło, że Anthony był za stary na bohatera książki fantasy.

Na tę myśl w jego głowie odezwał się alarm. Już wiedział, co go tak niepokoiło od jakiegoś czasu. Zerwał się z fotela i rozejrzał się po podłodze. Potem spojrzał na fotel, a następnie na stolik.

– Czego szukasz? – zapytał zaintrygowany krasnolud. Pan Anderson nie zwrócił na niego większej uwagi. Po głowie chodziła mu tylko jedna myśl. Nie było jej. Naprawdę jej nie było. Książka, od której wszystko się zaczęło, zniknęła. Pan Anderson jeszcze raz na próbę uszczypnął się w policzek. Czy to wszystko aby na pewno nie było tylko snem?

lampka

Keanther – Rozdział II

Rozdział II

W którym pana Andersona odwiedza nocny gość

Cały pierwszy tydzień po przeprowadzce, a także kolejny, były dla pana Andersona nader pracowite i zajmujące. Nie tylko sam wziął się z zapałem za urządzanie swojej nowej siedziby, ale i najął pomoc, która okazała się właściwie niezbędna. Doprowadził do skutku także swój zamiar (ten, do którego odnosił się z największą rezerwą) zatrudnienia gospodyni. Znalazł w pobliskim miasteczku (czy też większej wiosce) stateczną matronę, która wkrótce rozpoczęła u niego pracę. Co prawda, ze wszystkich warunków postawionych przez pana Andersona spełniała tylko jeden, a mianowicie, doskonale gotowała. Poza tym była głośna, wścibska i uparta – jak to mają w zwyczaju stateczne matrony. Mimo to ich współpraca jakoś się układała. Anthony znosił obecność tej krzykliwej kobiety z podziwu godną cierpliwością. W godzinach jej pobytu w domu, przeważnie zaszywał się w sypialni lub bibliotece. Nie mógł powiedzieć, by taki stan rzeczy w pełni go zadowalał, zdawał sobie jednak sprawę z tego, że idealnej gospodyni mógłby ze świecą szukać (i mimo tego jej nie znaleźć). Zaciskał więc zęby i milczał ilekroć brała go ochota, by wygarnąć „statecznej matronie”, jak bardzo go irytowała.

Prace remontowe (a właściwie porządkowe) postępowały dosyć sprawnie, głównie dzięki pomocy, jaką zapewniało kilku krzepkich chłopów z mieściny. Już trzy tygodnie po przeprowadzce dom na klifie prezentował się godnie i przytulnie. Lato zawitało w pełni do Kornwalii i na morzu od czasu do czasu przetaczały się sztormy. Anthony, pomny swoim dziecięcym marzeniom, spędzał ten czas, gdy noc dopiero zapadała nad światem, a wiatr ciskał kroplami deszczu o szyby, na czytaniu starych, opasłych tomiszczy w swojej bibliotece. Popijał sobie przy okazji jakiś gorący napój i czasami, wzdychając, sam przed sobą przyznawał, że zdecydowanie zbyt późno przeszedł na emeryturę. Te nocne sesyjki z książką cieszyły go tym bardziej, że, pozwalając sobie na drobne dziwactwo, czytał przy starej lampie oliwnej, którą znalazł na strychu i przy której bezkarnie i konsekwentnie psuł sobie wzrok. Czuł się coraz starszy i z każdym dniem emerytury coraz częściej nachodziły go myśli, że ten czas, który mu pozostał, powinien wykorzystać jak najprzyjemniej. Nie przejmował się więc niuansami i używał samotniczego (z niedającym się przeoczyć wyjątkiem gospodyni) życia.

Właśnie dlatego, że uważał swój dom za samotnię idealną, zwłaszcza w pogodę niesprzyjającą odwiedzinom, pewnej nocy Anthony przeżył szok o wiele większy niż samo zdarzenie (jakkolwiek niecodzienne i mogące mieć dla niego przykre konsekwencje) miało prawo wywołać. Temu, między innymi, należy przypisywać zachowanie pana Andersona, a także wszystkie późniejsze wydarzenia, które były skutkiem jego rozmowy z pewnym nieznajomym. Opatrzność bowiem nie pozwoliła, by Anthony dokonał żywota w odizolowanym od świata domu na klifie, w towarzystwie jedynie swojej gospodyni.

Zdarzyło się to tuż przed północą, ciemnej, burzowej nocy. Pan Anderson, rozkoszując się gorącym cydrem, który smakował mu tym lepiej, ilekroć spojrzał w okno (za którym, co prawda, niewiele było widać), był właśnie w trakcie niezwykle interesującej lektury, gdy pewien dźwięk przyciągnął jego uwagę. Początkowo sądził, że się przesłyszał. Nawet gdy zdobył się już na odłożenie książki i wychynięcie z biblioteki, nie mógł uwierzyć temu, wcale nie najgorszemu zresztą, ze swoich zmysłów. Stanąwszy wreszcie w hallu, musiał przyznać, że słuch go nie zwiódł. Przytłumione przez odgłosy szalejącej burzy, ale jednak, uporczywe pukanie do dębowych drzwi pana Andersona rozlegało się w ciemnym korytarzu. W pierwszej chwili Anthony’ego kusiło, by wrócić do kubka cydru i zakurzonego tomiszcza, po którym wiele sobie obiecywał. Zaraz jednak do głosu doszła paląca ciekawość, która złapała biednego gospodarza i już nie puściła. Po prawdzie, pan Anderson był przede wszystkim zdziwiony (co jest, zresztą, nie dosyć dosadnym określeniem) tym, że nawet w tak odosobnionym miejscu, przy tak niesprzyjającej pogodzie i o tak późnej porze, ktoś może go nachodzić. Świadomość ta wydała mu się przerażająca, choć wciąż nie sądził, że za drzwiami może stać ktoś inny niż jakiś natręt z miasteczka. Wystarczyła więc chwila, by na szali zważyły się wszystkie emocje mężczyzny: szok, niepokój (nie nazbyt wielki, by na czymkolwiek zaważyć, na tyle jednak duży, by pan Anderson naprędce uzbroił się w parasol z ostrym szpikulcem), ciekawość i rozdrażnienie. Wskutek tego szacunku, pan Anderson chwycił w końcu za gałkę i otworzył drzwi, wplątując się w aferę, która znacznie przewyższała jego pojmowanie „niecodzienności”.

Pożałował swojej decyzji już w pierwszej chwili, gdy ostry podmuch wiatru uderzył w niego z całą siłą, a deszcz w jednej chwili przemoczył go do suchej nitki. Anthony wytężył wzrok, starając się dostrzec jakieś szczegóły mglistej sylwetki przed swoimi oczyma. Miał, co prawda, ogromna ochotę zaprosić niespodziewanego gościa do hallu, po czym odgrodzić się drzwiami od szalejącej nawałnicy, uznał jednak, że byłoby to cokolwiek nierozsądne (nie wspominając już o tym, że samo otworzenie drzwi przed nieznajomym, w środku nocy, dowodziło braku rozsądku lub jego niedostatku). Bądź co bądź, nie wiedział nawet, kim był ten człowiek.

Wysiłki pana Andersona, by przeniknąć wzrokiem zasłonę deszczu, na niewiele się zdały. Aczkolwiek, po uważnych, choćDeszcz niezbyt skutecznych, oględzinach, Anthony mógł stwierdzić, że stał przed nim wysoki i chudy mężczyzna, w całkowicie przemoczonym, bezkształtnym płaszczu. Nie nasunęło mu to skojarzenia z żadną znana mu osobą. Przez dość długą chwilę obaj stali tak pośród deszczu i wycia wiatru, taksując się spojrzeniami
i, choć w zasadzie żaden z nich nie widział dobrze tego drugiego. W końcu pan Anderson uznał, że dość już zmókł i zziębł, postanowił więc jak najszybciej odprawić nieznajomego, zaspokoiwszy najpierw swoją ciekawość.

– Dobry wieczór! – zaczął, starając się przekrzyczeć wichurę – Kim pan jest i co pana tu sprowadza?

Odpowiedź nie nadeszła. Pan Anderson uznał, że powinien wyrażać się zwięźlej, jeśli chce zostać zrozumiany.

– Kim pan jesteś i czego pan chcesz?! – wrzasnął, może niezbyt uprzejmie, ale z pewnością słyszalnie.

Nieznajomy odkrzyknął w odpowiedzi coś, czego pan Anderson nie usłyszał. Gospodarz dał mężczyźnie znak, by powtórzył, po czym zorientował się, że nie mógł on tego widzieć.

– Głośniej!

– Mam dla pana pracę! – usłyszał wreszcie nikły wśród szumu wiatru głos. To obwieszczenie było jeszcze bardziej zadziwiające dla pana Andersona niż sama wizyta.

– Ależ ja przeszedłem już na emeryturę! – zaoponował, wciąż tym samym, wielkim głosem.

– Nic nie szkodzi! – brzmiała odpowiedź – To specjalne zlecenie i specjalna książka!

W tym momencie Anthony poczuł, że bliski jest ochrypnięcia (a jeszcze bliższy grypy) i powziął decyzję.

– Proszę, niech pan wejdzie! – zawołał, wskazując na drzwi. Nieznajomy podążył za nim, przekraczając próg i wchodząc do ciepłego hallu. Z westchnieniem ulgi obserwował jak pan Anderson zamyka drzwi. W świetle lampki, która stała na półce, Anthony mógł mu się wreszcie dobrze przyjrzeć.

Mężczyzna, który w dziwnych okolicznościach znalazł się w jego hallu, na Nieznajomypierwszy rzut oka wyglądał raczej niegroźnie. Miał pociągłą, nieszczęśliwą twarz, w której osadzone były wodzące niepewnie po korytarzu oczy. Ogólne wrażenie jeszcze bardziej psuł jego workowaty, przemoczony płaszcz. Woda, skapująca przede wszystkim z tego płaszcza, utworzyła wokół mężczyzny pierścień. Efektu wszechobecnej wilgoci dopełniały zwisające w mokrych strąkach rzadkie włosy okrywające czaszkę nieznajomego. Nadawały mu one wyraz nader niewesoły. „Dobry Boże” – pomyślał pan Anderson. „Jakiż interes może mieć do mnie taka wymizerowana persona?” Mimo tych wątpliwości, grzecznie zaprosił gościa, by przeszedł z nim dalej, do salonu. Nieznajomy wymówił się niezręcznie, zaznaczając, że zależy mu na czasie, co pan Anderson przyjął do świadomości z ulgą, zdążywszy już odczuć dyskomfort związany z przemoczonym ubraniem.

– Przejdźmy zatem do sedna sprawy – zaczął – Mówił pan, że ma dla mnie pracę. Co miał pan przez to na myśli?

– Dokładnie to, co powiedziałem – odparł mężczyzna z lekkim niepokojem – Pozwoli pan, że się upewnię – to pan jest człowiekiem, który pracował jako ilustrator dla wydawnictwa Pendragon? Pan Anthony Anderson?

– To ja – potwierdził Anthony, jednocześnie zastanawiając się, skąd ten dziwny człowiek miał jego nowy adres (o ile w ogóle jego lokum występowało pod jakimś adresem). Mężczyzna wyraźnie rozluźnił się, jakby duży ciężar spadł z jego serca.

– Doskonale – powiedział, uśmiechając się, który to uśmiech wypadł jednak nieco blado. Jednocześnie spod płaszcza wyjął prostokątną paczuszkę owiniętą w nieprzemakalny papier, która, sądząc po kształcie, mogła być tylko książką. Wciąż z tym samym niepewnym uśmiechem podał zawiniątko panu Andersonowi. Ten, nie wiedząc, co innego mógłby zrobić, przyjął je trochę skonsternowany.

– Jeszcze nie przyjąłem pańskiej oferty – zaoponował niezręcznie – Po prawdzie, nie wiem nawet, jaka to oferta.

– Nic nie szkodzi. Życzeniem mojego pracodawcy było, by otrzymał pan tę książkę, bez względu na to, czy się pan zgodzi – uśmiech mężczyzny stał się szerszy i wreszcie zaczął wyglądać szczerze. Pan Anderson sceptycznie spojrzał na zawiniątko. O co mogło w tym wszystkim chodzić?

– Poza tym – dodał nieznajomy – Sądzę, że doskonale pan wie, o co chciałby prosić mój pracodawca.

Anthony musiał przyznać, że, pod tym względem, sytuacja faktycznie przedstawiała się nader klarownie. Ktoś pragnął, by zilustrował książkę, którą właśnie trzymał w rękach. Jednak pytanie brzmiało: kto i dlaczego?

– Nie wiem, czy mogę przyjąć tę ofertę – powiedział w końcu pan Anderson – To prawda, mniej więcej wiem, czego chce ode mnie pański zleceniodawca, nie znam jednak szczegółów zlecenia. Nie wiem także, kim on jest ani nie znam pańskiej tożsamości. Poza tym, proszę nie zapominać, że odstąpiłem od wykonywania zawodu.

– Nie oczekuję od pana natychmiastowej zgody – odparł ze spokojem mężczyzna – Proszę tylko o zastanowienie się nad tą ofertą. Jeśli pan zatem pozwoli, nie będę już panu więcej zajmował czasu.

Skłonił się i znacząco spojrzał w stronę drzwi. Pan Anderson wciąż miał, co prawda, wiele pytań do tego człowieka, był jednak zbyt rad pozbyć się dziwnego gościa, by zwracać na to uwagę. Sprawy zdecydowanie przybrały nieprzewidywalny obrót.

Odprowadzany do drzwi mężczyzna zostawiał za sobą wodnisty ślad na podłodze korytarza. Gospodarz zarejestrował to kątem oka, z niechęcią uświadamiając sobie, że drugi taki ślad zostawia on sam, a także, że będzie musiał wytrzeć to wszystko zanim wróci do lektury. Do tego, próg zalany przez wciskający się przez szpary w uchylonych drzwiach wściekły deszcz wystarczył, by pan Anderson gorzko pożałował swojej nierozsądnej decyzji sprzed kilkunastu minut. „Bo przecież to musiała być moja głupota, która kazała mi w ogóle otworzyć przed nim drzwi” – powtarzał sobie w myślach, wycierając kałuże w korytarzu. „Kto to widział, żeby osoba w moim wieku wpuszczała do domu podejrzanych typów w podejrzanych płaszczach przychodzących w podejrzanych celach? Oj, ta przygoda mogła się dla ciebie źle skończyć, staruszku!”

Jednak, pomimo całej tej gderaniny, pewna część pana Andersona była mile podekscytowana tajemniczą wizytą. Mężczyzna tłamsił w sobie to uczucie, nie chcąc przyznać się przed sobą, że wciąż tęsknił za niespokojnym londyńskim życiem. Musiało minąć trochę czasu, nim pan Anderson przyzwyczaiłby się do spokojnej egzystencji emeryta.

Z drugiej strony, właśnie takiego samotnego życia na uboczu zawsze pragnął. Dlatego tajemnicza paczuszka ostatecznie powędrowała do szuflady i przeleżała tam w zapomnieniu jakiś czas, aż przypomniano o niej panu Andersonowi w dosyć ciekawych okolicznościach.

Pakunek