Keanther – Rozdział VI

Rozdział VI

w którym pewne istotne sprawy zostają wyjaśnione

Niewiele brakowało, a pan Anderson nie zażyłby nawet chwili bezsennego odpoczynku. Głęboko zaniepokojony stanem chorego krewnego krasnolud chciał wyruszyć natychmiast, tak jak stali. Dopiero coraz lepsza perswazja Odźwiernego zdołała przekonać go do odłożenia podróży o kilka godzin. Koronnym argumentem okazał się prowiant, za którego przygotowanie Khirk wziął się natychmiast po dotknięciu tego tematu przez pana Andersona. Za nim do kuchni podążył Inadan, na dyskretną prośbę Odźwiernego, który obawiał się stanu, w jakim mógłby ją znaleźć po urzędowaniu w niej nieokrzesanego krasnoluda. Sam udał się do salonu, uprzedziwszy towarzyszy, że zamierza zażyć nieco odpoczynku. Bez względu na to, jak młody czuł się jeszcze kilkanaście minut temu, odnajdując się w nowej roli Odźwiernego-rozjemcy, jego ciało protestowało już przeciwko nieprzespanej nocy, przypominając mu o jego sędziwym, mimo wszytko, wieku. W końcu pan Anderson zmuszony był poddać się zmęczeniu i ledwie znalazł się w pokoju (niby tym samym, a jednak jakimś innym), padł na sofę, zapadając w kamienny sen.

Gdy go obudzono, szare światło świtu wpadało już przez okna. Nad nim stał Inadan, szeroko uśmiechnięty i świeży, jakby przespał całą noc. Niezmiernie zirytowało to pana Andersona, który znowuż czuł się ekstremalnie niewyspany, przemęczony i przybity. Zdecydowanie wiek dawał mu się we znaki.

– Pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli sam pana obudzę, niż gdyby miał tu wpaść ten nieco nazbyt żywotny krasnolud – wyjaśnił elf i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Anthony zignorował zwyczajową ironię i złośliwości względem Khirka, które naturalną koleją rzeczy znalazły się w wypowiedzi Inadana i podziękował mu. Nie miał innego wyboru, jak wyrazić wdzięczność w stosunku do przemyślnego elfa, który ocalił go przed jeszcze większym bólem głowy (a może nawet zawałem serca). Przez to jednak, dziwnym zrządzeniem losu, jego sympatia dla Inadana zmalała do niemal niewyczuwalnego rozmiaru.

Odźwierny nie potrzebował wiele czasu, by przygotować się do drogi. Z niewielkim tobołkiem na ramieniu stanął w korytarzu, gdzie czekali na niego towarzysze. Nie mógł się jednak zdobyć na opuszczenie domu, do którego tak niedawno się wprowadził (nawet jeśli miała być to, przynajmniej w zamierzeniu, krótka podróż, mówiąc po hobbicku, „tak i z powrotem”). W świetle dnia pan Anderson mógł wreszcie z pewnością stwierdzić, że pewne szczegóły umeblowania faktycznie zmieniły się w jego siedzibie. W hallu brakowało kontaktu. Najbardziej zmienił się wystrój kuchni, który obecnie był iście spartański (a wręcz średniowieczny). Bezskutecznie łamiąc sobie głowę nad tą zagadką, Anthony nagle myślami wrócił do sprawy zniknięcia książki, o której zdołał już zapomnieć. A przecież, jak się wydawało, była ona, jeśli nie głównym sprawcą ostatnich tajemniczych wydarzeń, to przynajmniej miała z nimi jakiś związek.

Rozważywszy to wszystko, pan Anderson postanowił jeszcze raz rozejrzeć się po bibliotece, w nadziei, że światło dzienne pozwoli mu jednoznacznie stwierdzić, czy książka faktycznie zniknęła, tak jak inne sprzęty (te najdroższe) w domu na klifie.

Anthony przeprosił na chwilę Khirka i Inadana i udał się na oględziny. Starał się dokonać ich jak najszybciej, widząc zniecierpliwienie towarzyszy, wkrótce jednak stało się dla niego jasne, że nawet staranne przetrząśnięcie pokoju niewiele by dało. Nie znalazł książki w żadnym prawdopodobnym miejscu, nie przypominał sobie też, by odkładał ją na jeden z regałów. Dopuszczał możliwość, że mógł to zrobić jeden z jego gości, zawołał więc elfa i krasnoluda i wypytał ich o to. Żaden z nich jednak nie widział rzeczonej książki na oczy. Wyglądało na to, że Odźwierny będzie zmuszony, przynajmniej doraźnie, pozostawić tę zagadkę bez rozwiązania.

Niespodziewanie nieco światła na tę sprawę rzucił Inadan, ale dopiero, gdy opuścili już dom na klifie. Widząc, jak bardzo ta kwestia zaprzątała Odźwiernego (który bardzo nie lubił, kiedy jego książki znikały) zainteresował się, czy rzeczona książka ma faktycznie tak duże znaczenie dla niego. Po krótkim wahaniu, pan Anderson zdecydował się opowiedzieć towarzyszom całą historię, począwszy od przeprowadzki do Kornwalii. Zarówno elf, jak i krasnolud słuchali z ciekawością, choć widać było, że pewne nazewnictwo jest dla nich niejasne. Gdy pan Anderson skończył swoją opowieść, zapadła cisza. Po chwili namysłu przerwał ją Inadan.

– Wydaje mi się, że mogę znać rozwiązanie przynajmniej kilku z pańskich zagadek – powiedział powoli, a gdy pan Anderson i Khirk zwrócili na niego zaintrygowane spojrzenia, uniósł ręce w obronnym geście i roześmiał się – Możliwe jednak, że się mylę. Niewiele mi wiadomo o sprawach Odźwiernych (mało kto może się zresztą pochwalić taką wiedzą!), ale byłem w dość przyjacielskich stosunkach z kilkoma pańskimi poprzednikami, panie Anderson i….

– Ja też czasami wstępowałem do Starego Johna na pogawędkę – wtrącił się krasnolud – A choćby mnie kto na tortury wziął, nie mam pojęcia, co mogło spowodować zniknięcie jakiegoś czytadła!

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął Inadan, po czym dodał już głośniej – A gdybym powiedział, że to może mieć związek z kluczem…?

– Kluczem? – Khirk zmarszczył brwi w namyśle. W jego oczach nagle pojawił się błysk zrozumienia – Tak…. To faktycznie mogłoby być to.

– Jakim znowu kluczem? – zapytał niespokojnie pan Anderson, który bardzo nie lubił czuć się wykluczonym z rozmowy.

– Myślę, że zanim to wyjaśnimy, powinniśmy pomóc panu choć trochę w zrozumieniu sytuacji, w której się pan znalazł – odparł Inadan – Podejrzewam, że pańska wiedza na temat roli Odźwiernego w tym świecie jest, delikatnie mówiąc, niewielka.

– Można tak powiedzieć – przyznał pan Anderson, po czym nagle zdał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę znaczyły słowa elfa – Świecie? – zapytał nerwowo niemal piskliwym głosem – Co ma pan przez to na myśli?

– Wielkie nieba, chłopcze! – huknął krasnolud – Nie mówi mi, że jeszcze się nie zorientowałeś!

Pan Anderson spojrzał na niego z irytacją. Jakby normalnemu człowiekowi mogło coś takiego przejść przez myśl! Co prawda, Anthony w pewnym momencie podejrzewał, że cała sytuacja może mieć takie wyjaśnienie, ale będąc szczerym, musiał przyznać, że po tych wszystkich książkach, które przeczytał, fakt, że jego myśli biegły takim torem nie musiał nic znaczyć. Jednak, mimo ze już wcześniej rozważał taką możliwość, prawda wywarła na nim większe wrażenie, niż się spodziewał. Najbardziej zmartwił go fakt, że w takim razie nie ma pojęcia, jak mógłby wrócić do swojego świata (tym bardziej, że książka, będąca podobno kluczem zapadła się pod ziemię). Oczywiście, słyszał o koncepcji wieloświata, a nawet czytywał książki, w których odgrywała ona niepoślednią rolę, nie sądził jednak…

Jego towarzysze widocznie zauważyli jego przerażenie, gdyż na ich twarzach widział niepewność.

– Rozumiem więc, że znalazłem się… w innym świecie? – upewnił się w końcu Odźwierny, blady jak ściana – Równoległym świecie, czy jakkolwiek się to nazywa…

– Nie, jest pan w błędzie – odparł stanowczo Inadan ku zdziwieniu Anthony’ego – Nie można nazwać tego równoległym światem.

– Własnie dlatego Odźwierni są wtajemniczani przez swoich poprzedników zanim tu przybędą – wtrącił Khirk – By uniknąć takich nieporozumień!

– Świat, w którym się pan znalazł, panie Anderson, istnieje z powodu ludzi – wyjaśnił elf – Można powiedzieć, że jest swoistą częścią stworzenia świata, jego niezbędną składową.

– Stworzenia świata? – zapytał skołowany pan Anderson – Takiego biblijnego? Co ma pan przez to na myśli?

– Dokładnie to, co powiedziałem – odparł rozbawiony Inadan – Świat, w którym się pan znalazł, to, w dużym uproszczeniu, ludzka wyobraźnia lub też jej fantastyczna część. Ze swojej natury nie jest zamieszkany przez waszą rasę, a przez to wszystko, czemu człowiek dał „życie”, jednak w niepełnym jego wymiarze. Ci z was, którzy tu przybywają to jedynie Odźwierni oraz ludzie przez nich przyprowadzeni. To jest drugie zadanie Odźwiernych – wyjawiacie tajemnicę tego świata tym, którzy, według waszego uznania, tego potrzebują. Niestety, ponad to, niewiele wiem na ten temat. Czy jak dotąd jest to dla pana zrozumiałe?

Anthony powoli skinął głową.

– Niech pan mnie uważnie posłucha – kontynuował elf – Wszystko to, co panu powiedziałem, można wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Ten świat istnieje przez ludzi i dla ludzi. Bez nich znika powód jego istnienia. To trochę tak jak dzieło, które traci twórcę i nie ma już nikogo, kto by go używał. Każdy mieszkaniec tego świata zdaje sobie z tego sprawę, jednak niespecjalnie wpływa to na nasze życie. To trochę tak jak wiedza o tym, że powietrze jest potrzebne do życia. Nie zwraca się na to uwagi, dopóki powietrza nie zabraknie.

– W porządku, myślę, że niewiele mam już pytań w tej kwestii – podsumował, starając się brzmieć pewnie, co nie było łatwe – Fakty są takie – trafiłem do świata, który jest ludzką wyobraźnią (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Dlaczego właśnie ja? Wie chyba tylko sam Bóg. Jednym z moich zadań jest urządzanie ludziom specjalnych fantastycznych terapii…? (Jesteście panowie pewni, że to nie jest sen, a panowie to tylko mary wyśnione przez mój starczy umysł?) Innym, jak już się zdążyłem zorientować, rozstrzyganie konfliktów i spraw mieszkańców waszego świata (co niniejszym czynię). To wszystko?

– W największym skrócie? Tak – roześmiał się elf – Być może brzmi to skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest bardzo proste.

– Trochę tak, jakbym znalazł się w książce? – podsunął pan Anderson.

– To byłby już…bardzo duży skrót. Ale jeśli takie wytłumaczenie sprawia, że czuje pan się lepiej…

– Wracamy więc do punktu wyjścia, a mianowicie zniknięcia mojej książki. Czy mógłby mi pan teraz to wyjaśnić?

Inadan spojrzał znacząco na Khirka, który o odpowiedzi burknął coś i pokręcił stanowczo głową.

– Nie jestem dobry w takim bajdurzeniu – mruknął.

– No nic, w takim razie ja będę bajdurzył. Klucz to coś, co pozwala Odźwiernemu podróżować między naszymi dwoma światami. W każdym z nich Kluczem jest inna rzecz. Istnieje ona tylko w świecie, do którego należy. Innymi słowy, książka wcale nie zniknęła. Tak naprawdę, to pan zniknął.

Odźwierny skinął głową na znak, że zrozumiał. Zrobiło mu się jakoś nieswojo, gdy uświadomił sobie fakt swojego „zniknienia”. Rozmowa urwała się. Podróżowali przez puste wrzosowiska. Pan Anderson starał się przyswoić sobie wszystkie nowe informacje. Słowa elfa wyjaśniały także, dlaczego pewne sprzęty zniknęły z jego domu. Odźwierny po prostu znalazł się w miejscu, w którym rzeczy typu lodówka czy telewizor nie miały racji bytu. W każdym razie, ulżyło mu, że istniało mniej racjonalne wyjaśnienie, niż to, ze ktoś go po prostu okradł.

Choć jednak większość spraw wyklarowała się (w jakimś stopniu), była jeszcze jedna kwestia, która nurtowała Anthony’ego.

– Czym jest Keanther? – zapytał nagle, ściągając na siebie spojrzenia towarzyszy. – Mam na myśli, jest to miejsce, w którym obecnie się znajdujemy, prawda? To nazwa waszego świata czy coś w tym rodzaju?

– Keanther to nazwa wyspy – odezwał się dotąd milczący Khirk.

– A także nazwa kraju – dodał Inadan.

„Wyspy” – zapytał sam siebie pan Anderson. Wielka Brytania, na której terenie do niedawna się znajdował, także była wyspą. Ponownie widząc zdziwienie na twarzy Odźwiernego, elf pośpieszył z wyjaśnieniami.

– Widzi pan, panie Anderson, nasz świat jest w dużej mierze podobny do waszego. Mam na myśli układ kontynentów i strukturę geograficzną w ogólnym zarysie. W miejscy więc, w którym w waszym świecie znajduje się pański kraj, w tym świecie jest to terytorium Keantheru.

– Czyli państwo jesteście… – zaczął pan Anderson, ale krasnolud przerwał mu:

– Na mój topór, przestańże chłopcze posługiwać się tymi głupawymi formułkami! Zaczyna mnie to irytować.

Anthony speszył się. Z wahaniem spojrzał na Inadana. Nie miał nic przeciwko przejściu na „ty” z krasnoludem, zwłaszcza o tak „swobodnych” obyczajach, jednak sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku tego elfa, w którego towarzystwie czuł się i tak nieokrzesanym prostakiem.

Inadan odpowiedział mu nieprzeniknionym spojrzeniem, po czym roześmiał się niespodziewanie.

– Doskonale rozumiem, że dla ciebie, panie krasnoludzie, konwenanse znaczą niewiele, ale wydaje mi się, ze nasz nowy Odźwierny może mieć na ten temat inne zdanie. Jak więc rozwiążemy ten konflikt przekonań?

Powiódł rozbawionym wzrokiem po twarzach towarzyszy.

Pan Anderson skrzywił się nieznacznie. Ten elf po prostu nie mógł darować sobie żadnej okazji do subtelnych drwin, z których każda trafiała prostu w sedno. Mówiąc szczerze, Anthony nie miał najmniejszego pojęcia, jak znaleźć rozwiązanie zaistniałego problemu – takie, które usatysfakcjonowałoby wszystkich (a przede wszystkim jego). Toteż milczał. Naturalną koleją rzeczy, nic nie odpowiedział na to także krasnolud, który, powiedziawszy, co miał do powiedzenia, nie ingerował więcej w rozmowę. Do Inadana w końcu dotarło, że oczekuje się od niego kontynuowania rozpoczętego wątku. Zapatrzył się w niebo ukryte pod stalowoszarymi chmurami i po chwili namysłu powiedział.

– Ponieważ, przez przypadek co prawda, ale staliśmy się towarzyszami, sądzę, że formalne zwracanie się do siebie nie ma większego sensu, skoro już niedługo wszyscy będziemy jednakowo przypominać obdartych wędrowców (jedni w większym, drudzy w mniejszym stopniu). Prosiłbym jednak o wyrozumiałość, gdyż jetem przyzwyczajony do konwenansów i mogę mieć z tym trudności.

Uśmiechnął się przepraszająco. „Zdumiewające!” – pomyślał niemal z nienawiścią pan Anderson. „Jak uprzejmy i jak przebiegły przy tym potrafi być ten elf. Teraz ja muszę się męczyć ze zmianą moich zwyczajów (bo któryś z nas przecież musi!), tracąc przy tym na powadze mojej osoby, a on pozostanie przy swojej majestatycznie-naturalnej godności, tłumacząc się „pomyłkami”.”

Jednak, mimo swojego niezadowolenia, Odźwierny już nie oponował, przede wszystkim dlatego, że nie miał pojęcia, jakie lepsze rozwiązanie przedłożyć. Dlatego wrócił do swojego pytania, starając się sformułować je jak najostrożniej.

– Obaj jesteście więc obywatelami tego… Keantheru?

Oczekiwał gwałtownych protestów i oburzenia, szczególnie ze strony Khirka, na sam pomysł, że krasnolud i elf mieliby być obywatelami tego samego państwa, jednak jego towarzysze tylko potwierdzili, kiwając głowami. Pan Anderson ze zdziwienia niemal złapał się za głowę. „Na wszystkie świętości!” – pomyślał. „Czy może w ogóle istnieć coś takiego jak państwo krasnoludzko-elfickie?”

Keanther – Rozdział V

Rozdział V

w którym nowy Odźwierny jest blisko rozwiązania swojej pierwszej sprawy

Patrząc na to z perspektywy czasu, pan Anderson musiał przyznać sam przed sobą, że rozegrał całą sprawę najlepiej jak mógł. Mimo to, po słowach Inadana rozpętała się taka burza, że nie mógł powstrzymać się przed zadawaniem sobie w kółko pytania: „Co zrobiłem źle?”. Zaczęło się od tego, że Khirk poczerwieniał cały na twarzy i nagle wybuchnął nietłumioną wściekłością:

– Trzymaj swój jadowity język za zębami, elfie! Nie masz żadnego powodu, by mnie oczerniać w ten sposób!

Na to Inadan odparł złowieszczo lodowatym tonem:

– Sugerujesz, że kłamię?

– Sugeruję, że łżesz jak pies!

W jednej chwili maska opanowania opadła z twarzy elfa, którego oczy roziskrzyły się jak dwa ogniki.

– Za kogo ty się masz, krasnoludzie, by posądzać o kłamstwa lepszych od siebie?

– Zobaczymy, czy tak samo będziesz śpiewał, gdy twoja głowa wyląduje na podłodze! – ryknął Khirk, dobywając toporka. Ręka Inadana powędrowała do miecza zawieszonego u pasa. Pan Anderson bezradnie przysłuchiwał się tej ostrej wymianie zdań, przerażony tym, że mogłoby dojść do rękoczynów w jego domu. Krasnolud i elf uważnie obserwowali siebie nawzajem, czekając, który pierwszy wykona jakiś nieostrożny ruch. Anthony czuł się benzadziejnie. Oczywiście, jego poprzednik, Stary John, miałby dość autorytetu, by ich teraz powstrzymać. Jednak on, nowy Odźwierny, był człowiekiem może i cierpliwym, ale, co teraz widział jak na dłoni, słabym i tchórzliwym. Przecież drżał ze strachu nawet pred własną gospodynią, której dawał sobą pomiatać! Gdy to sobie uświadomił, powoli narastająca w nim od jakiegoś czasu frustracja dała o sobie znać. Czyzby już zrobił się z niego zdziadziały starzec? A może faktycznie był tylko nieopierzonym młokosem, za jakiego zdawali się go brać Inadan i Khirk, którzy za nic mając jego obecność ponownie zaczęli obrzucać się inwektywami?

– Cisza!! – huknął w końcu, po tylu dniach wegetowania i tłamszenia w sobie wszelkiej irytacji, tracąc panowanie nad sobą. Może i nie był osławionym Starym Johnem ani nie dorównywał w latach elfom czy krasnoludom, ale tak czy siak musiał bronić autorytetu gatunku ludzkiego, a przy okazji także swojego.

O dziwo, ten wybuch pana Andersona przyniósł oczekiwany rezultat. Zarówno Inadan jak i Khirk stali w niemym zdziwieniu, wpatrując się w Odźwiernego, jakby widzieli go pierwszy raz w życiu. Satysfakcja, którą poczuł na widok ich zszokowanych twarzy, utwierdziła pana Andersona w przekonaniu, że postąpił właściwie. Przez chwilę napawał się poczuciem całkowitej kontroli nad sytuacją.

– Wybaczcie panowie, że podniosłem głos, ale wasze zachowanie zeszło poniżej poziomu lu…, chciałem powiedzieć, osób cywilizowanych, a zapewniano mnie, że takimi panowie jesteście.

Stopniowo Inadan i Khirk uspokoili się. W końcu elf ponownie usiadł w fotelu, a krasnolud zwrócił się do pana Andersona:

– Wybacz, szanowny panie Odźwierny, to uniesienie, jednak nie jestem w stanie znieść takiej zniewagi z czyjejkolwiek strony.

Pan Anderson mruknął coś niezrozumiałego i skinął głową. W rzeczy samej, przeprosiny krasnoluda, a zwłaszcza tytuł „szanowny pan Odźwierny” przypadły mu do gustu. Przyszło mu do głowy, że mógłby się przyzwyczaić do swojej nowej roli.

– Coś pan jednak ma przy sobie, prawda, panie Khirk? Czy mógłby nam pan powiedzieć, co to jest? – zapytał Anthony, patrząc znacząco na krasnoluda. Ten z kolei obdarzył elfa siedzącego w fotelu nieprzyjaznym spojrzeniem i widać było, że się waha. W końcu uznał, że nic się nie stanie, jeśli zdradzi ten akurat szczegół swojego zadania.

– Faktycznie, coś mam. To lekarstwo, które kupiłem na targu w stolicy. Jeden z moich krewnych ciężko zachorował i zostałem wysłany w poszukiwaniu odpowiedniego medykamentu – wyznał w końcu Khirk. Pan Anderson zmarszczył brwi. „Po co tyle ceregieli, by kupić jakieś ziółka?”, pomyślał, poważnie zastanawiając się, czy powinien brać opowieść krasnoluda za dobrą monetę. Khirk dostrzegł wyraz jego twarzy i dodał:

– Choroba, na którą zapadł mój krewny jest dosyć niespotykana. Bardzo trudno znaleźć na nią lek. Dlatego musiałem uciec się do… niekonwencjonalnych metod.

– Czarny rynek – mruknął pod nosem Inadan. Khirk spiorunował go spojrzeniem.

– Jak zwał, tak zwał. Ważny jest fakt, że nie nabyłem żadnej trucizny, tylko lekarstwo. Musisz mieć błędne informacje, elfie.

Inadan milczał. Teraz pan Anderson zwrócił się do niego.

– Dlaczego posądza pan Khirka o kłamstwo?

– Dlaczego miałbym mu ufać, że mówi prawdę? – odpowiedział pytaniem na pytanie Inadan. Oczywiście, było to pytanie retoryczne, ale pan Anderson nie mógł powstrzymać się od cichego komentarza:

– Nawet brak zaufania do kogoś nie upoważnia do zarzucania kłamstwa każdemu jego słowu.

Natomiast głośniej powiedział:

– Według mnie, sprawa wygląda następująco: wątpię, by Khirk kłamał. Jakby to ująć, jest na to… zbyt szczerą osobą (a wręcz prostolinijną). Myślę, że faktycznie wierzy, że to, co nabył, jest lekarstwem. Z drugiej strony, wydaje mi się też mało prawdopodobnym, by pan Inadan się mylił. Nie sądzę tak, podejrzewając pana o powiązania z czarnym rynkiem – pańska postawa temu dobitnie przeczy. Wygląda pan na osobę zbyt ważną na coś takiego…. A jednak nie najważniejszą. Najprawdopodobniej to pański zleceniodawca otrzymał wiadomość o pojawieniu się trucizny (jakim sposobem, w to już nie wnikam) w rękach nieuczciwych handlarzy. Biorąc pod uwagę jego prawdopodobną pozycję, wątpię, by były to informacje nieprawdziwe. Rozpatrując sprawę w tym kontekście, opowieść Khirka i pańskie zarzuty, panie Inadanie, nie wykluczają się nawzajem i wszystko nabiera sensu. Oczywiście, to tylko moje domysłu, a pan oceni, na ile są słuszne….

Pan Anderson zawiesił głos i znacząco powiódł wzrokiem po twarzach gości. Inadan zdążył już ponownie nałożyć swoją kamienną maskę, a Khirk, wciąż wzburzony, patrzył na Odźwiernego, jakby nie był pewny, czy ten nie żartuje.

– Muszę przyznać, że jest pan bystry, panie Anderson. Albo po prostu bardzo oczytany… – uśmiechnął się Inadan, patrząc przenikliwie na Odźwiernego – Z oczywistych powodów, nie powiem panu, które z pańskich przypuszczeń są prawdziwe, utrafił pan jednak niemalże w samo sedno. Jestem skłonny przyjąć na razie pańską opowieść za najbardziej wiarygodne wyjaśnienie ostatnich wypadków. Jeśli zaś historia krasnoluda okaże się prawdziwa po weryfikacji, mój, hm… zleceniodawca nie wyłoży przeciwko niemu żadnych zarzutów. Proszę tylko o przekazanie mi wiadomej rzeczy i zakończmy wreszcie tę sprawę.

W skrytości ducha Odźwierny odetchnął z ulgą raz i drugi. Nie tylko najwyraźniej udało mu się znaleźć wyjście z kłopotliwej sytuacji, ale i ocalił swój autorytet. Przy tym, był już całkiem dumny ze sposobu, w jaki doprowadził (jak mniemał) do zgody i jakiś cichy głos szeptał mu, że skoro raz już sobie poradził, to może…

Wyglądało na to, ze Khirk przez chwilę rozważał ewentualność przystania na propozycję Inadana, jednak niewiele dało się wyczytać z jego skrytej w cieniu twarzy. Gdy w końcu się odezwał, mówił nadzwyczaj spokojnie, tym większe wrażenie robiły wiec jego słowa.

– Mam więc z powodu domysłów jakiegoś elfickiego możnisia oddać jedyny ratunek, jaki został mojemu krewnemu i przyjacielowi?

– Jak już mówiłem… – zaczął pan Anderson, chcąc zaoponować, ale Khirk przerwał mu.

– Tak, tak, wiem nawet więcej na temat jego „zleceniodawcy” i jego informacji, niż ty, chłopcze. Nawet on jednak mógł się pomylić! Niekoniecznie zresztą powiedział Inadanowi prawdę!

Atmosfera w pomieszczeniu znowu zrobiła się napięta.

– Nic nie wiesz, krasoludzie! – syknął Inadan, wpatrując się w Khirka gniewnymi oczami.

Anthony ponownie poczuł, jak niepewność i strach zaciskają swoje kleszcze na jego sercu. Rozumiał, że Khirkowi trudno było porzucić ostatni promyk nadziei, jednak jego podejrzliwość mogła okazać się brzemienna w skutkach; Odźwierny musiał coś zrobić, by uratować sytuację i to natychmiast.

– W takim razie… – odezwał się ochrypłym głosem – W takim razie, powinniśmy sprawdzić działanie tego specyfiku. Na jakimś zwierzęciu czy…

Anthony nie musiał kończyć, by zdać sobie sprawę, że palnął jakieś głupstwo. Nie wiedział tylko jakie. Zarówno na twarzy Inadana, jak i Khirka, malowały się szok i wzburzenie.

– Na niebiosa, chłopcze – jęknął krasnolud – Może i faktycznie nie z własnej winy nie masz pojęcia o prawach rządzących w Keantherze, ale twoja ignorancja robi się niebezpieczna!

– Posłuchaj, panie Odźwierny – dodał Inadan, spokojniejszym tonem, w którym jednak wyczuwało się napięcie – Zapamiętaj, że nie wolno ci skrzywdzić żadnego zwierzęcia czy jakiejkolwiek istoty żywej w Keantherze. Nie mówię o elfach czy krasnoludach – jest to inna kwestia (co nie znaczy, że oni nie są chronieni prawem), ale o rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Wywołałbyś katastrofę, której rozmiarów nie jesteś w stanie sobie wyobrazić. Rozumiesz?

Pan Anderson przytaknął, chociaż w rzeczywistości nie do końca rozumiał, dlaczego tak ma być. Czuł się trochę jak skarcony uczeń. Bardziej niż to zajmowała go jednak kwestia nazwy obco dla niego brzmiącej, a zaakcentowanej przez obu jego gości. Czyżby tak nazywało się miejsce, w którym się znalazł? Keanther? Z drugiej strony, przecież wciąż znajdował się swoim domu (chociaż nagle pozbawionym niektórych sprzętów). Może było to jakieś elfickie określenie na Kornwalię?

Napięcie w pokoju powoli opadało, wciąż jednak było wyczuwalne. ‚Nietakt” pana Andersona na pewien czas odwrócił uwagę Inadana i Khirka od ich własnego sporu. Tę chwilę Odźwierny musiał jak najlepiej wykorzystać.

– Nie ufasz więc słowu pana Inadana, Khirk? – zwrócił się do krasnoluda Anthony. Ten drgnął jak oparzony na sam dźwięk słowa „zaufanie”.

– Oczywiście, że nie! On mojemu też nie ufał.

„Cóż za idiotyczny, a mimo to logiczny powód!” żachnął się pan Anderson w myślach. Na głos zaś powiedział:

– W takim razie, czy znasz kogoś, kto byłby w stanie poznać się na truciźnie, a komu ufasz?

Krasnolud zamyślił się. W końcu kiwnął głową.

– Tak, tak sądzę. W moim rodzie jest jedna taka osoba.

Inadan uśmiechnął się ze zrozumieniem, odgadując, do czego zmierza pan Anderson. Anthony poczuł nagłą irytację, przechwytując jego wszystkowiedzące spojrzenie. Ci elfowie zdecydowanie zbyt szybko kojarzyli fakty! Z drugiej strony, w tym przypadku nie było to takie trudne.

– Proponuję więc, byśmy udali się tam, gdzie ta osoba przebywa (oczywiście, jeżeli jest to wykonalne) i zasięgnęli jej rady. Gdy już uznasz się za przekonanego, panie krasnoludzie, myślę, że jakoś dojdziecie do porozumienia.

– Ależ to niedorzeczne! – wykrzyknął oburzony Khirk – Mam wprowadzać elfa ni stąd ni zowąd do mojej rodowej siedziby? Niedoczekanie, panie szpiczastouchy królewiczu!

– Musisz wiedzieć, panie Anderson, że choć w Keantherze krasnoludy i elfowie żyją obok siebie, to jednak każde z nas ma swoje sekrety i to drugie szanuje ten fakt – dodał elf, zerkając z ukosa na Khirka – Dzięki temu, a także dzięki innym czynnikom, uniknęliśmy jak dotąd wojny domowej.

„Coż to jest ten Keanther?!”, ponownie zapytał się w myślach pan Anderson, uznał jednak, że obecnie nie ma czasu na proszenie o wyjaśnienie takich rzeczy. Musiał kuć żelazo, póki gorące.

– Uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie – powiedział z naciskiem – Nie widzę innego.

– Dla mnie jest oczywiste, co powinniśmy zrobić, panie Odźwierny – odparł z paskudnym uśmiechem Inadan – Pan krasnolud po prostu wręczy mi tę truciznę albo sam mu ją zabiorę.

– Przestań nazywać to trucizną, pięknisiu! – zaperzył się Khirk.

– Nazywam tylko rzeczy po imieniu – zripostował Inadan.

– Wciąż uważam, że powinniśmy postąpić tak, jak powiedziałem – wtrącił zdecydowanie Odźwierny – Nie wiedzę, by panowie mieli jakiś lepszy pomysł. Z pewnością jesteś w stanie to tak rozegrać, Khirk, by nie zdradzić zbyt wiele z waszych cennych tajemnic. Nie wierzą zresztą, by w twojej siedzibie rodowej nigdy nie bywał żaden elf. Skoro, jak powiedzieliście, obie rasy żyją obok siebie na tym samym terytorium, to niemożliwym jest, byście nie wchodzili ze sobą w żadne interakcje. Nadmiar tajemnic i sekretów w takiej sytuacji nieubłaganie prowadzi do konfliktu.

Khirk już nie oponował. Co prawda, wciąż nie wydawał się całkowicie przekonany i muczał coś niewyraźnie do siebie, ale pan Anderson mógł być już niemal pewny, że dopiął swego. Dlatego ze spokojem przyjął wyraz rozbawienia na twarzy elfa.

– Utrzymuje pan, że nic nie wie na temat naszego społeczeństwa, a jednak wysuwa pan takie wnioski ze szczątkowych informacji – rzucił cicho – Jest pan albo niezwykle bystry, albo nazbyt pochopny, panie Anderson.

Pan Anderson wzruszył ramionami.

– Albo niezwykle oczytany.

Inadan roześmiał się.

– Faktycznie, to też jest możliwe – przyznał, wciąż rozbawiony.

Chociaż pan Anderson starał się tego po sobie pokazać, poczuł się nieco nieswojo po tych uwagach Inadana. Ten kamienny spokój elfa i jego drwiące docinki działały mu na nerwy.

– Poczekaj no chwilę, panie Odźwierny – odezwał się po długim milczeniu Khirk – Możliwe, że faktycznie jestem w stanie zrobić to, co pan proponuje. W tej sprawie jest jednak wciąż wiele niewiadomych. Przede wszystkim, chciałbym wiedzieć, jaką to rzekomą truciznę zakupiłem. Niech elf poda jej nazwę. Dlaczego wiarygodność tylko mojej opowieści ma być sprawdzana? Poza tym niejasne jest dla mnie jego zachowanie. Z jednej strony, zaznacza tajność i wagę swojego zadania, a z drugiej podąża za mną całkowicie otwarcie. Tak nieudolnie nikt mnie już od dawna nie śledził.

Pan Anderson spojrzał pytająco na elfa. Nie czuł się na siłach odgadywać odpowiedzi na te pytania.

– Podążałem za panem otwarcie, panie krasnoludzie – odparł Inadan, jawnie się śmiejąc – ponieważ wcale nie miałem zamiaru pana śledzić. Zwróciłbym tym tylko na siebie niepożądaną uwagę pewnych osób. Jeśli mam coś do ukrycia, powinienem zachowywać się tak, jakby było zupełnie odwrotnie, prawda?

– Phi, pokręcona elficka logika! – parsknął na to krasnolud – Wątpię, by taka taktyka coś dała.

Elf wzruszył ramionami. Wyraźnie nie zamierzał wdawać się w dyskusję na ten temat.

– A moje drugie pytanie? – naciskał Khirk.

– Odpowiedź na nie jest tak oczywista, że albo przyszła ci już do głowy, panie krasnoludzie, i tylko ukrywasz ten fakt, albo po prostu zbyt wolno myślisz.

Pan Anderson niemal jęknął. Był już tak blisko znalezienia kompromisu dla tych dwojga i sytuacja znowu się skomplikowała. Oczywiście, że taka odpowiedź nie mogła zadowolić Khirka (tym bardziej, że jeszcze dodatkowo o obrażała). Znowu zacznie miotać gromy! Najbardziej zaś w tym wszystkim irytował pana Andersona fakt, że Inadan zniweczył wszystkie jego wysiłki z uśmiechem na twarzy!

O dziwo jednak, Khirk w milczeniu przyjął to do wiadomości i jedynie skinął głową. Goście pogrążyli się w milczeniu. Pan Anderson zastanawiał się, czy oznacza to, że obaj wyrazili zgodę na jego śmiały pomysł.

– Pan wyrusza z nami, prawda, panie Anderson? – zwrócił się po jakimś czasie do Anthony’ego Inadan.

– Tak, oczywiście – odparł szybko Odźwierny, powstrzymując się od tryumfalnego okrzyku i jednocześnie patrząc ukradkiem na krasnoluda, który także i na te słowa nic nie powiedział. Wyglądało na to, że zaakceptował w końcu pomysł pana Andersona.

– Doskonale! – podsumował elf – Ile czasu zamie nam dotarcie do pańskiej siedziby rodowej, panie krasnoludzie?

– Myślę, że około sześciu do siedmiu godzin godziwego marszu – mruknął Khirk – W taką pogodę, może i więcej.

– W takim razie, uważam, że powinniśmy wyruszyć dopiero za kilka godzin – wtrącił pan Anderson – Jeżeli panowie pozwolą, udam się teraz na odpoczynek – dodał, nie będąc wcale pewnym, czy da radę zasnąć w obliczu podróży, która na niego czekała.

Ptak Północy – Rozdział III

„Lepiej uważaj, kobieto.”

Tak. Tak właśnie powiedział kot. A potem dodał jeszcze:

„Bo spalisz sobie ten swój śliczny nosek”.
***

Moira nigdy nie uważała swojego życia za łatwe, a odkąd zyskała nową pracodawczynię, stało się ono jeszcze trudniejsze. Co prawda, nigdy nie ułatwiał go fakt, że Moira nie potrafiła zaakceptować rzeczywistości, która sprawiła, że młoda i piękna dziewczyna nie mogła żyć na poziomie, tylko musiała zatrudniać się jako służąca. W opinii Moiry, jej pracodawcy niczym szczególnym nie zasłużyli na swoje pieniądze czy pozycję, czyli ogólnie rzecz biorąc, los lepszy niż ona – tym bardziej więc nie zasługiwali na jej szacunek. O dziwo jednak, oni mieli zupełnie inne zdanie w tej kwestii, co było przyczyną licznych nieporozumień. W ten sposób w przeciągu roku Moira zaliczyła kilkanaście różnych miejsc pracy i zaczynało ją nużyć czekanie na księcia, który przerwałby ten impas i ją wybawił z ciężkiej sytuacji materialnej.

Nie spodziewała się, że mogłoby jej się przytrafić coś gorszego niż niskie urodzenie, dlatego była niemile zdziwiona, gdy jej nowa pracodawczyni okazała się największym kłopotem, z jakim Moira miała dotąd do czynienia.
***

Po pierwsze, Kornelia de Logan parała się alchemią. W jej domu było więc pełno łatwo tłukliwych rzeczy, łatwopalnych substancji i starych, zakurzonych ksiąg z kategorii „nie-dotykać-pradawna-wiedza”, co czyniło jakiekolwiek czynności sprzątające wręcz niemożliwymi.

Po drugie, pani Kornelia była tym typem człowieka, który nawet nie mając, co do garnka włożyć, nie powinien brać się za alchemię. Zapominalska, roztrzepana, wiecznie z głową w chmurach. Chyba tylko za sprawą cudu udało jej się przejść przez życie bez stania się przyczyną jakiegoś większego wybuchu czy dziejowego pożaru. Życie Moiry w jej domu stało się nieskończonym koszmarem naznaczonym przeogromnym stresem. Przez kilka pierwszych tygodni nie mogła spać, zastanawiając się, czy do rana dom i ona sama będą w jednym kawałku. Gdyby tylko miała lepszą ofertę, z miejsca wymówiłaby pani Kornelii.

No i był jeszcze ten kot.
***

Kot pojawił się „nagle i niespodziewanie” w domu przy ulicy Felernej i już tam został. Wzbudzał niepokój sąsiadów i przerażenie połączone z niewyjaśnionym obrzydzeniem u służącej. Tylko sama właścicielka zdawała się zupełnie nie przejmować jego niezwykłością.

Kocur był gruby i ogólnie rzecz biorąc, ogromny – może nawet wielkości dziesięcioletniego dziecka. Smoliście czarny, miał jedno oko niebieskie ze złotą obwódką, a drugie dziwnie białe. Nie to jednak było najbardziej specyficzne odnośnie jego wzroku, a raczej spojrzenie pełne ukrytego rozumu i ironicznych, figlarnych błysków. W ruchach rozważny i nobliwy, sprawiał wrażenie możnowładcy, który okazuje łaskę sługom samą swoją obecnością. Nikt nie czuł się komfortowo w jego obecności, chyba tylko poza samą panią Kornelią, która wszelkie skargi przyjmowała z roztargnionym uśmiechem. Sama zajmowała się kocurem, by zarówno Moirze, jak i jemu, oszczędzić konieczności częstego przebywania we własnym towarzystwie. Ona go nie cierpiała i bała się go, a on zachowywał się tak, jakby uważał ją za głupią i niewartą uwagi. Dziewczyna wielokrotnie wypłakiwała się z tego powodu u pani Kornelii, ta jednak nie potrafiła zareagować na te skargi inaczej, niż zdziwionym spojrzeniem.

Tym sposobem, pomimo tych wszystkich niedogodności, kot został w domu pani Kornelii.
***
Kornelia de Logan ostrożnie odłożyła odrapaną probówkę. Ponieważ jednak ostrożność nie była jej mocną stroną, część zawartości probówki podziurawiła i tak już dziurawy stół. Kobieta drgnęła, słysząc za sobą miękkie stąpanie Nolla.
– Kiedy będziesz gotowa do drogi? – odezwał się głęboki głos, łudząco podobny do mruczenia. Kornelia założyła pasmo włosów za ucho.
– Trudno mi to jednoznacznie określić – odparła – Mikstura, o którą prosisz, jest bardzo czasochłonna, zwłaszcza przy takich składnikach, jakie mam tu dostępne.
– Przecież wiem – fuknął kocur, wskakując na parapet – Poza tym, ja nie proszę, ja żądam. Już ci to mówiłem.
– A ja nie spełniam żądań, tylko prośby. Też ci to już mówiłam.

Noll wydał z siebie lekceważąco-obrażony dźwięk, ale już się nie odezwał. Przyglądał się pracującej Kornelii.
– Jak to możliwe, że masz jeszcze wszystkie kończyny, ba! włosy? – mruknął z fascynacją – Wąsiki mi się jeżą na sam widok.
Kornelia wstała od stołu, strącając przy tym zlewkę i zaraz łapiąc ją w locie, z dziwną jak na nią zręcznością.
– Powiedzmy, że mam po prostu szczęście – uśmiechnęła się lekko – A kiedy ty byś chciał wyruszyć?
Noll zastanawiał się przez chwilę.
– Już? – zaryzykował.
– A jakiś bardziej sensowny pomysł? – zachęciła go Kornelia – Pamiętaj, że potrzebujemy czasu, by mikstura osiągnęła odpowiedni stan skupienia, poza tym muszę załatwić pewne sprawy przed podróżą. No i wreszcie, Północ to nie jest obecnie zbyt bezpieczna okolica…
– Ech, w ludzie! – fuknął kocur – Ciągle popadacie w jakieś skrajności. Albo jesteście zbyt pochopni, albo się ociągacie. Mówiłem ci, że od bezpieczeństwa masz mnie.
– Wybacz, ale prosisz o coś niemal niemożliwego – Kornelia bezradnie rozłożyła ręce i odwróciła się do stołu na znak, że rozmowa skończona.
– Żądam -mruknął kot, ale już nie kłótliwym tonem.
– Jak zwał, tak zwał.
***
Kilka tygodni po pojawieniu się okropnego kota, Moira została porażona niczym gromem okropną nowiną. Oto pani Kornelia wyruszała w podróż i ona, najbardziej wierna z służących, która tak wiele wycierpiała, znów zostaje bez pracy. Przez pierwszych kilka dni żyła jak w odrętwieniu, potem przyszły ulga i nadzieja, a gdy one odeszły, został tylko strach. Gdzie teraz znajdzie posadę, skoro jej reputacja była bardziej dziurawa niż łachy, w których kiedyś musiała chodzić? Czego by o niej nie powiedzieć, pani Kornelia dobrze płaciła i nie zwracała uwagi na nieuprzejmość Moiry.
„Wybacz, że tak wyszło. Dam ci dobre referencje” – tylko takiego wyjaśnienia się doczekała. Pewnie, że da dobre referencje, tylko, ile będą one warte, skoro sama alchemiczka takich nie miała!

Moira była pewna, że to wina obrzydliwego kocura i nie znosiła go za to jeszcze bardziej. Odkąd objął dom w posiadanie, nic tylko się puszył i wywyższał. Pani Kornelia była zbyt dobra, by pokazać mu, gdzie jest jego miejsce. Moira żałowała, że musi ją opuścić. Nawet jeżeli była to najbardziej niebezpieczna i najmniej tego świadoma osoba, jaką kiedykolwiek spotkała.
***

Dzień pożegnania nadszedł pochmurny i chłodny. Jesień już zawitała do miasta na granicy Wschodnich Rubieży i zaraz po świcie powietrze było ostre i rześkie. Kornelia raz jeszcze sprawdziła, czy owoc pracy ostatnich kilku dni był bezpiecznie zapakowany. Po niej podejrzliwie rzucił okiem Noll i po raz kolejny zdziwiło go, że chwilami ta kobieta potrafiła być aż nazbyt zręczna.
– Jeśli wszystko w porządku, to wyruszamy! – zakomenderowała.

Razem przemykali uśpionymi jeszcze uliczkami. Noll nalegał, by czas opuszczenia miasta pozostał w tajemnicy. Wiedziała o nim tylko Moira, ale na niej można było polegać, że jeśli trzeba, nie piśnie słówka.

Przy bramie miejskiej Kornelia zatrzymała się na krótką chwilę, by w zadumie spojrzeć na miejsce, w którym mieszkała od urodzenia. Nagle jej uwagę przykuła drobna sylwetka, która poprzez rzadkie mgły zmierzała w ich stronę.

Po chwili zdumiona Kornelia patrzyła z niedowierzaniem na swoją służącą, która zdyszana stała przed nią z tobołkiem. Z urywków zdań zrozumiała, że Moira pragnie podróżować razem z nimi.
– Ależ dziewczyno! – wykrzyknęła zszokowana – Ja wyruszam na Północ!
– Wiem – przytaknęła niewesoło Moira – A ten kocur razem z panią. Ale ja nie mam wyboru. Kończą mi się pieniądze, a w tym mieście raczej nikt mnie już nie zatrudni.

Ptak Północy – Rozdział II

Dwóch krasnoludów weszło do zadymionego pomieszczenia. Na krótką chwilę spojrzenia wszystkich zebranych skierowały się w ich stronę. Nie wyglądali na prawdziwych krasnoludzkich bogaczy, ale też nie piszczała u nich bieda, jak w mgnieniu oka oszacował karczmarz. Taktownie odwrócił wzrok, dokonawszy tych oględzin. Liczył przynajmniej na zapłatę w gotówce, dlatego nie chciał płoszyć nowo przybyłych gości.

Po chwili w zajeździe znów zapanował zwykły zgiełk. Przybysze zostali obejrzani i zaakceptowani przez zgromadzenie, toteż nikt się więcej nimi nie kłopotał, a wręcz nie zwracał na nich uwagi. Taki stan rzeczy wyraźnie im odpowiadał. Zamówili po kufelku u karczmarza i zaszyli się gdzieś w lewym kącie sali. W tym momencie śledziła ich już tylko jedna para oczu.

W każdej karczmie jest chociaż jeden stały bywalec, do którego nikt się nie zbliża. Do tego typu ludzi należał zakapturzony brodacz o mrocznym, lekko drwiącym spojrzeniu, który zwykł zajmować ostatni stolik tuż przy zachodniej ścianie. Siadywał tam każdego wieczoru, okryty przyjemnym półmrokiem i dymem dziesiątek fajek i obserwował. W oko wpadali mu tylko cudzoziemcy, najwięksi dziwacy, obdartusy czy ludzie po prostu nieznani nikomu pod wartym wspomnienia imieniem. W wiosce nikt nie miał pojęcia, czym zajmuje się tajemniczy mężczyzna, gdy akurat nie siedzi na swoim posterunku. Nazywali go Hansem i skrycie sobie z niego podrwiwali. Nikt jednak nie miał odwagi się do niego odezwać. Pijał tylko wodę i, kiedy akurat nie miał kogoś na oku, zabawiał się, podrzucając tępy nóż w ręku. Jednak nikt nie pamiętał o tym, że nie był on naostrzony, gdy zimna stal błyskała raz po raz w półcieniu.

Jednym słowem, podejrzewano go o rozmaite ciemne sprawki, ale czysto teoretycznie, gdyż nikt nie kwapił się do niego w ogóle odezwać, a co do dopiero cokolwiek mu udowadniać.

Otóż właśnie Hans tamtego wieczoru upatrzył sobie parę krasnoludzkich podróżników jako nowe cele obserwacji. Kilka osób zaznajomionych z dziwacznymi nawykami mężczyzny zauważyło to i wymieniło dyskretne uśmiechy, jednak sami delikwenci zdawali się wcale nie czuć na sobie uważnego wzroku Hansa i w spokoju zajmowali się swoimi kufelkami. Nikt jednak nie spostrzegł, że tym razem mężczyzna nie schował swojego noża za pazuchę, jak to miał w zwyczaju, ale wsunął go do rękawa. Na jego twarzy, zasłoniętej szczelnie kapturem, widniał drapieżny uśmiech. Bowiem Hans całkowicie przypadkowo usłyszał coś, o czym nie mieli pojęcia inni goście zajazdu – a mianowicie wyłowił z chrapliwej konwersacji krasnoludów słowo „północ”. Mógł więc z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że celem podróży krasnoludów była właśnie Północ.

Wieści o tym, co dzieje się na Północy, dotarły nawet do tej malutkiej, zapyziałej wioski i przez kilka tygodni były głównym tematem rozmów spragnionych nowinek i skandali mieszkańców. Ponieważ od zagrożonych terenów dzieliły ich setki kilometrów, przejęcie, z jakim przekazywali sobie posłyszane w karczmie wiadomości, miało niewiele wspólnego z przerażeniem czy strachem. Nie dało się jednak nie zauważyć, że niektóre z docierających pogłosek o wyludniających się miastach i wsiach, lasach pochłaniających coraz to nowe osiedla ludzkie czy drapieżnych zwierzętach, które żywiły się krwią żywych budziły lekki niepokój nawet w najbardziej głuchych i odizolowanych od świata. Słowo „północ” wywoływało więc przeróżne emocje właściwie u wszystkich, jednak, jak to zwykle bywa, u niektórych intensywniejsze niż u innych.

Hans oczywiście słyszał o tym wszystkim i bez wątpienia wiedział jeszcze więcej niż to, co powtarzali podróżni. Jednak, mimo wzmożonych obserwacji, nie udało mu się znaleźć kogoś, kto odpowiadałby jego kryteriom i dodatkowo kierował się na północ. A to z tego prostego powodu, że mało kto podróżował w tamte strony, a nie wracał nikt. Hans myślał co prawda o samotnej podróży, jednak zbyt wiele mógł na tym stracić. Czuł także, że nie dojrzał jeszcze do tak śmiałej decyzji. Dlatego każdego wieczora przesiadywał w zajeździe i śledził wzrokiem osobników pasujących do jego kryteriów towarzysza podróży. Aż do pojawienia się w karczmie dwóch krasnoludów, z różnych powodów odrzucał kolejnych potencjalnych kandydatów.  Większość z nich, choćby posiadała największe zalety, po prostu w najśmielszych snach nie myślała o wędrowaniu w tym najgroźniejszym i najbardziej ryzykownym kierunku. Dlatego Hans, wyczulony na sam dźwięk tego słowa, przeważnie srogo się zawodził. I tym razem wszystkie przesłanki przemawiały za tym, że po raz kolejny jego plany zakończą się fiaskiem. Z drugiej strony jednak, coś mówiło mu, że szczęście może wreszcie się do niego uśmiechnąć.

***

– Zarezerwowałem nam nocleg.

Naz spojrzał ponuro na kuzyna znad smętnie pustego kufla.

– Wciąż nie jestem pewien, czy zostawanie tu na noc jest najlepszym pomysłem. Tamten typ nie spuszcza z nas wzroku, a, powiadam ci, nie jest to życzliwe spojrzenie – nieznacznym ruchem głowy wskazał na wciśniętą w kąt sali zakapturzoną postać. Efra spojrzał obojętnie we wskazanym kierunku.

– Pytałem karczmarza o tego człowieka – powiedział – Miejscowy oryginał. Najwyraźniej jego jedynym zajęciem jest obserwowanie podróżnych. Nie jesteśmy pierwsi.

– Być może on akurat jest nieszkodliwy – zgodził się Naz – Ale z pewnością nie możesz powiedzieć tego o Nich.

– Tym bardziej nie powinniśmy ryzykować noclegu pod gołym niebem – Efra opróżnił swój kufel – To nie jest ich terytorium, więc jest duże prawdopodobieństwo, że pod dachem, wśród ludzi, unikniemy nieprzyjemności.

– Obyś miał rację – westchnął Naz i postanowił zamówić drug kufelek.

***

Hans stał pod dziurawym dachem, czając się w cieniu gdzieś koło kuchennych drzwi karczmy i wsłuchując się ponuro w melodię deszczu. Czekał aż właściciel zamknie wreszcie zajazd i uda się na spoczynek, by mógł zająć lepsze stanowisko obserwacyjne. Przemoczony płaszcz ciążył mu nieco, ale mężczyzna zdążył już pogodzić się z tym, że na tym świecie, jeżeli chciało się czegoś uzyskać, cierpliwość była najlepszym środkiem do osiągnięcia celu. Coś mu natomiast mówiło, że podróżni, którzy go tak zaciekawili, należeli do tego gatunku wędrowców, których zawsze ktoś szukał i, przeważnie, znajdował, a więc było na co czekać. Hans doskonale znał takich ludzi, a w pewnym sensie, sam był takim człowiekiem – ściganym przez przeszłość. Z tą różnicą, że z czasem zmienił się z ofiary w myśliwego.

Około drugiej w nocy delikatne poruszenie gdzieś w cieniu koło zachodniej strony budynku przykuło jego uwagę. Powolnym, wystudiowanym ruchem mocniej naciągnął kaptur na twarz i przylgnął do ściany. Tylko jego oczy się poruszały, bacznie obserwując. Czekał, aż ruch w ciemnościach się powtórzy. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę z tego, że podświadomie wstrzymywał oddech. Choć starał się do tego przed sobą nie przyznawać, tym razem był bardziej niespokojny niż podczas swoich poprzednich obserwacji. Jego umysł już wyrywał się ku Północy, choć on sam nie miał jeszcze odwagi, by całkowicie poddać się temu uczuciu. Zdawał sobie sprawę, że tym, co tak naprawdę przez tyle lat powstrzymywało go przed powrotem, był jego własny strach.

***

Naz poruszył się niespokojnie i odemknął do połowy jedno oko. Nowy dźwięk, który, jak sobie zakodował, oznaczał niebezpieczeństwo, nagle zaburzył jego sen. Po chwili przypomniał sobie, że gdy szli z Efra do wynajętego na noc pokoju, zauważył, że schody delikatnie skrzypią i uznał to za dużą zaletę. Tak, to z pewnością musiało być to. Ledwo słyszalnie, ale jednak – schody na korytarzu skrzypiały.

Ręka krasnoluda powoli podążała ku toporkowi, który przezornie położył na podłodze koło łóżka. Tak, jak przewidywał, wygody nie wyszły im na dobre. Żałował, że dał się uspokoić kuzynowi i nie przeforsował swojego zdania. Ale nie martwił się zbytnio. Wychodzili już z gorszych opresji. Jego palce miały właśnie zacisnąć się na trzonku, gdy nagle żelazny uścisk zablokował jego przegub.

Zaskoczony zapomniał o ostrożności i podniósł wzrok. Napotkał parę stalowych oczu zawieszonych w czarnej przestrzeni. Zrozumiał wiadomość przez nie przekazywaną. Ale także rozpoznał to spojrzenie. Rozluźnił mięśnie ramienia, a trzymająca go dłoń zwolniła uścisk. Obserwował z zainteresowaniem, jak ciemna sylwetka przepływa w stronę drzwi i znika tam w głębokich cieniach. Ustabilizował oddech i odprężył się. Teraz wszyscy czekali. A przynajmniej poza uśpionym Efra.

***

Domniemany napastnik miał nie tylko pecha w związku ze skrzypiącymi schodami. Okazało się, że drzwi, otwierane z takim namaszczeniem i uwagą, również były kapryśne i wydały z siebie przeciągły, żałośliwy dźwięk. Po nim do uszu Naza doleciało ciche przekleństwo, w porę zduszone, gdy delikwent uświadomił sobie, w jakim celu tu przybył. Natomiast ostatnim dźwiękiem, który rozległ się sekundę po tym, było głuche łupnięcie. Dopiero wtedy obudził się Efra.

Naz zapalił świecę i błyskawicznie przyszpilił wzrokiem pierwszego nocnego gościa tak, by nie miał czasu uciec. Ten jednak ze stoickim spokojem wpatrywał się w leżącą na podłodze sylwetkę.

– Widzę, że prowadzicie nader urozmaicone nocne życie – mruknął Hans i rzucił przelotnie, inteligentne spojrzenie na Naza – Znacie tego mężczyznę?

Naz pokręcił głową. Efra wciąż jeszcze nie do końca rozbudzony wpatrywał się w Hansa z niedowierzaniem.

– A kim ty jesteś, hę? Ciebie też nie znam – warknął groźnie.

Mężczyzna spojrzał na niego obojętnie.

– Mądry po szkodzie, co? – powiedział jakby do siebie i zwrócił się znów do Naza – Tacy jak ten na podłodze zawsze przychodzą z jakiegoś powodu.

– Coś sugerujesz? – Efra spojrzał na niego wyzywająco. Hans wzruszył ramionami.

– Chciałbym wiedzieć, z jakiego powodu – odparł obojętnym tonem – Zwykła ciekawość.

– Oczywiście, że tak – Naz uprzedził kuzyna z odpowiedzią – Z powodu przypadku. Czy takie wyjaśnienie wystarczy?

Wargi Hansa wykrzywiły się mimowolnie w grymasie niepokojąco przypominającym uśmiech.

– Jak sobie życzysz, panie krasnoludzie. Tymczasem, doradzałbym jak najszybsze opuszczenie tego miejsca. Tak… profilaktycznie. Na wypadek powtórzenia się takiego „przypadku”.

– Tak niezwłocznie zrobimy – odparł krasnolud i odwrócił się do swoich tobołków na znak, że rozmowa skończona.

– Chwileczkę. Tak szybko się mnie nie pozbędziecie.

Naz i Efra spojrzeli na niego zaalarmowani specyficzną nutą w jego głosie. Hans wymusił uśmiech.

– Coś mi się chyba należy za uratowanie waszego życia.

Efra już miał się oburzyć na to zuchwałe żądanie, gdy kuzyn powstrzymał go gestem. Z zainteresowaniem patrzył na przygarbionego mężczyznę w płaszczu.

– Nie proszę o nic, na co nie byłoby was stać … – zaczął.

– To już ocenimy my – przerwał mu Naz.

– Tylko pośpiesz się, zanim ten na podłodze się ocknie – mruknął Efra.

Racja, pomyślał Hans. Wóz albo przewóz. Odetchnął głęboko.

– Weźcie mnie ze sobą na Północ.

Keanther – Rozdział IV

Rozdział IV

W którym pokazuje się zawiłości w relacjach pomiędzy krasnoludami a elfami

Sytuacja, w której nagle i niespodziewanie znalazł się pan Anderson, bynajmniej nie stwarzała idealnych warunków do snu. Na środku jego biblioteki siedział najprawdziwszy krasnolud, rysując piękny, wypolerowany parkiet swoim toporkiem, a gość o wiele niebezpieczniejszy miał dopiero przyjść w „odwiedziny”. Mimo to, czy to z powodu zmęczenia, które dopadło go, gdy minął szok, czy też przez usypiające mruczenie krasnoluda, a może po prostu z powodu podeszłego wieku Anthony w końcu przysnął w swoim fotelu, porzucając łamanie sobie głowy nad zagadką znikającej książki.

Keanther 04 Khirk

Obudził się niedługo po północy, jeszcze bardziej połamany i zmęczony. Ostrożnie rozejrzał się po pokoju spod na wpół przymkniętych powiek. Krasnolud wciąż siedział na podłodze i spał oparty o jego regał, pochrapując. Jednak wydawało się, że poza nim nikogo obcego nie było w pokoju. Ulgę, którą poczuł pan Anderson, zdawszy sobie z tego sprawę, nieco umniejszał fakt, że teraz nie miał już złudzeń – choć wydarzenia ostatnich kilku godzin z pewnością nie należały do kategorii zwyczajnych, nie były także snem.

Po jakimś czasie, w którym pan Anderson bezskutecznie starał się ponownie zapaść w sen, chrapanie krasnoluda nagle ustało, a on sam niespokojnie się poruszył i odemknął jedno oko. Jego spojrzenie przeszyło Anthony’ego, który wzdrygnął się.

– Już tu jest – rzucił, wydawałoby się, całkowicie spokojnie. Jeszcze nie skończył mówić, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem nie było to niespokojne pukanie przemoczonego i wymiętego petenta, który dał mu książkę, ani też impertynenckie walenie krasnoluda, ale dostojne stuk-stuk, nie nazbyt głośne, ale doskonale słyszalne.

– No, idź i otwórz, chłopcze – pospieszył go Khirk, gdy pan Anderson zastygł w progu, mierząc krasnoluda niespokojnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, co właściwie powinien zrobić, by wyjść z całej sytuacji bez szwanku – To twój obowiązek jako Odźwiernego, otwierać drzwi wszystkim istotom mającym do ciebie jakiś interes – dodał.

Nie przekonało to Anthony’ego.

– Wszystkim? Czy to nie jest aby trochę niebezpieczne?

– Nie martw się, nikt cywilizowany nie tknie Odźwiernego nawet palcem. Reszta może pocałować klamkę. I nie zapomnij wziąć lampę!

Pan Anderson podniósł lampkę ze stolika i ponownie ruszył w stronę korytarza, jednak ciągle coś nie dawało mu spokoju.

– A skąd mogę wiedzieć, czy petent jest cywilizowany?

– Nie mam pojęcia. Wy Odźwierni macie na to swoje sposoby – krasnolud machnął ręką – Zapewniam cię, że ten jest. Ale idźże już i otwórz mu! Każda kolejna minuta spędzona na tym deszczu tylko bardziej go irytuje.

Anthony westchnął zrezygnowany. Khirk wyraźnie nie zamierzał dotrzymać mu towarzystwa. Nie było więc sensu tego odwlekać.

Znajoma droga do drzwi dłużyła mu się bardziej niż zwykle (choć sama w sobie nie była specjalnie długa). Zastanawiał się przy tym, czy reszta jego życia ma mu upłynąć w ten sposób – na otwieraniu drzwi i goszczeniu we własnym domu podejrzanych osobników. A na to właśnie wyglądało, skoro, bez własnej wiedzy, ale jednak, został mianowany „Odźwiernym”. Tym razem przynajmniej gość miał być cywilizowany (choć pan Anderson miał na to tylko słowo krasnoluda).

Anthony dotarł wreszcie drzwi i, nie mogąc tego dłużej odwlekać, otworzył je na ciemną, mokrą noc.

– Trochę kazał mi pan czekać – odezwał się spokojny głos należący do wysokiej postaci stojącej za progiem. Pan Anderson wymamrotał przeprosiny i gestem zaprosił nieznajomego do hallu. Uniósł nieco lampę, by lepiej mu się przyjrzeć i aż zaniemówił z wrażenia. Nawet krasnolud z toporkiem nie przygotował go na widok najprawdziwszego elfa. Bo to właśnie elf wkroczył właśnie do jego domu. Jego wysmukła sylwetka, lśniące oczy, a nade wszystko lekko szpiczaste uszy nie pozostawiały co do tego wątpliwości. Jedynie obojętny (a może nawet lekceważący!) wyraz jego twarzy nieco kłócił się z wyobrażeniami pana Andersona o tolkienowskim elfie.

Keanther 04 Inadan

Podczas gdy Anthony dyskretnie dokonywał swoich oględzin, w korytarzu pojawił się Khirk i obrzucił elfa ponurym spojrzeniem.

– Tak myślałem, że to ty. Czułem twoją irytującą obecność gdzieś za sobą.

– Trochę pokory, panie krasnoludzie – odparł beznamiętnie elf swoim dźwięcznym głosem.

– Ach, rozumiem. Moja uniżoność w zamian za pogardliwą elficką uprzejmość (o ile w ogóle można nazwać to uprzejmością!) – zadrwił Khirk – Chyba podziękuję.

Elf nieznacznie uniósł brew, ale poza tym całkowicie zignorował krasnoluda. Zamiast tego, zwrócił się do pana Andersona, który w czasie tej oschłej wymiany pozdrowień zamknął drzwi wejściowe, zastanawiając się, czy już powinien zacząć „rozwiązywanie konfliktu”. Uznał jednak, że rozsądny człowiek, za jakiego się uważał, nie powinien mieszać się nieproszony w nieswoje sprawy. W końcu przecież nikt go jeszcze o to oficjalnie nie poprosił.

– Mniemam, iż to pan jest naszym nowym Odźwiernym – zapytał elf, ze spokojem patrząc Anthony’emu w oczy.

– Tak sądzę – odparł niezręcznie pan Anderson – Anthony Anderson, miło mi pana poznać.

– Mi również – padła odpowiedź, która nie brzmiała ani wiarygodnie, ani fałszywie, lecz po prostu beznamiętnie – Jestem Inadan an’el Andaravilien karn.

Elf skłonił się nieznacznie z dłonią na piersi. Niceo zmieszany pan Anderson odkłonił się w odpowiedzi. Gdzieś za ich plecami Khirk prychnął pogardliwie na te ceremonie, lecz przeszło to bez jakiegokolwiek odzewu ze strony Inadana.

– Może przejdziemy dalej? – zaproponował w końcu elf, przerywając niezręczną ciszę.

– Tak, proszę – odparł pośpiesznie Anthony, zły na siebie, że zapomniał o obowiązkach gospodarza. Poprowadził gości do biblioteki. Tam Khirk ponownie usadowił się na podłodze, nic sobie nie robiąc z drwiącego spojrzenia Inadana, któremu pan Anderson oddał ulubiony i jedyny w pomieszczeniu fotel. Sam gospodarz zaszył się w jak najciemniejszym kącie i pragnął stać się niewidzialnym. Niestety jednak, rozmowa zeszła na jego temat.

– Mam nadzieję, że zdążył się już pan wdrożyć w obowiązki Odźwiernego – zwrócił się do niego uprzejmie Inadan – Ja i tu obecny pan krasnolud mamy pewną delikatną sprawę, którą chcielibyśmy panu przedłożyć.

Pan Anderson milczał, zastanawiając się, czy jeden wieczór można uznać za wystarczająco dużo czasu na „wdrożenie się” w jakiekolwiek obowiązki. Z pomocą (i nieco cyniczną odpowiedzią) przyszedł mu krasnolud.

– To na nic, elfie – burknął ponuro, ściągając na siebie pytający wzrok Inadana – Stary John umarł zanim zdążył przekazać mu jakakolwiek wiedzę na temat fachu.

– Johnatan Smith nie żyje? – zapytał elf, po raz pierwszy naprawdę pokazując zdziwienie, a w jego oczach pojawiło się coś na kształt delikatnego smutku – Rozumiem. Pokój jego duszy.

Westchnął i przez chwilę w pokoju panowała cisza. Wreszcie jego spojrzenie ponownie spoczęło na panu Andersonie.

– Nie jest pan więc odpowiednio przygotowany do odegrania swojej roli, prawda?

Mimowolnie pan Anderson uniósł brew, nie wiedząc, na ile było to pytanie retoryczne. Przecież on nawet nie wyraził zgody na bycie żadnym Odźwiernym. Okrzyknięto go nim właściwie bez udziału jego woli.

Inadan widocznie wyczytał to w jego oczach, ponieważ nieznacznie skinął głową na znak, że rozumie i zwrócił się do Khirka.

– Wygląda na to, że jesteśmy zmuszeni rozwiązać naszą sprawę na własny rachunek.

– Z miłą chęcią, paniczyku – uśmiechnął się drapieżnie krasnolud, gładząc ostrze swojego toporka.

Dwaj goście pana Andersona wyraźnie zbierali się do wyjścia. W zasadzie powinno go to cieszyć lub przynajmniej przynieść mu ulgę. Zamiast tego czuł się rozczarowany.

– Proszę, poczekajcie panowie – zaczął, sam nie wierząc, że robi to, co robi. Elf i krasnolud spojrzeli na niego zdziwieni. Pan Anderson znów uczuł lekki niepokój, ale postanowił brnąć dalej.

– To prawda, że nie mam żadnego doświadczenia jako Odźwierny. Nie wiem nawet, skąd panowie się tu wzięli (poza tym, że weszli panowie moimi drzwiami). Wszystko to, o czym panowie tu rozprawiają brzmi dla mnie niczym żywcem wyjęte z książki pokroju „Hobbita”. Myślę jednak, że mogę się panom na coś przydać, nawet jeśli nie jako Odźwierny, to chociaż jako niezaangażowana w sprawę osoba trzecia. Poza tym, skoro mój poprzednik umarł, nie zdążywszy przekazać mi swej wiedzy, sądzę, że sam powinienem zacząć zdobywać doświadczenie i to niezwłocznie.

Wreszcie pan Anderson skończył swoją przemowę i odetchnął głęboko. Był z siebie więcej niż kontent, chociaż nie miał pewności, czy jego argumenty miały wystarczającą moc do przekonania słuchaczy.

– W zasadzie nie mam nic przeciwko obecności strony trzeciej – mruknął po namyśle Inadan, ponownie moszcząc się wygodnie w fotelu. Khirk tylko siedział na podłodze i wlepiał w pana Andersona oczy okrągłe jak spodki.

– Na moją brodę, chłopcze! – rzucił w końcu, kręcąc głową z niedowierzaniem – Masz gadane. Może jeszcze będą z ciebie ludzie.

Anthony niemal uśmiechnął się, słysząc ten „komplement” z ust krasnoluda, chociaż gdyby to ktoś inny ośmielił się powiedzieć mu coś takiego, niechybnie by się obraził. Poczuł jednak ulgę, że jego własna przygoda (być może miał szansę nawet na „podróż tam i z powrotem” niczym Bilbo Baggins) jeszcze się nie zakończyła. Z drugiej strony, trochę wstydził się tego swojego wybuchu. W każdym razie, wyglądało na to, że goście zamierzali jednak zostać w domu na klifie.

– Jeśli nie mieliby panowie nic przeciwko, pragnąłbym poznać lepiej waszą sprawę – upewniwszy się, ze dopiął swego, rzekł pan Anderson, przybierając poważny ton głosu zarezerwowany tylko dla rozmów z bardzo ważnymi ludźmi – Sądzę, że naświetlenie przyczyn konfliktu będzie pomocne przy jego rozwiązywaniu.

Propozycja ta najwyraźniej spotkała się z aprobatą krasnoluda, który pokiwał ze zrozumieniem głową . Inadan przyjął ją z chłodną akceptacją.

– Chłopak ma rację, elfie – burknął Khirk, obrzucając Inadana jadowitym spojrzeniem – Ja także pragnąłbym poznać powody, dla których przyczepiłeś się do mnie niczym rzep do psiego ogona.

Pan Anderson z trudem powstrzymał się od uniesienia brwi zarówno dla przyczyny zadziwiającego oświadczenia krasnoluda, jak i lekceważenia, jakie okazywał dla jego sędziwego wieku. Przede wszystkim jednak uderzył go fakt, że sam Khirk nie wiedział, dlaczego Inadan za nim podążał. Gdzie więc był tu konflikt? Czy powodował go sam fakt, że elf śledził krasnoluda? A może obydwaj z góry zakładali sprzeczność interesów, nawet nie znając spraw tego drugiego? Będąc całkowicie szczerym ze sobą, Anthony musiał przyznać, że brzmiało to w jego uszach nieco śmiesznie. Zastanawiał go także fakt, że Khirk tak łatwo zdał sobie sprawę z bycia śledzonym. Tak jakby Inadanowi wcale nie zależało na zachowaniu tego w tajemnicy.

– Proszę w takim razie zacząć od swojej opowieści, panie krasnoludzie – elf skinął na Khirka – W końcu to pan pierwszy tu przybył, by powinszować naszemu nowemu Odźwiernemu objęcia stanowiska. Ma pan pierwszeństwo.

Krasnolud prychnął.

– Niespecjalnie mi na nim nie zależy. Nie jestem zbyt dobry w opowiadaniu historii – mruknął, łypiąc na elfa, który wyglądał na rozbawionego tym wyznaniem.

– Wcale pan być nie musi. Wystarczy, że poda pan fakty.

Także i ta odpowiedź nie poszła Khirkowi w smak.

– Nie mam nic przeciwko opowiedzeniu wszystkiego temu chłopaczkowi, ale niby dlaczego miałbym obnażać swoje sekrety przed pierwszym lepszym paniczykiem? Nie ufam ci, elfie.

– Z wzajemnością, krasnoludzie – odpowiedział zimnym tonem Inadan – Zwróciłeś się jednak z prośbą o pomoc do Odźwiernego. Obaj przystaliśmy na jego propozycję, a to już decyzja wiążąca.

Ze spojrzenia, jakim Khirk obrzucił pana Andersona, jasno wynikało, że gdy szukał pomocy u Odźwiernego, miał na myśli zupełnie inną osobę. Nie odezwał się już jednak.

– Proszę, tylko spokojnie panowie – starał się załagodzić sprawę Anthony, przywołując całą swoją cierpliwość, która wytrzymywała nawet słowotoki pani Sharp – Nie musicie mówić tego, co z jakiegoś powodu pragniecie zachować w tajemnicy. Mam nadzieję, że będziemy w stanie znaleźć jakieś wyjście z sytuacji bez znajomości drażliwych szczegółów.

W rzeczywistości sam pan Anderson nie wierzył zbytnio w swoje słowa, a na twarzach jego gości malowały się aż nazbyt widoczne wątpliwości. Nikt jednak nie oponował.

– Mam przedstawić fakty, tak? – upewnił się Khirk, spoglądając przelotnie na gospodarza, który kiwnął głową – Niech tak będzie. Faktem jest więc, że wracam do mojego rodzinnego gniazda po wypełnieniu istotnej misji i naprawdę nie mam czasu, który mógłbym trwonić, prowadząc jałowe dyskusje z nadętymi elfickimi szlachetkami. Tymczasem ten tu obecny królewicz już od dwóch dni w nader oczywisty sposób depcze mi po piętach z sobie znanego tylko powodu. Pragnąłbym go wreszcie poznać, a także dodać, że moi krewni nie oczekują obecnie żadnych elfickich gości ani też nie mają na takie odwiedziny ochoty. Póki więc szanowny pan nie raczy pozbawić mnie swojego zajmującego towarzystwa, nie będę w stanie pomóc ważnej dla mnie osobie.

Pan Anderson uważnie słuchał wypowiedzi krasnoluda, obserwując jego ruchliwą twarz. W miarę mówienia w oczach Khirka coraz mocniej płonął gniewny płomyk, jednak z jego postawy przebijał przede wszystkim niepokój. Anthony uznał, że krasnolud mówi prawdę (która jednak niewiele wyjaśniała). Wyraźnie powierzono mu ważne zadanie, nie chciał jednak wracać do krasnoludzkiej twierdzy z elfem na karku, co było całkowicie zrozumiałe. Pan Anderson zdążył się zorientować, że te dwie rasy faktycznie niezbyt za sobą przepadały. Nice dziwnego, że nie chciały ujawniać swoich sekretów tym drugim.

Przyszła kolej na Inadana. Pan Amnderson przeniósł wzrok na jego postać, rozświetloną migotliwym blaskiem lampy. Z jakiegoś powodu wciąż nie mógł znaleźć kontaktu.

W przeciwieństwie do Khirka, Inadan wydawał się zupełnie spokojny. Wpił tylko w krasnoluda spojrzenie swoich szmaragdowych oczu.

– Mi także powierzono pewne zadanie, które staram się wykonać jak najlepiej. Z tego powodu podążam za tym krasnoludem odkąd w nie do końca legalny sposób nabył pewien przedmiot. Moim obowiązkiem jest go odzyskać. To niezwykle niebezpieczna trucizna.

Keanther 04 mieszek

Ptak Północy – Rozdział I

Zara obserwowała go spod przymkniętych powiek. Nie dało się nie zauważyć, jak bardzo od nich się różnił. Wrażenie to potęgowały jeszcze usilne zabiegi, jakie podejmował, by pozostać w odosobnieniu. Już po kilku dniach nikt nie próbował nawiązać z nieznajomym rozmowy, nie wypytywał go o nic, tylko wszyscy zwyczajnie zaakceptowali jego obecność. Przywódca ich maleńkiej społeczności zadecydował, że obcy nie stanowił dla nich żadnego zagrożenia. W końcu jedyne czego pragnął, to anonimowość. Tylko starszy wiedział, kim tak naprawdę był tajemniczy podróżnik. Zarze to jednak nie przeszkadzało. Odkąd nieznajomy dołączył do ich taboru, niezmiennie ją fascynował. Usilnie starała się odkryć tego przyczynę, aż wreszcie zmuszona była uznać, że się po prostu zakochała. Gdy to odkryła, najpierw nie spała całą noc, a potem postanowiła, że podąży za ukochanym nawet na sam kraj świata i nic jej już od niego nie odłączy.

Na szczęście przez kilkanaście pierwszych dni września nie zanosiło się na to, by nieznajomy miał odłączyć się od taboru. Co prawda, nawet gdyby Zara miała jeszcze cały rok do namysłu, i tak nie zmieniłaby raz podjętego postanowienia. W tym czasie poznała imię podróżnika – Lore. „Bardzo ładne” – pomyślała i spędziła cały dzień w krainie niedorzecznych, acz całkiem przyjemnych marzeń. Matka z pasją okrzyczała ją nie raz i nie dwa za lenistwo, ale do Zary i tak nic nie docierało. Powtarzała sobie tylko to jedno słowo w głębi serca i miała nadzieję, że te piękne dni będą trwały jak najdłużej, a najlepiej, że już w ogóle się nie skończą.

Los bywa jednak przewrotny, zwłaszcza, gdy czegoś naprawdę mocno pragniemy. Mniej więcej pod koniec września na Zarę niczym grom z jasnego nieba runęła wieść, że ich tabor zawraca na południowy-zachód, czyli w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, w którym zmierzał Lore. Gdy dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że czeka ich rozstanie, przepłakała całą noc, wyrzucając sobie, że zapomniała o nadchodzącej zimie, którą zawsze spędzali w ciepłych krajach na południu. Nad ranem zaś przypomniała sobie o swoim postanowieniu i uznała, że nie ma innego wyboru, jak niewzruszenie przy nim trwać. Ewentualnie mogła jeszcze rzucić się pod odjeżdżające wozy w ramach niemego protestu przeciwko zabijaniu jej miłości.

Dzień przed odejściem podróżnika Zara spędziła na wzdychaniu i rzucaniu smętnych spojrzeń na to wszytko, co znała od dziecka, a co miała opuścić już na zawsze. Wiedziała, że rodzice, z racji na jej liczne rodzeństwo, nie będą rozpaczali. Osiągnęła już zresztą wiek stosowny do tego, by samej decydować o swoim losie. Miała jednak przeczucie, że będzie tęsknić za rodziną. Nie mogła jednak podjąć innej decyzji i miała nadzieję, że rodzice i cała społeczność to zrozumieją.

Przeczuwała, że Lore będzie próbował opuścić obóz przed świtem, by uniknąć ciekawskich spojrzeń. Wszystko miała przygotowane – swój tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami, list pożegnalny do rodziny, trochę pieniędzy na drogę. Ustawiła się przy oknie wozu, odsunęła delikatnie zasłonę i obserwowała ciemne, kanciaste kształty obozu. Czuła ogarniającą ją melancholię i, co gorsza, senność. Potrząsała z irytacją głową, pragnąc przegnać jedno i drugie. Wreszcie dostrzegła jakiś ruch w ciemnościach. Przygryzła wargę i rozpoczęła odliczanie. Przy stu cichutko, na paluszkach przecisnęła się przez zagracone wnętrze wozu do drzwi i jeszcze raz spojrzała na pozostałości swego dzieciństwa. Potem wyszła na mrok nocy. W marzeniach już wylewała gorzkie łzy w jego ramionach.

***

Na maleńkiej polance migotało ognisko, wokół którego w milczeniu siedziało dwoje podróżnych. Ona miała ciemną skórę i kręcone włosy, w których odbijał się blask ognia. Na jej twarzy malowała się nieśmiałość i niepewność, ale oczy dziewczyny rozmarzone wpatrywały się w człowieka siedzącego po drugiej stronie ogniska. Zakapturzony, przybrał malowniczą, niby niedbałą pozę samotnika, ale z jakiegoś powodu atmosfera wokół niego gęstniała z każdą sekundą. Napięcie zdawało się rosnąć, zupełnie samoistnie.

Ktoś, kto nie znał ich historii, mógłby całkiem opacznie zinterpretować tę scenę.

***

Zara nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Cała tęsknota za domem opadła z niej jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy zobaczyła jego oczy i malujące się w nich cierpienie. Postanowiła, że właśnie ona go uszczęśliwi. W końcu nie kazał jej iść precz, tylko pozwolił jej zostać u swego boku, więc może sam coś do niej czuł. Nie odpowiedział, co prawda, nic na jej gorące wyznanie, ale wydawał się nim do głębi poruszony. Z pewnością nie była mu obojętna. Na pewno po prostu czuł się skrępowany jej obecnością i być może nawet… Nawet zbyt szczęśliwy, by w to szczęście uwierzyć? Zara spojrzała raz jeszcze czule na jego przygarbioną sylwetkę. Tak, jej życie już zawsze miało tak wyglądać.

Jej marzenia na jawie przerwał nagle niespodziewany dźwięk. Głębokie westchnienie wyrwało się z piersi Lore’a, a za nim z ust udręczonego wędrowca wymknęło się także dosyć nieporadne, aczkolwiek nadzwyczaj oryginalne przekleństwo. Zara w ciężkim szoku zapatrzyła się na mężczyznę, który tymczasem wstał, gwałtownym ruchem ściągnął z siebie płaszcz samotnika i wrzucił go do ognia.

– Cholerne przebranie i cholerna rola! – wrzasnął i ni stąd, ni zowąd, wybuchnął złowrogim, urywanym śmiechem. Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Lore tymczasem, wciąż z tym samym, obłąkańczym uśmiechem na ustach, ze swojego tobołka wyciągnął granatowy płaszcz z błazeńskimi, srebrzystymi gwiazdkami i owinął się nim ostentacyjnie.

– Chrzanić ostrożność i cały ten cyrk – wymruczał do siebie, a potem wbił w Zarę nieodgadnione spojrzenie – Ha! Chciałaś ze mną podróżować i nie dałaś sobie tego wybić z głowy, chociaż mówiłem ci, że nie powinnaś wiązać swego losu z kimś, kogo zupełnie nie znasz. Niech będzie. Specjalnie dla ciebie nie będę udawać już ponurych herosów z romansów dla naiwnych panienek i wyłożę kawę na ławę…

W tym momencie przerwał tylko po to, by teatralnym gestem pokazać na nią palcem, co było już wystarczająco niegrzeczne, pomijając całe jego szalone przemówienie. Zara wstrzymała oddech.

– W rzeczywistości, moja droga, jestem najbardziej znanym ze swego błazeńskiego charakteru magiem w stolicy! Spisania wszystkich moich wybryków i występków nie podjęliby się nawet elfowie z Północnej Wieży. A największym moim wykroczeniem jest głupota, której zawdzięczasz to, że tu stoisz, chociaż nie masz żadnego do tego prawa. Bowiem wyruszam w długą i niebezpieczną wyprawę, która…

Im więcej mówił, tym bardziej mag zapalał się do swojego przemówienia. Zara już od pewnego czasu nie słuchała go wcale, zastanawiając się, dlaczego dookoła niej panuje tak przedziwna cisza, a przed jej oczami latają mroczki. Zrozumiała, że za chwilę zemdleje, a, co jeszcze bardziej prawdopodobne, że umrze z rozpaczy albo na apopleksję, w każdym razie, nagłą śmiercią. Zrobiła więc jedyne, czego jeszcze mogła dokonać na tym padole łez i trzasnęła samozwańczego maga, który wyrzucał z siebie potoki słów, prosto w twarz.

***

– Powinnaś nauczyć się kontrolować swoją siłę. Masz jej zdecydowanie za dużo, jak na kobietę.

Trudno było stwierdzić, czy mag oczekiwał odpowiedzi na swoją uwagę, tak czy siak jednak, nie otrzymał jej. Zara nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Sukcesywnie ignorowała go odkąd obudziła się z czarnego, głębokiego snu i zdała sobie sprawę z tego, że nie tylko wciąż jeszcze żyje, ale w dodatku musi cierpieć okropny ból głowy. Chciało jej się płakać z żalu i wściekłości, gdy przypomniała sobie, jakie wypadki doprowadziły ją do tego momentu, ale była zbyt dumna, by sobie na to pozwolić. Tym bardziej, że mag, poza tą jedną uwagą, nie wspomniał ani słowem o nocnym incydencie, tylko w milczeniu przygotował im posiłek. Lewy policzek miał spuchnięty, a wargę rozciętą. Nie dało się nie zauważyć, że nie bardzo wiedział, co zrobić z Zarą, która wcale nie zdradzała ochoty powrotu do rodziny. Też miała dokąd wracać! Byłoby to równoznaczne z hańbą na całe życie. Nie, nie miała innego wyboru, jak wyruszyć w podróż wraz z tym obrzydliwym oszustem i przy najbliższej nadarzającej się okazji poszukać szczęścia i pracy w jakimś mieście.

Lore z pewnością z chęcią odwiódłby ją od tej decyzji, nie miał jednak najwidoczniej odwagi, by spróbować. Zara traktowała go jak powietrze i miała nadzieję, że tym samym wzbudzi w nim żal i poczucie winy. Może nawet mag będzie błagał ją na kolanach o przebaczenie? Miała w każdym razie nadzieję, że, jeżeli ma to nastąpić, nastąpi jak najszybciej. Nie zamierzała bowiem podróżować z magiem zbyt długo. Jakakolwiek niebezpieczna misja na niego czekała, ona z pewnością nie chciała brać w niej udziału.

***

Pierwszy dzień ich wędrówki był słoneczny i parny, aż dziw uwierzyć, że wrzesień miał się ku końcowi. Zara bez większego zainteresowania patrzyła na dobrze znany krajobraz. Wciąż jeszcze szli przez okolice, w których tabory często zatrzymywały się na jakiś czas. Miało się to jednak zmienić już wkrótce. Przed nimi czerniała ściana ogromnego lasu, który Zara zawsze oglądała tylko z bezpiecznej odległości. Na jego widok odczuła dreszczyk ekscytacji i na chwilę się ożywiła. Ten cień wyglądał tak kusząco! Czuła, że bezlitosne promienie słońca powoli pozbawiają ją sił. Zastanawiała się, jak mag wytrzymywał w swoim gwiezdnym płaszczu, na który znowu narzucił jakąś poszarzałą płachtę i przybrał niedostępny, ponury wyraz twarzy. Zara nie mogła na niego patrzeć. Ten widok przypominał jej o tym, że została w bezlitosny sposób oszukana.

Las, na który Zara spoglądała z takim wytęsknieniem, okazał się jeszcze bardziej dusznym, gorącym i zatęchłym miejscem niż łąki, po których do niedawna wędrowali. Wystarczyło pół godziny marszu, by dosłownie dusiła się ze zmęczenia i braku powietrza. Jeszcze chwila w tym lesie, myślała ponuro, a przełknę swoją dumę i zacznę go błagać, byśmy wynosili się z niego jak najszybciej. Podejrzewała nawet, że mag specjalnie zaciągnął ją w to straszne miejsce, by złamać jej opór, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by dała sobie spokój z takimi podejrzeniami. Od Lore’a biły troska i niepokój. Co jakiś czas przystawał i rozglądał się lub nasłuchiwał.

– Coś jest nie tak z tym lasem – mruknął za którymś razem – Bardzo, ale to bardzo pragnie rozdzierać, miażdżyć i mordować. Pierwszy raz czuję coś takiego. Im szybciej go opuścimy, tym lepiej.

Od czasu tego stwierdzenia, Zara czuła się jeszcze gorzej. Lore zwiększył tempo marszu, jednak nie wydawało się, by mieli wkrótce wyjść na wolną od drzew przestrzeń. Poza tym dziewczyna boleśnie zdawała sobie sprawę, że mag miał rację. Zewsząd otaczała ich wrogość. Gałęzie smagały ją po twarzy, potykała się o korzenie. Walczyła o każdy oddech. Zastanawiała się, czy mag nie mógłby coś na to poradzić. Nie czuła się już na siłach, by okazywać mu choćby cień pogardy. Jednak gdy już miała się do niego odezwać, jej zmysły zarejestrowały coś nowego. Ciężki, niepokojący zapach, który mógł oznaczać tylko jedno – rozlew krwi.

Wreszcie drzewa przerzedziły się i wyszli na okrągłą polanę, nad którą czerwieniło się wieczorne niebo. Powietrze stało się wreszcie nieco bardziej rześkie. Zara jednak zapomniała w ogóle o tym, że powinna odczuć ulgę. Zamiast tego poczuła się przytłoczona zapachem krwi i gnijących ciał, który przyniósł do niej lekki podmuch wiatru. Natychmiast odwróciła wzrok od żałosnych szczątków, które leżały na ziemi, poczuła jednak, że mimo to zaraz zwymiotuje. Przeniosła przerażony wzrok na maga, który ponurym wzrokiem oglądał trzymane w ręce ogromne, czarne pióro.

– A jednak – wyszeptał – Pogłoski były prawdziwe.

Wreszcie przeniósł wzrok na sparaliżowaną Zarę.

– Być może dobrze, że to zobaczyłaś – powiedział – Mam nadzieję, że teraz w końcu rozumiesz, dlaczego nie możesz dalej ze mną podróżować. Kiedy tylko opuścimy to przeklęte miejsce, nasze drogi powinny się jak najszybciej rozejść.

Zara słuchała go w milczeniu. Nie miała nawet siły, by powiedzieć mu, że od początku miała taki zamiar. Bała się, że już nigdy nie będzie w stanie wydobyć z siebie głosu.

Ptak Północy – Prolog

Na najbardziej wysuniętym na wschód ramieniu Gór Kryształowych swoją siedzibę ma pewne elfickie bractwo. Tam, w samym sercu lodowej pustki, na odludziu tak strasznym, że nie zapuszczają się w tamte okolice nawet najbardziej zaprawione ludy koczownicze, odważni śmiałkowie mają jedyną szansę na zdobycie nieśmiertelności. Tego tak strzeżonego przez elfy skarbu udziela się jednak nie za męstwo, odwagę czy wytrzymałość, które co prawda są konieczne, by dotrzeć do sięgającej szczytów gór Wieży. Nie, przywilej ten przysługuje tylko tym, którzy bezgranicznie oddadzą się na służbę mędrcom. Warunek jest jeden – śmiertelnik tak długo cieszy się przywilejem wiecznego życia, jak długo godzi się na przepisywanie elfickich ksiąg zebranych w Wieży. To właśnie w niej historia świata jest spisywana raz po raz, opracowywana, nauczana i analizowana. Przez ludzkie ręce przepływają miliardy lśniących czarnym atramentem liter, które tworzą słowa, zdania, rozdziały i wreszcie całe księgi. Każda z ras zamieszkujących Wieżę ma zupełnie inne cele i myśli o czym innym: śmiertelni pragną uwolnić się spod władzy tej, która ma prawo zakończyć ich życie, zaś wiecznie żyjący pożądają poznania i zrozumienia tego, co było, by móc lepiej przewidywać bieg tego, co będzie. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie ludzie i elfowie żyją w tak niezwykłej symbiozie. Jest to również jedyne miejsce na świecie, w którym przeszłość rządzi nad teraźniejszością, a co za tym idzie, w którym nigdy nie zaczynały się historie bohaterskich czynów i wielkich wypraw ani nawet skromnych wędrówek. Do czasu, oczywiście.

***

– Czy mogę zrobić sobie przerwę?

Elf spojrzał przelotnie znad oprawionej w skórę księgi na swojego nowego podopiecznego.

– Oczywiście, możesz odpoczywać tak długo jak chcesz – odparł i wrócił do lektury dziennika. Ostatni przypadek, który w nim opisał wciąż go fascynował. Człowiek ów nie wytrzymał w Komnacie nawet jednego dnia. Elf wciąż usiłował znaleźć wytłumaczenie stanu, w jakim śmiertelnik znalazł się po zobaczeniu stosów ksiąg, których przepisanie było jego ceną za nieśmiertelność. Czyżby nie wiedział, na jakich zasadach działała „ofiarność” Wieży? Ze studiów nad ludzką naturą, jakie prowadził elf, wynikało, że plotki niesamowicie szybko rozchodzą się wśród społeczeństw złożonych z przedstawicieli tej rasy. Być może akurat ten człowiek przecenił swoje siły. Albo po prostu nie lubił ksiąg.  Z jakiegoś powodu jednak, te teorie nie zadowalały elfa.

– Przesadzasz – z rozmyślań wyrwał go uparty głos dziecka – Nie mogę przecież odpoczywać cały czas, kiedy tu jestem. To by oznaczało odpoczywanie całą wieczność. Niewypełnianie waszego warunku. Bez sensu.

– Owszem, nie możesz – elf uśmiechnął się nieznacznie – Nie ma czegoś takiego jak wieczny odpoczynek, poza śmiercią, oczywiście. A to właśnie przed nią wszyscy tu uciekacie, nieprawdaż?

– Aleś ty ironiczny – prychnęła dziewczynka, ale wzdrygnęła się nieznacznie na słowo „śmierć”. Wstała wreszcie od stołu zawalonego papierami i przeciągnęła się. Na jej twarzy już widniało kilka czarnych, atramentowych plam. Z ciekawością przespacerowała się po Komnacie, zaglądając we wszystkie kąty, a elf tymczasem wrócił do lektury. Machinalnie zastanawiał się, czy nie spytać swojej nowej towarzyszki w sprawie jej poprzednika. W końcu śmiertelnik zawsze lepiej zrozumie innego śmiertelnika.

– Hej! – zawołała po chwili dziewczynka, znowu mu przerywając. Jej głos zdradzał pewne zaniepokojenie – Chyba nie muszę cały czas siedzieć w tym pokoju, prawda? No bo tutaj nawet nie ma łóżka i to by było zupełnie jak w więzieniu…

Elf, nie podnosząc wzroku znad księgi, wskazał jej niepozorne drzwi kryjące się za jednym ze stosów złożonych przede wszystkim ze skóry i papieru. Dziewczynka momentalnie za nimi zniknęła i już po chwili słychać było okrzyki zachwytu dobiegające z tamtego kierunku. Elf westchnął. Pierwszą rzeczą, którą powinien zanotować odnośnie ludzkich dzieci, była ich nadmierna żywotność.

Ledwie kilka minut po tym, jak to pomyślał, coś trącało go już w nogę. Znów usłyszał natarczywe:

– Hej!

Podniósł udręczony wzrok.

– Tak?

– Nie rób takiej miny, jakbym była jakimś natrętnym owadem. To, że jestem dzieckiem, nie oznacza, że jestem głupia – burknęła dziewczynka i na chwilę straciła wątek, by wreszcie przypomnieć sobie, o co chciała zapytać – Jak właściwie masz na imię?

W oczach elfa zamigotało zdziwienie. Mała rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.

– Chyba masz jakieś imię, prawda?

– Owszem, mam, ale dla śmiertelnika może wydać się ono dosyć długie – odparł. Dziewczynka zastanawiała się przez chwilę.

– To jak mam cię nazywać?

Tym razem to elf potrzebował chwili namysłu. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jakiś śmiertelnik, którego pilnował w Komnacie, zapytał go o imię. Ludzi to po prostu nie obchodziło.

– Illiyo – powiedział wreszcie – Możesz nazywać mnie Illiyo. W dużym skrócie tak właśnie mam na imię.

Dziewczynka pokiwała głową, przyswajając sobie nowe słowo.

– Illiyo. W porządku. A ja jestem Elsa.

Przez chwilę stała w milczeniu, wpatrując się w niego, a potem, niby straciwszy zainteresowanie, wróciła do przeglądania ksiąg i papierów, które zebrały się dookoła dębowego stołu. Elf ostrożnie wrócił do lektury dziennika, od czasu do czasu z niepokojem spoglądając na Elsę. Wyglądało jednak na to, że nie zamierzała go już więcej niepokoić. Czuł się trochę zmęczony jej pytaniami, ale doszedł do wniosku, że taki kontakt z nią może być całkiem pożyteczny dla jego studiów. Z niejakim smutkiem myślał więc o tym, że dziewczynka najprawdopodobniej nie wytrzyma zbyt długo w Komnacie.

***

Z nadejściem wieczoru, którego czyste, zapadające już za widnokrąg światło wpadało do Komnaty przez oszklone okna, Illiyo zaczął zbierać się do odejścia. Elsa wciąż zajęta była czytaniem zapisków swoich poprzedników i przeglądaniem ksiąg, gdy elf wstał ze swojego miejsca na podłodze.

– Idziesz gdzieś? – zapytała zdziwiona.

– Tak, chcę coś jeszcze sprawdzić w bibliotece przed snem. – odparł.

– To nie będziesz mnie pilnował w nocy? Żebym nie uciekła?

– A czy masz taki zamiar? – zapytał rozbawiony. Dziewczynka pokręciła stanowczo głową. – No widzisz? To nie miałoby sensu. Przecież nie jesteś tu więźniem. W innych Komnatach ludzie nawet nie są pilnowani. Ja siedzę tutaj całymi dniami tylko z powodu moich studiów. Tak naprawdę w każdej chwili możesz opuścić Wieżę.

– Ale wtedy znowu będę śmiertelna! – zaprotestowała głośno.

– Oczywiście, na tym to wszystko przecież polega.

Elsa zasępiła się. Illiyo już miał wyjść, gdy w drzwiach zatrzymało go kolejne pytanie.

– Byli już ludzie, którzy stąd odchodzili?

Elf zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią.

– Powiem tak: żaden człowiek jeszcze nie wytrzymał wieczności w Komnacie. Wszyscy w końcu z ulgą lub całkowicie obłąkani rzucali się w objęcia śmierci.

Na twarzy Elsy odmalowało się bezgraniczne zdumienie.

– Jak to? Dlaczego?

Elf wzruszył ramionami.

– Twierdzili, że życie, jakie tu prowadzą nie jest „życiem” w pełnym tego słowa znaczeniu i że wolą śmierć. Niewiele zajęć poza przepisywaniem ksiąg czy rozmową ze mną można znaleźć w Komnacie. A jak dotąd nikt nie zagustował w tym ostatnim.

– Przecież teraz rozmawiamy całkiem normalnie! – zaprotestowała Elsa.

– Rozmowa nie jest zwyczajną wymianą informacji, tylko nawiązaniem więzi – uśmiechnął się Illiyo – A to się bardzo rzadko zdarza pomiędzy nami a śmiertelnikami.

Dziewczynka tylko wydęła policzki w odpowiedzi, a potem przyjęła zdecydowany wyraz twarzy.

– Ja będę inna – szepnęła dobitnie, a jej oczy błysnęły. Elf nic na to nie odrzekł, chociaż mógł powiedzieć, że każdy człowiek, który znalazł się w tej Komnacie tak twierdził na początku, z takim samym ogniem płonącym w oczach. Z czasem ogień ten przygasał, a następnie zapalał się na nowo, tylko tym razem jako oznaka obłędu. Jednak Illiyo czuł, że dziewczynka i tak go nie posłucha. A może po prostu było mu jej żal. Milczał więc.

W tym czasie Elsa przygotowała sobie następne pytanie. Zastanawiała się nad tym już wcześniej, przeglądając księgi leżące na stole, a widząc, że elf stoi już w drzwiach, zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie jest to ostatnie pytanie, jakie zdąży zadać.

– Hej! – zaczęła więc. Elf uniósł brew.

– Nie musisz zaczynać każdego zdania od „hej”.

– Wcale nie zaczynam! – oburzyła się dziewczynka i zaraz zmarszczyła czoło, usiłując przypomnieć sobie, o co chciała zapytać.

– He… To znaczy, tak się zastanawiałam, czy komukolwiek udało się dojść do teraźniejszych wydarzeń w przepisywaniu tych historycznych ksiąg…

– Nawet niejednemu – odparł elf – Ale żaden z nich nie przepisywał ich od początku, tylko od miejsca, w którym przerwał jego poprzednik.

– No tak. Rozumiem. – powiedziała Elsa i zaraz wymruczała do siebie – Zastanawiam się, czy i mi się to uda…. Ech, co ja gadam? To chyba oczywiste, że tak!

Illiyo nic już na to nie odpowiedział. Skłonił się tylko nieznacznie dziewczynce na pożegnanie i wyszedł. Z jego obliczeń wynikało, że Elsa już w niedługim czasie dogoni bieg historii, tym bardziej, że ostatnimi czasy jej koło toczyło się w zawrotnym tempie. Wiedział jednak z doświadczenia, że jedynie opisywanie zdarzeń, bez bezpośredniego w nich udziału, było torturą dla śmiertelników. Dopiero wtedy zdawali sobie sprawę z tego, że z własnej woli porzucili teraźniejszość, która w ich przekonaniu równała się życiu. Elf nie rozumiał tego, jednak, choć nie mógł zaprzeczyć, że tacy ludzie stanowili idealne obiekty dla jego badań, trochę im współczuł. Nie potrafił czerpać satysfakcji z przyglądania się cierpieniu żywej istoty. Dlatego miał nadzieję, że to biedne dziecko, które z pewnością doświadczyło już wiele złych rzeczy w życiu, podda się i zniknie z Komnaty zanim nastąpi ten moment.

Ptak 1